czwartek, 17 grudnia 2015

Wrześniowa Biebrza cz. 5

Ranek nie zachwycał pogodą, nadal było dość ciepło, ale pochmurno, najważniejsze, że nie padało – na razie. Szybko zjadłem śniadanie i spakowałem do wyruszenia w drogę.
Zawsze dobrze jest pakować się na sucho i kolejny raz się udało. Powoli wypłynąłem z twierdzy, było około 7. rano. Fosa i okolica, podobnie jak poprzedniego dnia robiła posępne wrażenie, to chyba przez tę szarówkę, pustkę dookoła, konary uschniętych drzew w wodzie i rdzewiejące, rozpadające się pomosty, hangary itp. wodniackie urządzenia przy brzegach. Z ulgą opuszczałem to miejsce.


Po drodze, w świeżo przekopanym kanale smętna niespodzianka – ofiara koparki pogłębiającej kanał, jakiejś choroby, czy po prostu starości?


Po kilku minutach wiosłowania już na rzece usłyszałem i ujrzałem źródło nocnych hałasów – to był po prostu remont mostu kolejowego.




Piaskowanie, szlifowanie, spawanie itp., nocą pewnie intensywniejsze, bo ruch mniejszy.
Biebrza za Osowcem przez kilka kilometrów jest szeroka i łagodna, ale niebawem znów zaczyna się zwężać i mocno meandrować. To jeden z dzikszych odcinków, ponieważ aż do Brzostowic przy brzegach nie ma ludzkich osiedli, a jedyny legalny biwak (dostępny przepisami parku od 24 czerwca do 31 grudnia) jest w Białym Grądzie – na fotkach widok z mokrego roku, gdy ja tam dotarłem okolica była raczej sucha.
Na brzegach widać więcej drzewiastej roślinności (przeważnie wierzb) i krzewów, a nie tylko prawie sama trzcina jak to było wcześniej. Płynie się też lżej i szybciej, ponieważ prąd jest wyraźnie żwawszy niż w górnym i środkowym odcinku Biebrzy.
Krajobrazowo-wioślarską sielankę wkrótce zakłócił deszcz, który wprawdzie nie był zaskoczeniem, bo od rana się na niego zanosiło, ale miałem nadzieję, że zacznie padać później, już jak dotrę na nocleg. Kurtka na podorędziu i wyrobione odruchy uchroniły mnie przed zmoczeniem. Uszczelniłem boki, nakryłem nogi kamizelką asekuracyjną i płynąłem dalej. Padało ze trzy godziny, dość intensywnie, na tyle, że zastanawiałem się nad postojem w celu wybrania wody, która zebrała się na rufie. Uznałem jednak, że jest chyba na tyle blisko Białego Grądu, że mogę z tą operacją poczekać, aż dopłynę na miejsce. I tak też się stało, niebawem zauważyłem charakterystyczną wieżę widokową BPN i po prawej wypływ na starorzecze prowadzące na pole namiotowe. Niestety dopłynąć się tam nie udało, przy tak niskim stanie wody po kilkunastu metrach walki wiosłem osiadłem w mule. Musiałem wysiąść i brodząc po kolana w czarnej mazi, która wsysała croksy, dociągnąłem kanu do brzegu. Zostawiłem łódkę, poszedłem opłukać buty i nogi w rzece, a potem w stronę wieży widokowej, żeby zorientować się w sytuacji. Okazało się, że przeciąganie łódki przez muł nie ma większego sensu, bo do pola biwakowego od wody jest i tak daleko, a brzeg tam jest stromy, a przy tym grząski, gliniasto-piaszczysty. Targanie beczek i łódki będzie uciążliwe i nieźle się przy tym upaćkam. Poza tym paskudnie wiało ze wschodu, a wyznaczone przez BPN pole namiotowe koło wieży widokowej to największy wygwizdów w okolicy, nocowanie tam słabo mi się uśmiechało. Na decyzję miałem jeszcze czas, tymczasem przeniosłem bagaże, a potem łódkę nad brzeg rzeki. Tam za gęstym krzaczorami w kształcie litery L schowałem się przed wiatrem i gapiami. Do wieży ciągle ktoś podjeżdżał, a to wędkarze, a to młodzieżowi lokalsi, a to turyści. Sytuacja podobna jak w Sztabinie – była to prawdopodobnie jedyna atrakcja w okolicy?
Przebrałem się w ciepłe rzeczy, bo robiło się zimnawo i zabrałem do gotowania obiadu. Zgięcie krzaczastej litery L tworzyło zaciszny zakątek, więc zdecydowałem się tu zanocować zamiast na przykazanym przez BPN wygwizdowie. Jednak, aby się nikt nie przyczepił, postanowiłem poczekać z rozbiciem obozowiska, aż się ściemni. Tymczasem spakowałem wszystko z powrotem do beczek i poszedłem pozwiedzać okolicę. Niestety akumulator aparatu był już mocno rozładowany, co na tym zimnie nie pozwoliło zrobić więcej niż kilku zdjęć.

Widoki z wieży na okolicę były całkiem atrakcyjne, ale sama wieża już nie bardzo, służyła bowiem raczej miejscowym dresiarzom niż turystom, w środku śmieci, puszki oraz pełno wulgarnych bazgrołów i rzezanek w drewnie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy aby w niej nie zanocować, ale brzydota wnętrza i nieprzyjemny świst wiatru przez szpary w deskach balustrady platformy widokowej skutecznie mnie odstręczyły. Poza tym wizja ewentualnej wizyty podpitych miejscowych żuli w środku nocy też nie nastrajała optymistycznie, a prawdopodobnie często tu bywali. Zbliżał się piątkowy wieczór – początek weekendu, wszystko mogło się zdarzyć.


Wróciłem na brzeg rzeki, gdzie spotkałem sympatycznego pana z Łodzi, który przyjeżdża w te okolice od lat do rodziny żony. Porozmawialiśmy, opowiadał mi trochę o miejscowych zwyczajach np. krowach, które same trafiają do swoich obór, gdy wejdą do wsi po powrocie całym stadem znad rzeki. O masowym kłusownictwie miejscowych – w BPN obowiązuje wiele ograniczeń połowu ryb, dlatego przechytrzanie strażników parkowych stało się lokalnym sportem – jak się później okazało, czasem ekstremalnym.
Gdy łodzianin odjechał, zaczęli pojawiać się rowerzyści i motorowerzyści, którzy po przejechaniu polną, wyboistą drogą niedaleko mojej miejscówki znikali gdzieś za horyzontem na zachodzie. Domyśliłem się, że jechali po krowy, aby spędzić je z nadrzecznych pastwisk na wieczorny udój. I faktycznie, po jakiejś godzinie do dwóch pojawiły się stada biebrzańskich krasul popędzanych przez słowiańskich kowboi. Najbardziej zaimponował mi się drobny, płowowłosy chłopaczek, z którym uciąłem sobie pogawędkę na temat krów, rzeki i szkoły. Szczerbaty, licho ubrany i w za dużych, wytartych kaloszach, taki współczesny Antek, który znienacka wyjął wielkiego smartfona, żeby odebrać ponaglający telefon od mamy. Przedziwny kontrast XIX i XXI w. dał mi wiele do myślenia.
Po przejściu stad i pasterzy sądziłem, że już będę miał spokój, ale niespodziewanie pojawiło się dwóch chłopaczków niosących worki, poszli chyłkiem w stronę skąd przyszły krowy. Zaaferowani chyba mnie nawet nie zauważyli, z kontekstu sytuacyjnego i strzępów posłyszanej rozmowy domyśliłem się, że idą opróżnić kłusownicze pułapki na ryby. Zamierzałem poczekać, aż wrócą i dopiero rozbić obóz, ale minęło ok. 1,5 godziny, w międzyczasie zjadłem kolację, a oni wciąż nie wracali.
Znów zauważyłem biegające po okolicy zwinne, ciemne zwierzątka, widziałem je już wcześniej przy obiedzie. Po powrocie do domu zidentyfikowałem je przy pomocy internetu i okazały się norkami amerykańskimi, a nie tchórzami/łasicami, jak mi się wtedy wydawało. To podobno straszne szkodniki (aktualizacja 03.02.16), tępione przez służby parkowe, ale w naturze, w ruchu pełne uroku i wdzięku.
fotka z Wikipedii
Zapadał zmrok, zdecydowałem, że nie ma co dalej czekać z przygotowaniem noclegu, bo za chwilę będzie całkiem ciemno. Ponieważ było mało miejsca i teren nierówny rozpiąłem zamiast namiotu tylko płachtę, ale tym razem porządnie naciągniętą na masztach i na kanu. Umościłem się wygodnie w środku i okutany śpiworem zacząłem czytać. Po kilkunastu minutach usłyszałem podjeżdżające pod wieżę samochody, wysiadły z nich dwie kobiety i czymś mocno podekscytowane zaczęły głośno rozmawiać ze sobą i przez komórki. Okazało się, że to rozpaczające matki młodocianych kłusowników, na których czekałem, a którzy, jak się okazało, zabłądzili gdzieś na drugim brzegu Biebrzy. Za chwilę dojechał do matek ojciec, który zaraz ruszył samochodem w stronę pastwisk na ratunek. Przez jakąś godzinę wysłuchiwałem mimo woli pomstowania kobiet i szczegółów przebiegu akcji ratunkowej małolatów. Ostatecznie wrócili z ojcem, przemoczeni i zmarznięci, bo musieli przeprawiać się przez rzekę, ale chyba cali i zdrowi. Tym sposobem wynalazek telefonu komórkowego, który zawędrował pod strzechy, uratował zdrowie (życie raczej nie było zagrożone) wiejskich poszukiwaczy przygód, a mi dostarczył wieczornej rozrywki. Pojechali.
Wreszcie zrobiło się cicho i zaczął kropić deszcz, którego monotonne pacanie w napięty materiał pałatki szybko mnie uśpiło...
Cdn.

2 komentarze:

  1. Kolejny ciekawy odcinek. Na prawdę fajnie czyta się Twoje relacje.
    P.S.Ta wieżo-wiata całkiem niegłupia, choć na takich płaskich terenach chyba jednak lepiej sprawdziłaby się ciut wyższa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, miło wiedzieć, że ktoś czyta moje wypociny :)
      Takie nie za wysokie wieże buduje BPN, standardowa konstrukcja, gdy są na wzniesieniu (a przeważnie są) spełniają swoją rolę. Dobrze mieć lornetkę, ja akurat nie wziąłem.

      Usuń