czwartek, 2 listopada 2017

Zoopolis, czyli pieskie życie podludzi

Zawsze, gdy jestem przeganiany z różnych miejsc (przez tabliczki zakazu, regulaminy, przepisy itp.), bo towarzyszy mi pies przypomina mi się pomysł autorów „Zoopolis” nadania psom czegoś w rodzaju obywatelstwa. W końcu stałyby się pełnoprawnymi członkami naszego społeczeństwa i przestałyby być przeganianie z przestrzeni publicznej pod zmyślonymi pretekstami higienicznymi bądź związanymi z zagrożeniami bezpieczeństwa, jakie rzekomo stanowią.
Niby psy są legalne, można je posiadać, ale ograniczeń wobec nich jest tyle, że aby je spełnić pies prawie całe życie musiałby spędzić na krótkiej smyczy i w kagańcu. Z jednej strony zachęca się do adopcji bezdomnych zwierzaków, a z drugiej zniewala ich właścicieli i same zwierzęta surowymi przepisami, które często są wyrazem zwykłej dyskryminacji przysłoniętej pozorami racjonalnego uzasadnienia. Np. dlaczego nie mogę zabrać psa do pracy, gdzie by sobie grzecznie leżał obok mnie, zamiast wyć z tęsknoty w domu i denerwować sąsiadów? Albo, dlaczego kolega nie mógł do mnie przyjechać z psem autobusem (PKS Płock) mimo deklaracji wykupienia dla psa biletu, pies, a dokładnie suczka, była łagodna i niewielka, mieściła się na kolanach, ale nie wolno i już.
Oczywiście nikt do końca tych wszystkich przepisów nie przestrzega, bo wtedy psie życie stałoby się piekłem, a w końcu nie po to przygarniamy psy, żeby fundować im i sobie życie w udręce. Może czas skończyć z tą społeczną hipokryzją?
Gdyby przyłożyć podobne kryteria zagrożeń, które wiąże się psami do samochodów osobowych, to zostałby natychmiast i na wieki zakazane, bo okaleczają, mordują i trują dziesiątki tysięcy Polaków rocznie. A nie tylko nie są zakazane, lecz wręcz przeciwnie, są otaczane kultem, ponieważ motoryzacja stała się quasi religią wyznawaną przez miliony, głównie odurzonych spalinami facetów.
Dam jeszcze inny przykład – myślistwo. Ofiarą tego perwersyjnego hobby pada w Polsce ok. 1 mln dzikich zwierząt rocznie, kilkadziesiąt (a może i kilkaset?, nikt nie prowadzi statystyk) psów domowych i kilkunastu ludzi, w tym kilka osób (mniej lub więcej zależnie od roku) trafionych śmiertelnie. Społeczeństwo akceptuje taki stan rzeczy, przymuszone niecnym prawem (Ustawa Prawo Łowieckie) przeforsowanym w Sejmie przez wpływowe, bo związane z władzą myśliwskie lobby. Gdyby psy dopuszczały się podobnej rzezi, to wybito by je wszystkie do nogi w całej Polsce w kilka dni. A myśliwi, mając tyle – jak to mówią – farby (krwi) na rękach wciąż swobodnie biegają po kraju, strzelając, gdzie popadnie dla zaspokojenia adrenalinowego nałogu – jak to możliwe?
Możliwe, bo przyzwyczailiśmy się do tego rodzaju absurdów i nie chcemy spojrzeć statystyce i logice w oczy. Niektóre psy owszem mogą być zagrożeniem, ale na pewno nie większym niż bywają niektórzy ludzie. Z powodu zagrożeń nikt np. nie zakazuje ludziom kąpieli w jeziorze lub morzu (nie wymaga się od nich na basenie lub plaży świadectw szczepienia i aktualnych badań np. na AIDS), nie każe im chodzić na smyczy i w kagańcu. Nawet sprzątać po sobie lub swoich dzieciach gówien nie muszą i faktycznie tego nie robią – widziałem nie raz.
Dlatego pomysł „Zoopolis” przemawia do mnie, nareszcie przestanę być obywatelem drugiej kategorii, bo mam psa, nie będę musiał się ukrywać, aby spuścić go ze smyczy, żeby sobie pobiegał zgodnie ze swoją psią naturą, może w końcu przestanę drżeć ze strachu na spacerze w lesie w obawie o jego życie, bo byle sadysta z flintą może bezkarnie zabić dla frajdy, wiedząc, że chore prawo chroni jego krwawe żądze.
Czekam od lat, aby nastał w końcu ten dzień, który opisał Bentham ponad dwa wieki temu:
„Oby nadszedł dzień, gdy reszta żywych stworzeń otrzyma prawa, których mogła pozbawić ich tylko ręka tyranii. Francuzi już doszli do tego, że nic nie usprawiedliwia pozostawienia bez ratunku ludzkiej istoty, dlatego tylko, że ma czarną skórę, na łaskę i niełaskę kata. Oby nadszedł dzień, gdy wszyscy uznają, że liczba nóg, włochatość skóry lub to, jakie zakończenie ma os sacrum, nie są również argumentami przekonywającymi, aby wolno było doznającą uczuć istotę wydać na męczarnie. Ze względu na co można wyznaczyć nieprzekraczalną granicę?
Byłoby to ze względu na zdolność do rozumowania lub może dar mowy? Jednakże dorosły koń lub pies jest bez porównania rozumniejszym i zdolniejszym do porozumienia się zwierzęciem od dziecka mającego dzień czy tydzień, czy nawet miesiąc życia. Przypuśćmy jednak, że jest inaczej. Co by to pomogło? Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć.”

3 komentarze:

  1. Podpisuję się obiema rękami i czterema łapami. Lecz głupi człowiek posiada władzę,nic się nie zmieni. Niestety

    OdpowiedzUsuń
  2. Można by rzec: Amen
    Jednak coś mi się widzi że jeszcze dużo wody upłynie, zanim tego typu spojrzenie na problem zwierząt (nie tylko domowych), stanie się obowiązujący. Ale poczekajmy. Wszystko się zmienia. Na to również przyjdzie czas.

    P.S. Miło Darku że znów działasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie tak, ale jak to mówią: cicha woda, brzegi rwie.
      A mi miło, że tu jeszcze zaglądasz :)
      A działam sezonowo, po wakacjach długo nie mogłem się zebrać, aby powrócić do internetosfery - pomogła niekończąca się deszczowa pogoda :)

      Usuń