sobota, 17 września 2016

Wisła u schyłku lata

Zazwyczaj pływam małymi, w porywach średnimi rzekami, często o brzegach porośniętych lasem – niestety tylko takie są w Polsce jeszcze w miarę czyste i niezdewastowane regulacjami do szczętu. Choć bywa z tym już coraz gorzej. Na tym skromnym krajobrazowo tle Wisła imponuje rozmachem, już sam jej rozmiar, który otwiera szeroko przestrzeń przed wędrowcem, robi wrażenie.
Będąc na wodzie, gdzieś w środku nurtu, znacznie mocniej odczuwa się ten rozległy przestwór niż stojąc na brzegu. Wrażenie mocne i niezapomniane, polecam, póki jeszcze można, ponieważ szykuje się nam „dobra zmiana” Wisły, po której prawdopodobnie bezpowrotnie straci swoje walory krajobrazowe i przestanie być sobą.
Mnie się udało już drugi raz, kiedyś pisałem o lipcowej wycieczce, a teraz wybraliśmy się końcem sierpnia. Wypłynęliśmy z Wyszogrodu dość późno, bo dopiero ok. godziny 20-tej.

Nie polecam, bo o tej porze roku już zmierzchało, a pływanie po zmroku nie jest zbyt bezpieczne, ale tak się złożyło. W nagrodę za męczący i nerwowy dzionek Wisła podarowała nam przepiękny zachód słońca, a niebawem przyjazną, pozbawioną komarów, piaszczystą łachę na nocleg.

Woda była zadziwiająco ciepła, aż kusiło, żeby się wykąpać, ale rozsądek nakazywał wstrzemięźliwość. Kilka smacznych czeskich piwek i nocne Polaków rozmowy w takiej scenerii przepełniły kielich szczęścia i zasnęliśmy zapatrzeni w gwiazdy beztrosko jak dzieci. (W światła samolotów z Modlina też, ale mniejsza i tak było cudownie :)
Ranek przywitał nas zefirkiem i piękną, słoneczną pogodą.

Po śniadanku wyruszyliśmy, płynęliśmy powoli, zachwycając się wiślanymi krajobrazami. Przeciwny wiatr niestety się wzmagał, aż doszło do tego, że każda przerwa w wiosłowaniu oznaczała stanięcie w miejscu, a nawet cofanie się mimo silnego przecież prądu. Tak bywa na Wiśle, dlatego organizując spływ, należy brać to pod uwagę i planować etapy z odpowiednim zapasem czasu, a nawet alternatywnymi noclegami. Tworzą się w takich warunkach spore fale, dlatego osoby mniej doświadczone powinny płynąć pod osłoną brzegu. Nam takie wietrzysko nie pierwszyzna, więc płynęliśmy śmiało, ale wymagało to wzmożonego wysiłku, stąd częste przerwy na odpoczynek, fotkowanie i przekąskę.







Wiatr silnie dmuchał, ale było ciepło, słonecznie i przyjemnie. Wiosłowaliśmy żwawo do późnego popołudnia, a potem po popasie w Kępie Polskiej, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg.












Kępa Polska
 




 Pierwsza wypatrzona z daleka miejscówka nie wypaliła, ponieważ pojawiała się rozległa płycizna, której nie udało się przebyć i musieliśmy zawrócić. W ogóle płycizn na Wiśle, mimo całkiem przyzwoitego stanu wody w tym roku (zwłaszcza w porównaniu z ubiegłym), wciąż sporo, trzeba po prostu między nimi lawirować. Trudno je dostrzec, woda jest jednak niezbyt czysta i mętna, łatwiej wyczuć je wiosłem.
Druga miejscówka była już trafiona, na ogromnej wyspie, w zaroślach dobrze chroniących od wiatru, ale mocno zakomarzona. Dlatego po kolacji ok. 19-tej od razu schowaliśmy się do moskitier, aby nie dać się ssać krwiopijczyniom. Zmęczeni wielogodzinnym wysiłkiem i nadmiarem wrażeń szybko zasnęliśmy.
Ranek przywitał nas piękną pogodą i Wisłą gładką jak lustro.
 


 Komary wkrótce się gdzieś ulotniły. Zjedliśmy śniadanko, zwinęliśmy sprawnie biwak i płyniemy dalej, tym razem wreszcie z wyczuwalnym prądem. Płynęło się świetnie, każde machnięcie wiosłem od razu dodawało łodzi pędu, spojrzenie na brzeg potwierdzało, że nurt niesie znacznie szybciej niż na małych rzekach.
Za Kępą Polską Wisła się widocznie rozszerza, czuć, że zaczyna się oddziaływanie zapory we Włocławku. Przede wszystkim słabnie prąd i wyraźnie pogarsza się czystość wody, która im bliżej Płocka robi się coraz brudniejsza, mętniejsza, po powierzchni pływają różne paskudztwa i pojawia się miejscami niemiły zgniło-rybi zapaszek. Paskudnego czarno-zielonego szlamu, który przykleja się do stóp/butów niestety przy brzegach i na łachach też przybywa. Jest gliniasto-mazisty i wyjątkowo kleisty, zmycie go jest bardzo uciążliwe, zwykły czarny muł znany z innych rzek, to przy nim pikuś. Wydaje się, że tego szlamu nie jest wcale mniej niż trzy lata temu, jeszcze przed oddaniem nowej „Czajki”, a powinno. Jakoś mnie to nie dziwi, gdy wciąż zdarzają się takie rzeczy – 100 milionów litrów ścieków trafiło do Wisły.











Gdy się to wszystko widzi na własne oczy, rządowe plany budowy kolejnych zapór napawają przerażeniem. Na tak brudnych rzekach zapór się nie buduje, a przynajmniej nie powinno, ponieważ sztuczne jeziora, które te spiętrzenia kreują, działają jak odstojnik oczyszczalni ścieków. Z tą różnicą, że nigdy nieopróżniany i nieoczyszczany, jakie są tego ekologiczne skutki dla danego akwenu każdy może sobie wyobrazić.
Lekko zniesmaczeni pogarszającą się jakością wody płynęliśmy dalej, aż zbliżyliśmy się do Płocka, który przywitał nas pióropuszem „wiecznego” dymu z instalacji orlenowskiej rafinerii.
Mimo wszystko mijane krajobrazy wciąż potrafiły zauroczyć, a liczne stada ptaków na mijanych łachach i wyspach dawały nadzieję, że może z rzeką nie jest aż tak źle, a może przyroda jest odporniejsza na zanieczyszczenia, niż sądzimy? A może do wszystkiego można się przyzwyczaić?










Wiślane "pingwiny" :)
 


Orlen wciąż dymi...
 

Koniec spływu - ujście wyschniętej i zarośniętej Słupianki.
Ja jednak wciąż nie mogę zaakceptować tego, że jakość wody może być odstręczająca na sam widok lub zapach, że kąpieli w rzece, jeziorze można się bać, bo grozi chorobą itp. Mimo że coraz powszechniejsze, to jednak nie jest normalne – jak można coś tak cennego, jak wodę, cudowne źródło życia, zatruwać, czynić czymś odpychającym i niezdatnym do użytku? Jak można w tym kontekście mówić o postępie, cywilizacji, kulturze? Dla mnie to po prostu barbarzyństwo.
Wisła po raz kolejny uświadomiła mi, że mimo połyskliwej politury nowoczesności niewiele w istocie różnimy się od tych biedaków w Indiach na zdjęciu.
Toaleta w indyjskich slumsach, nieczystości wpadają wprost do wody,
w której kąpią się dzieci (AFP, Fot: Sebastian D'souza)
Oni tak czynią z ignorancji i biedy, a my dlaczego? Z głupoty, chciwości, braku wyobraźni?
Mimo wszystko zachęcam do spływów Wisłą, jest wciąż wspaniała, a im więcej Polaków zobaczy jej urok i doceni, tym więcej stanie w jej obronie przed zakusami ściekowo-betonowo-industrialnego lobby.

3 komentarze:

  1. Wspaniała wyprawa, opis, zdjęcia... Gratuluję i zazdroszczę ;)
    Coś wiem o wietrze dmiącym pod prąd rzeki uniemożliwiającym płynięcie z prądem - przerabiałem to kilkakrotnie pływając Wartą... cudowne były to czasy...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałem na Twoją kolejną relację, nie wiedziałem tylko że aż tak mocno zmienisz "kaliber" miejsca spływu :)

    P.S. Fotki świetne (ten zachód słońca wręcz bajkowy).

    Pozdrówka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tak mocno zmieniłem kaliber, dzięki kumplowi mam stosunkowo częsty kontakt z Wisłą, a nad większą rzeką dorastałem. Szkoda, że polskie duże rzeki stały się takie brudne i zaśmiecone, byłyby niesamowitą atrakcją. Starzy ludzie często mi opowiadają jak się za młodu w nich kąpali, pływali, brali wodę do gotowania itp., a teraz? Aż się płakać chce :(

      Usuń