sobota, 1 grudnia 2018

Idąc przez las z Billem Brysonem

„Kto nie poczuł ochoty wrzucenia bochenka chleba i paczki herbaty do starego plecaka i przeskoczenia przez płot z tyłu.” ‒ John Muir

Niedawno, gdy odbierałem zamówienie w bibliotece, wpadła mi w oko książka stojąca na kontuarze – „Piknik z niedźwiedziami” Billa Brysona. Ktoś kiedyś w komentarzach pod „Dzika droga, czyli o duchowych pożytkach z wędrowania PCT” polecał mi ją nawet, ale zupełnie o niej zapomniałem, teraz skusiła mnie po prostu okładka z misiem. Po wzięciu do ręki opis z okładki przypomniał mi o przygodach Cheryl Strayed na szlaku PCT.
Tu autor opisywał swoje wrażenia z peregrynacji na Szlaku Apallachów po drugiej stronie kontynentu. Praktyka podobna, chodzenie głównie górskim szlakiem przez bezdroża i lasy, ale jakże inne podejście do życia autorów obu książek i moje wrażenia po lekturze.
Publikacja Brysona jest przede wszystkim zabawna, a po drugie bardzo pouczająca, przynajmniej dla kogoś, komu problemy ochrony przyrody leżą na sercu, dla innych edukacyjno-refleksyjne fragmenty mogą wydać się nudne. Sam autor, jak już sobie o nim poszukałem informacji, okazał się przede wszystkim cenionym pisarzem popularno-naukowym i to się czuje. Mimo lekkiej formy narracji udało mu się upakować w swojej książce, która jest niby sprawozdaniem z turystycznej eskapady po szlaku AT, mnóstwo informacji przyrodniczych i kulturowych. Wyczuwa się, że stoją za tym staranne studia tematu. „Piknik z niedźwiedziami” jest znakomitym przykładem, jak należy realizować oświeceniową zasadę docere et delectare znaną nam z twórczości Ignacego Krasickiego. Zatem podczas lektury się świetnie bawiłem i sporo nauczyłem. Niestety, to czego się dowiedziałem o amerykańskich lasach i funkcjonowaniu Służby Leśnej Stanów Zjednoczonych już nie było takie zabawne.
„W 1987 roku Forest Service ogłosiła, że pozwoli prywatnemu przemysłowi drzewnemu usuwać setki hektarów lasu rocznie w prastarym Pisgah National Forest, tuż obok Parku Narodowego Great Smoky Mountains, oraz że osiemdziesiąt procent tej masakry będzie zrealizowane metodami „naukowego leśnictwa” ‒ mówiąc po ludzku, las wytnie się w pień. Pociągnie to za sobą straszne konsekwencje nie tylko estetyczne, ale również ekologiczne: gleba zostanie pozbawiona składników odżywczych, co zaburzy ekosystemy położone na niższych obszarach, czasem w odległości wielu kilometrów. To nie jest nauka, tylko gwałt.
Forest Service nic sobie jednak nie robi z protestów i zastrzeżeń. Od końca lat osiemdziesiątych ‒ jest to taki skandal, że po prostu mnie roznosi ‒ instytucja ta jest jedynym znaczącym podmiotem w amerykańskim przemyśle drzewnym, który wycina drzewa szybciej, niż nasadza. Co więcej, robi to z iście wielkopańską rozrzutnością. Na osiemdziesięciu procentach umów dzierżawnych straciła pieniądze, często ogromne. Przykład typowej umowy: Forest Service sprzedała stuletnie sosny w Targhee National Forest w stanie Idaho za mniej więcej dwa dolary od sztuki, najpierw wydawszy cztery dolary od sztuki na prace geodezyjne, sporządzenie umów tudzież ‒ jakżeby inaczej ‒ budowę dróg. W latach 1989-1997 straty wynosiły średnio 242 000 000 dolarów rocznie ‒ w sumie prawie dwa miliardy, jak podaje Wilderness Society. To wszystko jest tak bardzo przygnębiające, że chyba porzucę ten temat i ponownie zajmę się dwoma samotnymi bohaterami, którzy mozolnie przedzierają się przez zagubiony świat Chattahoochee.” (Rozdział 4)
Często narzekamy na nieudolność i tumiwisizm polskich instytucji powołanych do ochrony środowiska i słusznie, ale to, jak się czasem traktuje przyrodę w USA, może przyprawić jej miłośnika o palpitację serca np.:
„W Smoky Mountains, niedaleko od miejsca, w którym maszerowaliśmy obecnie Katz i ja, w 1957 roku Park Service postanowiła „odzyskać” Abrams Creek, dopływ rzeki Little Tennessee, dla pstrąga tęczowego. Aby to osiągnąć, biolodzy wrzucili do strumienia gigantyczne ilości trującej substancji zwanej rotenon. Po paru godzinach dziesiątki tysięcy martwych ryb pływały po powierzchni wody jak jesienne liście ‒ dla tych wszystkich zapalonych przyrodników musiała to być jedna z najpiękniejszych chwil w życiu. Pośród trzydziestu jeden gatunków, które wymordowano, była ryba z gatunku wariatek smolisty, której naukowcy nigdy wcześniej nie widzieli. Biolodzy ze służby parkowej dokonali zatem czegoś absolutnie niezwykłego ‒ w tym samym momencie odkryli i zlikwidowali nieznany gatunek ryby (w 1980 roku w pobliskim strumieniu znaleziono inną ławicę wariatków).” (Rozdział 7)
USA, dla wielu Polaków wciąż kraina „marzeń i snów” prawie bez skazy, okazują się krainą absurdów, które mieszkający wiele lat w W. Brytanii Bill Bryson świetnie wychwytuje:
„Kiedy Amerykanin ma coś do zrobienia poza domem, w 93 procent przypadków korzysta z samochodu. […]
Mam sąsiada, który jeździ samochodem do miejsca pracy oddalonego o 800 metrów od domu. Z kolei pewna znajoma ‒ najzupełniej sprawna ‒ jeździ autem po dziecko do koleżanki, która mieszka sto metrów dalej. Kiedy kończą się lekcje, wszystkie dzieci (z wyjątkiem czwórki rozwydrzonych bachorów z angielskim akcentem) są odwożone samochodami na odległość od kilkuset metrów do kilometra. (Te dzieci, które mieszkają dalej, jeżdżą autobusem). Większość uczniów szesnastoletnich i starszych ma własne samochody. To również jest absurdalne. Przeciętny Amerykanin pokonuje średnio 2,25 kilometra tygodniowo na piechotę ‒ obejmuje to przejście z samochodu do biura i z biura do samochodu oraz krążenie po supermarkecie i galeriach handlowych ‒ co daje zaledwie 320 metrów dziennie.” (Rozdział 11)
Bill, a zwłaszcza jego fajtłapowaty kompan – Katz, nie byli wyczynowymi turystami górskimi, ani bushcraftowcami. Nie mieli fioła na punkcie wypasionego sprzętu, traperskich umiejętności itp. To zwykli podtatusiali kolesie z brzuszkiem w średnim wieku, którzy po prostu postanowili przejść Szlak Applachów, bo to fajne, malownicze miejsce, a dokładniej szlak turystyczny łączący takie miejsca na przestrzeni ponad 3000 km. Nie byli, ale właśnie dzięki temu, że zaczynali jako kompletnie niedoświadczeni wędrowcy możemy się nauczyć, jak dobrze przygotować się do takiej eskapady, po prostu nie popełniając ich błędów. Okazało się np., że podstawą dobrej zabawy na szlaku jest porządna mapa, podzielam ten pogląd. W czasie ich wędrówki, 1996 rok, nie było jeszcze Map Googla, dziś mamy ten luksus, ale dobra papierowa mapa zawsze się przyda, to zupełnie inne doświadczenie poznawcze niż ekranik smartfona, a po wyprawie zostaje coś na pamiątkę.
W ciągu ostatnich miesięcy przeczytałem kilka książek z modnego ostatnio nurtu przyrodopisarstwa, ale tylko ta naprawdę mi się podobała, na tyle, żeby napisać o niej kilka słów. Jak się okazuje, dobra książka o chodzeniu po lesie nie musi być napisana przez autora, który survivaluje w leśnych ostępach z nożem w zębach lub z wykształcenia musi być biologiem/leśnikiem. Czasem korpulentny humanista, który rzadko wyściubia nos z biblioteki, lubi nocować w wygodnym łóżku i panicznie boi się niedźwiedzi, zauważy na szlaku więcej i opisze barwniej – krótko mówiąc, zachęcam do lektury, idealnej na długie zimowe wieczory :)
PS
Na podstawie „Pikniku z niedźwiedziami” nakręcono film, recenzje ma takie sobie i słusznie, bo to kiepski film. Pomijając już infantylny scenariusz, który jest cieniem książkowego pierwowzoru, po prostu Robert Redford jest za stary do swej roli, widać to wyraźnie niestety, nawet z trudem chodzi, „dźwigając” wypchany zapewne lekką pianką filmowy plecak. Nick Nolte wypadł znacznie lepiej w roli Katza – niepoprawnego safanduły, ale razem ze świetną, jak zawsze, Emmą Thompson nie byli w stanie uratować filmu. Trudno nawet potraktować ten obraz jako ilustrację do książki, ponieważ górskich krajobrazów i lasu w filmie jest niewiele, zdjęcia ogólnie są słabe, tak samo, jak poczucie humoru autorów scenariusza. W rezultacie wyszło z tej niezłej książki jakieś nieudaczne komediowe kino familijne, wywołujące momentami wręcz uczucie zażenowania, gdy przypomnimy sobie świetne, dawne kreacje tych skądinąd znakomitych aktorów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze moderowane, pojawią się po przejrzeniu.