niedziela, 20 grudnia 2015

Wrześniowa Biebrza cz. 6

Obudziłem się jak zwykle dość wcześnie, niebo było mocno zachmurzone, ale już nie padało. Poza skrawkiem suchej trawy pod płachtą i pod kanu wszędzie było bardzo mokro.
Zdemontowałem płachtę, zwinąłem i schowałem śpiwór (to najważniejsze, gdy grozi deszcz), przebrałem się z „piżamki” (komplet polarowy WP wz. 516/517, na Allegro do kupienia za ok. 40 zł, nic lepszego w tej cenie nie znajdziecie) w polową bluzę i spodnie, i usiadłem na karimacie, żeby zagotować wodę na kawę i sklecić jakieś śniadanko. Nagle zza krzaków wyszedł wędkarz, zauważyłem po jego zachowaniu i minie, że mój widok o tej porze bardzo go zaskoczył. Domyśliłem się, że przestraszył się, czy aby nie jestem jakimś strażnikiem parkowym, bo byłem militarnie ubrany. Uśmiechnął się głupawo, coś tam wymamrotał i szybko się oddalił w stronę starorzecza przy wieży widokowej.
Dokończyłem śniadanie, poskładałem wszystko i pochowałem do beczek z wyjątkiem płachty. Zniosłem kanu na brzeg i zapakowałem, płachtę rozłożyłem luzem z przodu, niech sobie schnie po drodze, przekładałem ją w tym celu co jakiś czas. I to właśnie jest zaleta płachty/tarpa przy takiej pogodzie – z namiotem tak by się nie dało i kisiłby się mokry w beczce.
Brzeg był grząskawy, ale jakoś się udało wsiąść z czystymi nogami i popłynąłem. Przede mną etap do Brzostowa, ponad 23 km. To słynne Brzostowo znane z pływających „szczęśliwych krów” :)
Miałem nadzieję, że je zobaczę. Tymczasem płynąłem sobie biebrzańskimi meandrami. Krajobraz było bardzo podobny do wczorajszego, może tylko rzeka nieco szersza, wyższe skarpy nad wodą i ciut gęstsze zadrzewienia na brzegach.

Po drodze przybywało wędkarzy, zwłaszcza za Wissą (prawy dopływ Biebrzy), niektórzy na mój „służbowy” widok błyskawicznie kryli się w nadbrzeżne chaszcze. W plecy wiał nieprzyjemnie chłodny wiatr, owinąłem szyję chustą i odwróciłem czapkę daszkiem do tyłu – trochę pomogło. Po drodze zdarzały się łagodne, piaszczyste łachy, można było wysiąść, rozprostować nogi. Nawet trochę żałowałem, że nie popłynąłem wczoraj dalej i nie zanocowałem na jednej z nich, lecz opis szlaku sugerował etap raczej w stylu pierwszego dnia spływu, czyli dzikie, niedostępne brzegi, wolałem zatem nie ryzykować w nieznanym, podmokłym terenie. Z drugiej strony nie poznałbym w Białym Grądzie „gier i zabaw ludu polskiego”. Zawsze coś za coś :)

Po drodze mijałem dziwne urządzenia, malutkie tratwy z karmikiem przywiązane przy brzegu. Intrygowało mnie, do czego służą – do dokarmiania bobrów? Trochę to niedorzeczne, zaspokoiłem ciekawość dopiero wieczorem.


Zaczęło kropić, wdziałem kurtkę przeciwdeszczową, od razu zrobiło się cieplej i przyjemniej. Brzegi się obniżyły, zaczęło mocniej wiać od łąk i pól, często w twarz, zależnie od zakrętasów rzeki.

Minąłem kolejny prawy dopływ (a może jakiś kanał) Biebrzy i wyczułem, że zbliżam się do Brzostowa. Po prawej teren się podwyższał, coraz częściej pojawiali się ludzie i jakieś ich urządzenia i budowle. Na działce nad samym brzegiem jakiś facet piłą łańcuchową z zapałem przerabiał duże, dorodne wierzby na opał. Aż przykro było patrzeć na takie barbarzyństwo. Sławko z Gaju chyba by się popłakał.
Po lewej pokazały się brązowe, rozkopane setkami krowich racic brzegi, a za chwilę same „szczęśliwe krowy”.


Może i szczęśliwe, ale i nieźle upaćkane w błocie :)
Biebrza przy samej wsi rozlewała się bardzo szeroko i płytko, obawiałem się, że osiądę na kamienistym dnie, na głazy w nurcie też trzeba było uważać. Rozglądałem się po prawej za polem biwakowym – opis szlaku zapowiadał ich tu kilka i bardzo atrakcyjnych. Niestety jakoś się tego nie dopatrzyłem, były małe, brzydkie, z rachityczną zielenią, za to wystawione na wietrzysko, które wciąż silnie wiało z północy. Do tego sporo industrialnego hałasu (traktory, piły, silniki). Nie podobało mi się tutaj (może w lipcu jest tu ładniej?). Zatrzymałem się przy lewym brzegu przestudiować mapę i zastanowić się co robić. „W rękach” miałem ok. 24 km wiosłowania, do następnej wsi – Burzyn, gdzie opis obiecywał „dogodny” biwak było jeszcze ok. 6,5 km. Już raz się na tym opisie przejechałem i zamiast na „ładnym polu namiotowym” nocowałem na pastwisku – i tak się cieszę, że tam było i puste. Postanowiłem jednak zaryzykować i popłynąć dalej w nadziei, że niedaleko znajdę jakąś dobrą miejscówkę na nocleg – mapa pokazywała, że na prawym (wyższym i suchym) brzegu są zalesienia. Popłynąłem więc dalej.

 W Brzostowie są także szczęśliwe gęsi :)



 Uwaga na promy, a konkretnie ich stalowe liny w poprzek nurtu, czasem zwisają nisko.


Prąd był szybki, wiatr w plecy, wypatrując kolejnych miejsc na nocleg, nawet nie zauważyłem, kiedy dopłynąłem do Burzyna. Faktycznie, dojście do brzegu było wygodne, niedaleko wiata i pole namiotowe wygrodzone przez BPN. Nie było sensu szukać dalej, przybiłem do brzegu i wyciągnąłem kanu. Poszedłem jak zwykle na rozpoznanie okolicy. Pod wiatą pełno śmieci – normalka, ale ogólnie nie jest źle. Zostaję – głód, zimno, zmęczenie i późna pora przyznały mi rację.
Ubrałem się cieplej, wyciągnąłem z beczki kuchenkę, menażkę, wiktuały i poszedłem pod wiatę podgrzać późny obiad. Od siódmej rano poza kanapką suchego chleba z resztką masła nic nie jadłem, po drodze jeszcze podmarzłem, gorący posiłek w takich sytuacjach jest jak zbawienie. W trakcie gotowania pojawiła się wycieczka miastowych, którzy przyjechali na punkt widokowy BPN powyżej i zeszli zobaczyć brzeg rzeki. Pokręcili się ze swoimi wypasionymi aparatami fotograficznymi i lornetkami i poszli. Widok na dolinę Biebrzy faktycznie był ładny.



Wyluzowany po sycącym soczewicowym obiedzie i smacznym, gorącym kompociku z liofilizowanych owoców mogłem na luzie zastanowić się co dalej. Przydałoby się pójść do wsi do sklepu, może jeszcze będzie otwarty? Później pomyślę o szczegółach noclegu.
Schowałem i przymaskowałem kanu (płachta znów się przydała) w nadbrzeżnych szuwarach, wziąłem torbę i skierowałem się w kierunku widocznej wieży kościoła. Droga wiedzie w górę, do parkingu przy wieży widokowej BPN, tam spytałem miłą parę starszych ludzi na spacerze o sklep, czy czynny i o drogę. Okazało się, że mają tu daczę i znają dobrze okolicę, chętnie wskazali skrót między polami i poradzili, żebym się pospieszył. Dotarłem do wiejskiego sklepiku, był otwarty, bo jeszcze przed nim i w środku urzędowali miejscowi alkoholicy – nikt inni nie kupuje flaszki podłej wódki na zeszyt i nie jedzie wężykiem po szosie zdezelowanym składakiem z półlitrówką wystającą z kieszeni spodni od dresu, a za chwilę wraca po kolejną.
Kupiłem przede wszystkim pieczywo, które już mi się skończyło, masło, coś do kanapek, pomidory i jabłka. Wróciłem tą samą drogą, nad rzeką spotkałem wędkarza, zauważył, jak kręcę się przy kanu, spytał o nie i tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmowę. Okazało się, że kupił tu kiedyś we wsi domek, przyjeżdża powędkować, a od lat organizuje z przyjaciółmi spływy kajakowe, przynajmniej raz w roku, nie tylko na Biebrzy. Ponarzekaliśmy na suchy rok, wyjaśnił mi, że te dziwne tratwy-karmiki na wodzie zakłada BPN w celu trucia norek amerykańskich, co oczywiście w ogóle się nie sprawdza.
Po powrocie szukałem w necie informacji na ten temat, ale podobne były tylko żywołapki i liczniki zwierząt, a trutkach nic nie znalazłem, czyżby jakiś miejscowy pomysł, a może jednak nie chodziło o trucie, lecz dokarmianie, żeby syte norki nie polowały na ptaki? Przecież gdyby to była trutka, to inne gatunki też byłyby zagrożone?
Wymieniliśmy wrażenia ze spływów, polecał mi szczególnie Narew, podobnież ma znacznie lepszą infrastrukturę turystyczną niż Biebrza, a wszystko to w cenie wstępu do NPN. Nie omieszkam sprawdzić w przyszłym roku. W końcu się pożegnaliśmy, bo robiło się ciemno. Niedługo przyszła, zapowiadana przez wędkarza jego znajoma, pani, która zawodowo sprawdza stan wody na lokalnym wodowskazie. Też chwilę z nią porozmawiałem – nie pamiętała tak niskiej wody, jak w tym roku, przynajmniej od 30 lat się to nie zdarzyło. Spytałem o miejscówkę, zwłaszcza czy bezpieczna. Wiata była kiedyś elementem prywatnego pola namiotowego, ale właściciel zmarł i nikt już o nią nie dbał (o pole też – całkiem zarosło), z rzadka goszczą pod nią miejscowi żule i trunkowa młodzież (co było widać, flaszek, puszek i śmieci dookoła dostatek), ale ponoć są przyjaźnie usposobieni do turystów i nie mam czego się obawiać. Pamiętając, co się działo pod sklepem, nie byłem co do tego do końca przekonany, zwłaszcza w sobotni wieczór :)
Pani jeszcze trochę ponarzekała na biedę i beznadzieję w Polsce, na to, że jej dzieci musiały wyemigrować za chlebem – całkowicie się z nią zgodziłem i poszła do domu, życząc mi spokojnej nocy.
W końcu zostałem sam, zrobiło się już całkiem ciemno, cicho i chyba trochę cieplej. Skorzystałem z tej chwili kiedy wiatr zelżał, rozebrałem do pasa i poszedłem się umyć. Wymagało to trochę ekwilibrystyki na przybrzeżnych kamieniach, ale się udało, od razu poczułem się lepiej. Wróciłem pod wiatę, odpaliłem kuchenkę, aby niespiesznie zaparzyć wieczorną herbatkę, zrobiłem też sobie bułę z masełkiem, serem, do tego pomidorek – niebo w gębie. Poczytałem trochę, pojadając powoli. Było już ok. 21. i jakoś nie chciało mi się wyładowywać, nosić gratów na pole namiotowe BPN, rozbijać namiotu itd. Spać pod wiatą też nie bardzo, zbyt otwarta, przy samej drodze i te śmieci. Kombinowałem dalej – niczym kloszard. W okolicy były puste domki letniskowe, miały werandy, podcienie, jakieś daszki itp. Może tam coś znajdę? Poszedłem na zwiady i rzeczywiście, niedaleko znalazłem mały domek z rozkładanym tapczanem/kanapą na werandzie. O tej porze roku opuszczony i pozamykany na trzy spusty razem z okiennicami. Jeśli się tam prześpię, nikomu nic nie ubędzie. Wróciłem na dół, ubrałem polarową piżamkę pod spodnie i bluzę, ukryłem i zamaskowałem łódkę w chaszczach. Wziąłem ze sobą tylko śpiwór, płachtę (już suchą, wyschła na kanu po drodze), czytnik, czołówkę i poszedłem do tego domku. Połowę kanapy przekręciłem tak, aby w pionie chroniła mnie od wiatru – znów się nasilił, zdjąłem trampki, założyłem czapkę, ułożyłem się wygodnie na drugiej-zawietrznej połowie kanapy i owinąłem śpiworem po czubek nosa. Zrobiło się ciepło i przytulnie, na balustradzie powiesiłem czytnik, żeby jak zwykle przed snem zażyć trochę kultury :)
Wyszedł księżyc, ale nie na długo, bo nocne niebo znów zasnuły ciężkie chmury. Czytając, zasnąłem zupełnie bezwiednie, był to jednak wyczerpujący dzień...
C.d.n.

4 komentarze:

  1. Całkiem ciekawy ten biebrzański spływ. I te kanapki z pomidorem nad wodą. Aż mi się zackniło za taką przygodą. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proste, minimalne środki – za to maksimum przyjemności. Na tym polega minibwp :)
      Teoretycznie można by jeszcze prościej – jak w starym żydowskim dowcipie – kupić za ciasne buty, iść w nich na spacer, wrócić, a po ich zdjęciu uczucie szczęścia gwarantowane. Ale co ja zrobię, że pasjami lubię przyrodę, nawet najciaśniejsze buty jej nie zastąpią :)

      Usuń
  2. Ha, widzę że napędzasz niezłego stracha swoim "służbowym" umundurowaniem, lokalsom o podejrzanej proweniencji ;)
    Też tak nieraz mam. Przynajmniej już kilkakrotnie podczas sudeckich wojaży, wprowadziłem w nieliche zakłopotanie różnych podejrzanych osobników. Nie zapomnę nigdy min dwóch chłopaków niedaleko Borówczanych Skał w Karkonoszach, których nakryłem na ewidentnej czynności kradzieży drewna (przytargali nawet ze sobą dwukołowy wózek!), kilka lat temu. Byłem wtedy ubrany całkowicie w komplet rodzimej "Pantery", a choć strój był zupełnie nieregulaminowy, to przecież ich laickie oko nie było w stanie tego ocenić. I przez jakiś czas na ich twarzach rysował się rodzaj swoistej paniki, a w głowie zapewne ścierały się ze sobą dwie opcje:czy spierniczać, czy może próbować układać się z tym "zielonym ludzikiem" ;) Dopiero jak dowiedzieli się że "ja nie z tych",(sam im powiedziałem, bo w końcu ich dwóch a ja jeden, poza tym mieli siekiery a ja tylko nóż ;)) to zeszło z nich maksymalnie ciśnienie i frustracja, i z miejsca stali się bardziej ufni oraz rozmowni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabawne, ale tak właśnie było :)
      A poruszyłem sprawę, aby pokazać, że miejscowi dobrze wiedzą, że działają nielegalnie, ale nie mogą się powstrzymać. Teraz władza jest już polska – nasza, demokratycznie wybrana, a nie obca, okupacyjna, narzucona siłą lub układami mocarstw, a mimo to dawne zwyczaje kuszą urokiem zakazanego. I nawet nie sądzę, że robią to z biedy, na to podobno – tak mi przynajmniej mówiono – służby parkowe przymykają oko, ale dla sportu, a niektórzy hurtowo dla zysku.
      I jak chronić przyrodę w takim kraju, gdzie każdy uważa, że to dobro niczyje i można kłusować, kraść, grabić, byle nie dać się złapać?

      Usuń