sobota, 7 stycznia 2017

W syberyjskim lesie i na planecie Hoth :)

Za mną!
Byłem dzisiaj na wyprawie w syberyjskim lesie, a może nawet na lodowej pustyni planety Hoth – naprawdę tam byłem, choć fizycznie, geograficznie byłem niezbyt daleko domu. Jak to możliwe? Spójrzcie na fotki na dole, przypomnijcie sobie lektury z dzieciństwa i dajcie upust wyobraźni.
Gdzie się jest, co się czuje i widzi to bardziej kwestia umysłu niż przestrzennych koordynatów położenia ciała. Jak już kiedyś pisałem, minibwp można uprawiać w domu, a co dopiero gdy się z niego wyjdzie – nawet mały spacer to już świat!
Są ludzie, którym to nie wystarcza i muszą pędzić gdzieś na kraniec świata, aby doświadczyć tego, co przeważnie jest na wyciągnięcie ręki, no chyba że naprawdę mamy pecha i mieszkamy w centrum wielkiego miasta – wtedy rower bardzo się przydaje. Często owi ludzie uzasadniają swoje wojaże miłością do przyrody, chęcią obcowania z pięknem dziewiczej natury, która ma ich uzdrowić, naładować akumulatory itp. Albo jakimiś „wyższymi” celami: społecznymi, edukacyjnymi, a nawet politycznymi np. chęcią dokonania czegoś nadzwyczajnego, co ma rzekomo przysporzyć splendoru Polsce lub Polakom. Prowadzą w tym celu różne witryny i blogi podróżnicze, szukają sponsorów, kwestują, czyniąc wrażenie, że chodzi im o coś więcej niż kolejną formę konsumpcjonizmu, tym razem egzotycznych wrażeń, których inni mogą im pozazdrościć oraz uznania rzekomych zasług dla ludzkości.
Niestety te wyprawy są zazwyczaj dla przyrody nieobojętne, jeśli naprawdę ją kochamy, musimy przed każdą dalszą podróżą uświadomić sobie, że nasze eksploratorskie ambicje bywają dla niej bardzo niezdrowe. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą loty samolotem i penetrowanie jeszcze w miarę wolnych od antropopresji obszarów świata. Wszystkie odległe podróże, zwłaszcza lotnicze, są energetycznie, a zarazem ekologicznie niezwykle kosztowne. Przeważnie tego nie odczuwamy, ponieważ ich rzeczywista cena jest przed nami ukrywana przez biznes transportowy i turystyczny, płaci ją przyroda i tubylcy.
Dlatego, zanim gdziekolwiek dalej wyruszymy, zastanówmy się, jak możemy się odpłacić miejscu, które odwiedzamy i jego mieszkańcom. Co damy w zamian, za to, co im niechybnie odbierzemy? Czy zaspokoimy jedynie impulsywną zachciankę, czy też coś pożytecznego z tego wyniknie? Jeśli nic poza wyblakłymi wspomnieniami, które nikogo oprócz nas nie obchodzą i poza kolekcją lanserskich fotek, którymi pochwalimy się na fejsie i sponsorom, to może lepiej nie ruszać się z domu, poczytać w zamian podróżniczą literaturę albo pojechać gdzieś znacznie bliżej? A może przeznaczyć zbywające fundusze na to, żeby nasze najbliższe otoczenie stało się tak ładne, żeby nie było potrzeby szukać rekreacji gdzieś daleko? Pisałem już o tym i na pewno jeszcze nie raz będę.
Wyobrażacie sobie świat, który jest tak wspaniały, że nikomu nie chce się nigdzie wyjeżdżać, bo przyrodniczy raj ma pod nosem? Ja bez trudu i głęboko wierzę, że jest to możliwe nawet w Polsce, trzeba tylko chcieć i zrezygnować z wielu zbędnych rzeczy i podniet, aby móc rozkoszować się tym, co mamy nieopodal tu i teraz :)




















 Ślady tauntauna? ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz