niedziela, 30 lipca 2017

Lipcowa Czarna Hańcza cz. 1

Nadwigierski wieczór przed startem
Lipcowa Czarna Hańcza, to pełnia sezonu spływowego, ale w tym roku, o dziwo, nie było tłoku, miejscowi spotykani po drodze narzekali, że sezon marny, bo mało turystów. Zapewne z powodu kapryśnej pogody, ale nam akurat się trafiła – porządnie padało tylko raz ze 3-4 godzinki, a potem jeszcze lekko pokropiło ze 2-3 razy. Jak na lipiec, czyli najbardziej deszczowy miesiąc roku, to świetnie :)
Po koszmarnie suchym roku 2015 cieszę się na każdy deszcz, może wreszcie stany wód w Polsce trochę się poprawią, bo sytuacja nadal kiepska? W tej perspektywie – chronicznych niedoborów wody – rządowe plany przekształcenia rzek w drogi wodne jawią się jak sen wariata. Ekonomicznie to też absurd, ale kto bogatemu zabroni, być jeszcze bogatszym, kosztem przyrody i polskich obywateli, którzy będą spłacać rządowe kredyty przez pokolenia? Polecam przeczytać, ku przestrodze:
Będziemy drugą Holandią. Na pewno

Wracając do Hańczy, w tym roku było więcej wody niż poprzednio, co bardzo służy rzece, ułatwia spływ i jest po prostu ładniej. A ładność polega głównie na braku wysuszonych brzegów i zachwycającej bujności zieleni. Zieleni w tysiącach odcieni, których subtelności zdjęcia nie są w stanie oddać. Po przejrzeniu zdjęć po powrocie okazało się, że wiele miejsc, które w realu zauroczyły mnie przebogatą letnią zielonością, na fotkach wyglądają tak zwyczajnie, że zastanawiałem się, po co w ogóle je zrobiłem. Taką zieloność wschodnich kresów Polski w pełni lata koniecznie trzeba zobaczyć na żywo, fotki, to tylko namiastka.
Piszę kresów, bo tym razem udało się popłynąć kawałek na wschód, czyli Kanałem Augustowskim w stronę Białorusi. Im bliżej granicy, tym mniej ludzi i przyroda dziksza, co objawia się głównie cudownymi plenerami oraz obfitością latających i pływających krwiopijców z wielkimi bąkami bydlęcymi i wygłodniałymi pijawkami na czele. Oczywiście okropne jusznice deszczowe, którym onegdaj tyle miejsca poświęciłem też były, ale niewiele, w porównaniu z nimi muszki, komary i bąki były znacznie bardziej upierdliwe. Ale bez przesady, po powrocie do domu okazało się, że komary w pobliskim lasku to są dopiero agresywne krwiożercze bestie względem spokojnych podlaskich krewniaków.



































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz