niedziela, 28 sierpnia 2016

Mikrowyprawy, to jednak nie minibwp

Na niedawnym spływie znajomi pokazali mi książkę Łukasza Długowskiego, która ponoć stała się ostatnio dość modna. Najbardziej zaintrygował mnie tytuł – „Mikrowyprawy w wielkim mieście” i fragment wstępu, bo skojarzył mi się oczywiście z minibwp :)

„Myślę, że zostaliśmy oszukani. Że ci wszyscy wielcy odkrywcy – pierwszy na biegunie, na Mount Evereście, pierwszy, który spłynął Amazonką od źródeł do ujścia – że to wszystko jest jednym wielkim oszustwem. Że oni nas zwodzili. Sprzedali nam marzenie, mówiąc: zobaczcie, skoro ja tak mogę, to każdy tak może. Ale to jest nieprawda. Żeby być eksploratorem z prawdziwego zdarzenia, potrzebnych jest masę wyrzeczeń: rodzinnych, finansowych i czasowych. Trzeba się w to naprawdę zaangażować i przestawić na ten tor całe swoje życie. Przeciętny pracownik korporacji albo urzędu nie może sobie na to pozwolić. Ale pomimo to uwierzyliśmy, że się da, i zazdrościliśmy im za każdym razem, kiedy publikowali nowe książki albo wrzucali nowe zdjęcia do sieci, mówiąc: zobaczcie, teraz jesteśmy na Antarktydzie!
Przyznam szczerze, że szlag mnie trafiał, kiedy oglądałem te zdjęcia. Byłem strasznie sfrustrowany, że tego nie robię. Z czasem jednak zrozumiałem, że dokonałem takiego wyboru. Nie poświęciłem życia podróżom, bo nie chciałem, nie mogłem, zabrakło pieniędzy. Nieważne dlaczego. To już się nie zdarzy. Ale dzięki Alastairowi zrozumiałem, że przygoda nie kryje się tylko na biegunie południowym albo w amazońskiej dżungli czy na pustyni w Czadzie. Przygoda jest tu, pod nosem, w podmiejskim lesie, pobliskiej rzece, nieodległych skałkach. Bo przygoda to nie jest coś, co przychodzi z zewnątrz, to jest nastawienie do życia. Otwarcie się na nie, na niewygody, ryzyko, nieznane. Przygoda jest w nas, a te wszystkie miejsca – lasy, rzeki, jeziora, góry – pomagają ją tylko uwolnić.”

Dalsza zawartość książki nie była już taka fajna, miejscami trochę nudna i skażona odstręczającym dla mnie „coachingowym” stylem, ale znajomym się bardzo podobała. Ja raczej przychylam się ku tej sceptycznej recenzji niż innym, z reguły pełnym zachwytów nad autorem i wylansowanym przez niego nowym trendem.
Dla człowieka w moim wieku w takich mikrowyprawach jedynie nazwa jest nowa, ponieważ dzieciaki w PRL-u robiły takie i pewnie jeszcze ciekawsze wyprawy nagminnie. Zbyt wielu rozrywek wtedy nie było, w TV tylko dwa kanały, o internecie i grach komputerowych nikt nie miał pojęcia, za to wyobraźnia napędzana klasyczną podróżniczą i przygodową literaturą pracowała pełną parą i egzotyczne wyprawy urządzało się prawie codziennie. Byle wysepka na gliniankach stawała się „Tajemniczą wyspą” Verne’a, a pobliska rzeczka Amazonką albo Jukonem, zależnie od pory roku. Tak po prostu wtedy było i nie trzeba było kończyć filozofii, żeby przeżywać fascynujące przygody na łonie natury.
Wracając do książki, mimo jej niedoskonałości chyba dobrze, że jednak została napisana i wydana, skoro w dzisiejszych czasach istnieje potrzeba przedstawiania i tłumaczenia rzeczy oczywistych?
Forma może nie zachwyca, ale intencje autor miał chyba zacne, dlatego warto do książki zajrzeć i przeczytać zwłaszcza zawarte w niej wywiady. Jeśli zachęcą do bliższego, minimalistycznego, nieeksploatacyjnego kontaktu z przyrodą, a przy okazji do jej ochrony, to wszystkim nam wyjdzie to na dobre.
Na deser dwa wywiady z autorem:
Mikrowyprawy - jedz pod chmurką, patrz w gwiazdy, wykąp się w rzece
Mikrowyprawy, czyli egzotyka na wyciągnięcie ręki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz