poniedziałek, 2 maja 2016

Manowce maksymalizmu – motoryzacyjny obłęd

Kiedyś dłuższy spacer lub rowerowa wycieczka, nieważne szosą czy polną drogą była prawdziwą przyjemnością. Można było podziwiać krajobrazy, chłonąć zapachy kwitnącej wiosny, pokonując bezpiecznie kilometry bez większego hałasu dookoła lub smrodu spalin. Pojazdów spalinowych na drogach było niewiele, jeździły też jakoś spokojniej i przeważnie w konkretnym celu. Niekonieczne było nerwowe rozglądanie się dookoła, aby umknąć przed pozbawionym wyobraźni i/lub rozumu szaleńcem za kierownicą.
Samochody i motocykle – niegdyś rozsądne środki transportu – stały się dzisiaj istną zmorą (ostatnio doszły quady), zabierają przestrzeń w miastach, trują powietrze, odbierają spokój mieszkańcom, a przede wszystkim są największym statystycznie zagrożeniem dla życia i zdrowia przeciętnego Polaka, poza tzw. chorobami cywilizacyjnymi (którym też sprzyjają). Co spowodowało, że dzisiaj praktycznie już nie jeżdżę rowerem ulicami i szosami – zbyt wiele znam tragicznych historii, które zakończyły się śmiercią lub kalectwem rowerzysty, którego kodeks drogowy uparcie traktuje jak każdy inny pojazd np. 3.5 tonowy dostawczak, któremu zawsze się spieszy. Nie chcę być kolejną ofiarą motoryzacyjnego chama lub idioty. Jedynie ścieżki rowerowe, chodniki (mam w dupie nieżyciowe przepisy) i polne drogi nadają się jeszcze do rowerowania z niejaką przyjemnością, a przecież o to chodzi, choć i tam bywa różnie, bo moto-maniaków też ciągnie w las, a nawet w wodę.
Gdyby traktować ofiary motoryzacyjnego obłędu podobnie jak ofiary terrorystów, to prywatne automobile byłyby już dawno zakazane, a spora grupa kierowców siedziałaby w aresztach domowych jako podejrzani o terroryzm. Wiemy jednak, że jest zupełnie na odwrót – kwitnie motoryzacyjna religia, rosną rzesze zaczadzonych spalinami wyznawców. Jej papieżami są kierowcy rajdowi i dziennikarze typu Clarkson lub Zientarski, samochody (zwłaszcza te droższe i tzw. sportowe) to ruchome kapliczki, a rajdy to cel pielgrzymek niczym do Mekki. Ilość kanałów telewizyjnych, stron internetowych i tytułów prasowych poświęconych tematyce motoryzacyjnej idzie w miliony – a przecież budowa silnika spalinowego i konstrukcja tych pojazdów jest stosunkowo prosta i zasadniczo nie zmieniła się od dziesiątków lat – czym się tu zachwycać?
Przecież samochód/motocykl to w istocie dość prymitywna, a przy tym niebezpieczna maszyna do przemieszczania ludzi i towarów w przestrzeni i niewiele więcej. Rozumiem, że taki pojazd bywa użyteczny, wygodny (choć indywidualnie i cywilizacyjnie płacimy za bardzo wysoką cenę), ale skąd taki bezkrytyczny zachwyt? Czy ktoś się równie ochoczo i gorliwie modli się do prysznica, muszli klozetowej, pralki, odkurzacza lub telewizora, choć są równie użyteczne, jak automobil, a może nawet bardziej? Czy słyszał ktoś o fanklubie danego modelu windy, ruchomych schodów lub tramwaju, lokomotywy? A te maszyny służą przecież do tego samego co samochód lub motocykl.
Służą, ale nie zachwycają tak naiwnych, nie dostarczają bowiem ułudy poczucia panowania nad swoim życiem. Oczywiście samochód też tego nie daje, ale ogromna machina marketingowa pracuje nad tym, aby wydawało się nam, że jest inaczej. Dają się nabrać na to propagandowe kłamstwo miliony frajerów pracujących w pocie czoła całymi dniami, aby w nagrodę kilka godzin w tygodniu sobie pojeździć, najlepiej w plenerze, i poczuć „wolność”, w istocie będącą kolejnym zniewoleniem ciała, a przede wszystkim umysłu i portfela oczywiście.
Spektakularnym wyrazem tego spalinowego zaczadzenia są tzw. sporty motorowe, które mają chyba mniej wspólnego ze sportem, rozumianym jako cielesna aktywność niż gra w szachy. Z istoty swojej sporty motorowe generują emocje, adrenalinę zupełnie nieadekwatną do rzeczywistej aktywności organizmu, który przecież siedzi, jest unieruchomiony, często pasami bezpieczeństwa. W trakcie ich uprawiania doznajemy poczucia pędu, prędkości nieosiągalnych w normalnych warunkach. W tej nadzwyczajnej dla mózgu i mechanizmów percepcyjnych sytuacji wydziela się nadmiar aktywizujących hormonów, który nie może być właściwie przez docelowe tkanki spożytkowany. Nie może, ponieważ fizjologiczny sens tych biologicznie czynnych substancji nie znajduje właściwego ujścia w realnej aktywności ciała, więc rzuca się na psyche, generując niezaspokojoną podnietę, rodzaj euforii przeważnie podszytej agresją. Oczywiście ten mechanizm łatwo uzależnia, ponieważ trudno w zwyczajnych warunkach o tak intensywne bodźce, dlatego motoryzacyjny nałóg, który łatwo i prosto ich dostarcza, aż tak wciąga i domaga się nieustannych powtórek.
Tym częstszych i intensywniejszych, im bardziej codzienne życie fana motoryzacji jest bezbarwne i pozbawione innych uroków. A przeważnie takie jest, ponieważ maniakami motoryzacyjnymi, co wynika z moich osobistych obserwacji, są zazwyczaj prymitywni faceci, o ograniczonej wrażliwości, wąskich albo żadnych horyzontach intelektualnych. Upośledzeni słuchowo, węchowo, a często mam wrażenie, że intelektualnie także, bo któż by inny poczytywał za wartość samą w sobie grzebanie się godzinami w brudnych smarach i cuchnących wyziewach metalowych mechanizmów, których zasada działania i budowa może być wyzwaniem co najwyżej w podstawówce?
Jednak najgorszym w mojej ocenie wydaniem motoryzacyjnego nałogu są tzw. rajdy terenowe, istna zmora dla przyrody i zamieszkujących ją istot. Wyraz absolutnego egoizmu i wyjątkowej pogardy dla otoczenia. Terenówki, quady i krosowe motocykle, to tylko maszyny, ale dzięki złemu prawu, urzędniczej indolencji, tumiwisizmie służb wszelakich i braku wyobraźni połączonej z głupotą oraz arogancją ich użytkowników stały się prawdziwą zakałą, istnym wrzodem na łonie polskiej przyrody. Teoretycznie nie powinno ich tam być wcale, ale są, a ich ślady widzimy prawie na każdym kroku:





Powodem tego jest oczywiście niezrównoważony charakter motorowego pseudosportu – angażuje ciało niewspółmiernie słabo w stosunku do generowanych emocji. Prawdziwy wysiłek, utrata energii własnej, a nie tej zmagazynowanej w zbiorniku paliwa, powoduje zmęczenie, chęć odpoczynku, uspokojenie – tak działa nasze ciało, ponieważ ma wbudowane naturalne hamulce przed przesadą, która mogłaby je uszkodzić. Człowiek w maszynie nie doznaje takich ograniczeń, umysł ma nadmiernie pobudzony, ale sygnały ostrzegawcze ze strony ciała (które jest tu prawie bierne) nie dochodzą, dlatego pojawia się skłonność do przesady – istny motoryzacyjny amok. Czego efektem jest niszczenie i zatruwanie (spaliny, smary, oleje) otoczenia, dręczenie hałasem, płoszenie, a nawet rozjeżdżanie żywych istot, zdarza się, że nawet ludzi. Przyroda w takich okolicznościach jest traktowana skrajnie instrumentalnie, bez najmniejszego szacunku. Staje się li tylko torem przeszkód, wyzwaniem do pokonania, miejscem wyładowania emocji, przedmiotem agresywnej przemocy.
Inaczej się dzieje, gdy uprawiamy prawdziwy sport angażujący ciało, jaki by nie był: chodzenie, bieganie, pływanie, jazda rowerem, wioślarstwo, a nawet żeglarstwo. Pracujące ciało daje sygnały, musimy wtedy zwracać uwagę na otoczenie, wręcz współpracować z nim, żeby zminimalizować wysiłek. Mniejsza prędkość przemieszczania daje czas na zauważenie czegokolwiek, pozwala się zachwycić światem, a nie jedynie go pokonywać, dosłownie i przenośni. Gdy poczujemy zmęczenie, robimy przerwy na odpoczynek, a u kresu wędrówki danego dnia przyroda staje się przyjaznym miejscem, domem. W terenówce, na quadzie, motorze to tylko krótki przystanek, można wyrzucić śmieci, butelki i jechać dalej albo wracać do domu.
Motoryzacja nie generuje przywiązania i szacunku do miejsca. Jest jednym z najgorszych wcieleń cywilizacyjnego maksymalizmu, który niszczy przyrodę na wiele sposobów, od wydobywania surowców, budowy infrastruktury motoryzacyjnej, drogowej po fizyczne rycie, rozjeżdżanie siedlisk i ich mieszkańców.
A rozwiązanie problemu jest proste i funkcjonuje w niektórych krajach – zakaz poruszania się terenowymi pojazdami typu quad, buggy, cross, enduro itp. po drogach publicznych (w lasach i na terenach chronionych teoretycznie już są zakazane) oraz wysokie kary za łamanie prawa łącznie z konfiskatą pojazdu. Legalne byłyby tylko na prywatnym terenie, specjalnych torach, wynajętych poligonach itp.
Podejrzewam, że lobby motoryzacyjne w Polsce na to nie pozwoli, bo zyski są ważniejsze od spokoju i piękna przyrody oraz życia jej mieszkańców. Dlatego z utęsknieniem czekam końca paliw kopalnych i upadku tej prostackiej cywilizacji opartej na motoryzacyjnym obłędzie, bo na mądrość, a nawet rozsądek Polaków już dawno przestałem liczyć...

7 komentarzy:

  1. Na Słowacji się z quadami nie cackają, od razu rekwirują takim psychicznym mutantom pojazdy. Ja myślę, że crossy i quady powinny posiadać tylko wojsko, straż graniczna i ewentualnie jakieś służby ratunkowe-reszcie powinno się bezwarunkowo zakazać. Ale jak wspomniałeś, to pobożne życzenia. Reasumując mamy kloakę w kraju :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Darku, dziękuję za ten ważny tekst, werbalizujący wszystkie moje myśli na ten temat. Posyłam w świat!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło przeczytać :)

      PS.
      Właśnie wróciłem z Narwiańskiego Parku Narodowego - zero motoryzacji, przynajmniej na wodzie, jedynie odgłosy natury :)

      Usuń
  3. Wspaniały artykuł, świetny! Strzał w dziesiątkę. Czy Pan jest psychiatrą-diagnostą? Dawno nie przeczytałem tak rzeczowego tekstu. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, raczej pacjentem psychiatryka :)

      Usuń
    2. Najwyraźniej razem z żoną pasujemy na ten oddział. Gdzie mogę pobrać kaftan?

      Usuń
    3. Witam w klubie!
      Kaftany wydaje personel, ich trzeba spytać, ja tylko opisuję jak się go nosi - zapraszam do lektury, ewentualnie krótkich ucieczek ze szpitala. Czasem mi się udaje samemu lub w niewielkim gronie.
      Od czasu do czasu robimy sobie taki mały od "Lot nad kukułczym gniazdem", ale i tak zawsze łapią i wracamy na oddział :)

      Usuń