piątek, 28 września 2018

Zjeść ciastko i mieć ciastko?

Świat bez toreb plastikowych – ależ to niemożliwe!
Świat bez butelkowanej wody – niemożliwe!
Świat bez wszędobylskich śmieci – niemożliwe!
Świat bez masowego ruchu samochodowego – niemożliwe!
Świat bez powszechnego latania samolotami – niemożliwe!
Ależ nie, to możliwe jak najbardziej, tak żyli jeszcze nasi dziadkowie, rodzice i potrafili być szczęśliwi, być może nawet bardziej niż my.
Moja Babcia nad jeziorem mojego dzieciństwa w czasach, nie aż tak odległych, kiedy to „niemożliwe” było codziennością, świat był jeszcze czysty i pachnący, a krajobraz jeziora jeszcze niezdegradowany szpetną wysypką ogrodzeń i nowobogackich dacz.
Naprawdę nie da się uratować planety bez odejścia od naszego skrajnie konsumpcyjnego i potwornie energochłonnego stylu życia. Nie można żyć tak wygodnie i dostatnio (w sensie materialnym i energetycznym), a jednocześnie oczekiwać, że stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze zmaleje, smog zniknie, wody się oczyszczą, a przyroda odrodzi. Cudów nie ma, trzeba coś wybrać: albo rozpasana konsumpcja rzeczy i wrażeń, albo względnie czyste środowisko, któremu nie grożą katastrofalne skutki globalnego ocieplenia i zdrowa biosfera podtrzymująca życiodajne procesy. Na dodatek bonus – można się cieszyć piękną, kwitnącą przyrodą dookoła :)
Gdy wybierzemy opcję – raczej mieć ciastko niż je zjeść, to wyrzeczenia okażą się naprawdę znikome w stosunku do korzyści, jakimi będą uratowanie przyszłości naszego potomstwa na tej planecie oraz schyłek własnego życia w pięknych okolicznościach przyrody. Co z tego, że nasze codzienna egzystencja zapewne będzie toczyła się wolniej, zakupy będą mniej wygodne, bardziej fizycznie męczące? Zamiast własnym samochodem częściej będziemy jeździć pociągiem, autobusem, rowerem. Ilość egzotycznych wrażeń się zmniejszy, bo nie polecimy gdzieś tam hen daleko. 
Może trzeba będzie własnoręcznie taszczyć torby, walizy, plecaki, do których nie da się zapakować tyle, co dotychczas do samochodu. Nie będziemy się tyle przebierać, bo ciucharskie stylizacje np. na wczasach staną się trudniejsze albo w ogóle stracą sens bez 10 sukienek czy koszul? Życie stanie się prostsze, ilość rzeczy, którymi się otaczamy mniejsza. Woda będzie głównie z kranu, nie kupimy truskawek w środku zimy, ogólnie jedzenie będzie prostsze, ale może za to lokalne i zdrowsze? 
No i co z tego? Czy świat się zawali?
Czy przestaniemy być ludźmi, przestaniemy cieszyć się istnieniem, odrzucimy życie towarzyskie, kulturalne, rozrywki, oddamy się rozpaczy? Nie sądzę, oczywiście, że nasze życie mocno się zmieni, ale nie uważam, że automatycznie na dużo gorsze, bo niby dlaczego? Sądzę, że zmniejszenie konsumpcji materialnej i energetycznej choćby o połowę nieznacznie negatywnie wpłynie na radość życia. O ile ktoś ją w sobie ma, a jeśli nie, to kolejne zakupy albo wczasy w Egipcie pewnie mu jej nie przywrócą. Nie bójmy się zbiednieć i utracić nieco ułatwień, to naprawdę aż tak nie boli, pod warunkiem, że przestaniemy obsesyjnie porównywać nasze życie i stan posiadania z innymi. Zresztą, jaki sens mają takie porównania, dopóki mamy co jeść, ciepły, suchy dach nad głową, przyzwoite buty i ubranie? Jedynie zatruwają duszę, a przy tym napędzają samobójczą planetarnie machinę konsumpcji.
Naiwne? Jasne, ale nie bardziej niż wiara, że można bezkarnie kontynuować obecne trendy ekonomiczne i polityczne. Już gołym okiem widać, że to wyścig do dna klimatycznego, ekologicznego, społecznego i psychicznego, a kto wie, czy, jeśli chodzi o globalne ocieplenie, już nie pukamy w dno od spodu? :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze moderowane, pojawią się po przejrzeniu.