sobota, 6 maja 2017

Paradoks imperatywu „wiecznego trwania”

Namiastka "wieczności"
Krytycy – ci światlejsi – ruchu ochrony środowiska często odwołują się do filozoficznego argumentu, że jego cele są nierealistyczne, ponieważ nic nie trwa wiecznie. Twierdzą, że postulowanie trwania biosfery w mniej więcej niezmienionym dzisiejszym kształcie, czego pragną i o co zabiegają tzw. ekolodzy, jest absurdalne, ponieważ Ziemia z zamieszkującymi ją gatunkami i tak się zmieni pod wpływem cywilizacji ludzkiej albo i bez niej. Jaki sens ma więc poświęcanie obecnej wygody życia i przyjemności, które dają np. supermarkety, samochody, kotlety schabowe, plastikowe butelki na rzecz jakiejś mglistej wizji lepszego świata Zero Waste, OZE, ratowania gatunków, procesów, naturalności, dzikości, bioróżnorodności i innych głupot?
W tym świetle ekologiczni aktywiści jawią się fanatykami, a sam ruch przypomina nawiedzoną sektę religijną wierzącą w jakąś abstrakcyjną ideę „wiecznego trwania” dla samego trwania, które jest dobre bez dalszego uzasadnienia. Tym bardziej że utopii zielonego Edenu już nie ma i se ne vrati, ponieważ ekolodzy chroniąc „wieczne trwanie”, paradoksalnie chronią w istocie „odwieczną zmianę”.
Dlatego ideologia ruchu ochrony środowiska bez określenia horyzontu czasowego owego „trwania” jest podatna na krytykę, ponieważ łatwo i zasadnie można ją wykpić, wskazując, że nic nie jest wieczne, lasów, które aktywiści chronią, kiedyś nie było, teraz są, ale na pewno w przyszłości znikną, podobnie jeziora, rzeki, mokradła i konkretne gatunki. Ziemia zmienną jest :)
Czasem – co złośliwsi – krytycy dodają, że ekolodzy chcieliby zapędzić ludzkość z powrotem do jaskiń albo na drzewa, co przedłuży owo „wieczne trwanie” o wsteczny okres, który minął od zejścia z drzew lub wyprowadzki z jaskiń, czyli od ok. miliona do kilkudziesięciu tysięcy lat. Zegar trwania cywilizacji ludzkiej zostałby zresetowany i zaczniemy od nowa – może historia potoczy się inaczej?
Krytyka owa jest oczywiście przesadzona i stanowczo nie fair, ponieważ ekologiczni aktywiści niezwykle rzadko zdają sobie sprawę z filozoficznych podstaw, a zarazem konsekwencji postulatów, które głoszą i nie różnią się w tym zupełnie od innych. Także swoich krytyków, zwłaszcza tych mniej światłych, którzy niewiele czegokolwiek postulują, za to ten brak teorii nadrabiają działaniem, często bezmyślnym, wręcz kompulsywnym, niszczącym przyrodę, co z kolei bardzo się nie podoba ekologom.
Niszczą przeważnie po to, żeby budować, przynajmniej w swoim mniemaniu. Nie zawsze tak jest, ale powoływanie się na budowanie w sporach z ekologami jest wygodnym usprawiedliwieniem dewastacji, ponieważ niesie pozytywne skojarzenia. Pycha, chciwość, zazdrość, bezmyślne podążanie za innymi (wyścig szczurów), konsumpcjonizm, które zazwyczaj są faktyczną motywacją aktywności tzw. cywilizowanych ludzi, kiepsko się do tego nadają.
Budowanie firmy, domu, autostrady, stadionu, pomnika, a zwłaszcza kościoła (których w Polsce bezliku), zakłada trwanie, no może nie wieczyste, ale na pewno bardzo długie, podtrzymywane remontami, konserwacjami itp., jak długo się da.
Kościoły w Polsce
Jeśli nawet budowle nie są wiecznotrwałe, to w domyśle postęp i cywilizacja, które je kreują już tak. Niektórym wierzącym gdzieś tam majaczy koniec historii, sąd ostateczny i zbawienie/potępienie, ale na tyle słabo, że na co dzień nikt się tym nie przejmuje i pracowicie przerabia naturalny krajobraz planety w cywilizowany, nie zważając na doczesne konsekwencje. W praktyce oznacza to eksploatację jakiegoś dotychczas względnie naturalnego obszaru, po to, żeby cywilizowane miejsca gdzieś dalej wyspowo kwitły np. miasta.
I tu wietrzę pierwszy paradoks: krytycy, którzy ganią ekologów za mrzonki zielonego „wiecznego trwania”, sami w istocie wyznają „wieczność”. Być może nawet żarliwiej niż ekolodzy, ponieważ w imię swej wiary nie wahają się zamieniać całych połaci planety w ekologiczne pustynie, tudzież śmietniska.
Co więcej, wyznają ją bezkrytycznie, bez cienia wahania, nawet w obliczu wyraźnych już zagrożeń trwania cywilizacji, która zatruwa (głównie cieplnie) biosferę swoimi wyziewami, w wyniku czego planeta wkrótce stanie się mocno nieprzyjazna życiu człowieka. A raczej trudno rozwijać cywilizację bezosobowo, transhumanistycznie przereklamowane AI chyba też nie będzie tym zainteresowane :)
I tu jawi się kolejny paradoks: jak można działać tak krótkowzrocznie, budując w zamyśle trwałą cywilizację? W imię cywilizacyjnego postępu niszczy się świat natury, który jest gałęzią, na której się siedzi, bardzo wygodnie jak dotychczas.
Wiele złego można powiedzieć o ekologach, ale oni przynajmniej nie popadają w tak jawne paradoksy. Mimo quasi religijnego sekciarstwa są jednak ostrożniejsi i dość powściągliwi w działaniu, za to więcej  gadają i robią sporo medialnego hałasu. Ich wiara w „wieczną zieloność” i „święte gaje” jest w praktyce dość elastyczna, ponieważ ostatecznie wierzą w mądrość Natury, dlatego bacznie ją obserwują (także z pobudek estetycznych) i ostatecznie zaakceptują dyktowane przez nią zmiany. Nawet te paskudne gatunki inwazyjne.
Krytycy ekologów nie są do tego zdolni, ponieważ absolutyzują abstrakcję, co czyni ich niezdolnymi do reagowania na zmiany, dlatego będą budować (cokolwiek), aż do zupełnej ruiny biosfery, a chwilę przedtem zawali się z wielkim hukiem (najprawdopodobniej eksplozji atomowych) hołubiona przez nich cywilizacja.
Z dwojga złego wolę jednak paradoks imperatywu „wiecznego trwania” ruchu ochrony środowiska, on przynajmniej daje jakąś szansę przetrwania, a tymczasem chroni piękno przyrody, które jest dla mnie najważniejsze, ponieważ mi się podoba i już :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz