niedziela, 13 grudnia 2015

Wrześniowa Biebrza cz. 4

Noc była zimnawa, ale nie zmarzłem. Tropik namiotu, jak to po chłodnej nocy bardzo mokry, ale szybko wysychał w słońcu, co dawało nadzieję na rychły start w dalszą drogę.
Oczywiście, aby wspomóc ten proces, starannie wytarłem ściereczką tropik od środka i wyłożyłem poły wejść na wierzch namiotu. Namiot samonośny (typu igloo lub quechua 2 seconds) daje jeszcze możliwość wyniesienia go na słońce, gdzie jeszcze lepiej schnie. Mój musiał poczekać z godzinę, aż wyjdzie z cienia. Wczoraj, rozbijając go, starałem się wybrać miejsce, które rano będzie wystawione na słońce, ale idealne wyliczenie takiej pozycji między cieniami rzucanym przez drzewa nie zawsze się udaje.
Tymczasem nadjechał sklepik na kółkach, co poznałem po donośnym dźwięku, jaki wydał, podobnym do melodii, którą grają samochody Family Frost. Pospieszyłem ku niemu z portfelem i torbą na zakupy. Ekspedientka była bardzo miła, a sklepik okazał się świetnie zaopatrzony i tani. Dzięki temu zjadłem smaczne śniadanko i zabrałem sporo świeżych zapasów na drogę.
Namiot wysychał, a ja przygotowywałem się do wypłynięcia. Spakowałem, co się dało i przeniosłem bliżej brzegu. Akurat podjechał tyłem terenowym Oplem gospodarz z pomocnikiem slipować tratwę, która, jak się dopytałem, za kilka godzin (jak dojedzie załoga) wyruszy do Ossowca. Mnie spłynięcie tych ok. 20 km zajmie dzisiejszy dzień, a turystycznej ekipie, która wynajęła tratwę aż trzy dni. Porobiłem fotki, a nawet sfilmowałem tę ciekawą operację wodowania.



Namiot już był suchy, złożyłem go szybko, dopakowałem do beczki, zwodowałem i załadowałem kanu i mogłem już ruszać. Ubrałem się lekko, bo dzień zapowiadał się upalny, przyda się w końcu tropikalny kapelusz, na którego użycie już straciłem nadzieję – przy dotychczasowej pogodzie lepsza byłaby uszanka :)
Na dopłynięcie do kolejnego miejsca na nocleg (na tym etapie spływu tylko Osowiec wchodził w grę) miałem mnóstwo czasu, płynąłem zatem bardzo powoli, często w ogóle bez wiosłowania, dając się nieść prądowi. Podziwiałem widoki, pasące się na brzegach krówki i wspaniałe, błękitne niebo. Krótko mówiąc, chłonąłem całym sobą ostatki lata. Było gorąco, rozebrałem się do spodenek. I tak na luzaku dopłynąłem w okolice Dawidowizny, gdzie nabrałem ochoty na kąpiel w uroczym zakolu rzeki z szerokim widokiem na pola. Cumowało tam kilka na wpół zatopionych płaskodennych łódek (wiele podobnych widziałem po drodze, typowa tradycja szkutnicza dla wschodniej Polski).





Żeby nie moczyć spodenek, wykąpałem się na golasa, woda była zimna – coś jak w Bałtyku, czyli pewnie ok. 15 stopni, ale dałem radę i nawet trochę popływałem, bo w tym miejscu Biebrza była wystarczająco głęboka i szeroka. Za to suszenie się w ciepłych promieniach przedpołudniowego słonka w tych nadrzecznych okolicznościach przyrody było wręcz rozkoszne. Mógłbym tam baraszkować cały dzień, ale trzeba było się zbierać, jeszcze z 15 kilosów wiosłowania przede mną, a nie wiadomo jak będzie z noclegiem. Lepiej mieć trochę czasu w zapasie na spokojne wyszukanie odpowiedniej miejscówki.
Rzeka ładnie się kręciła i rozwidlała w tej okolicy, niebawem pokazały się wieże kościoła w Goniądzu, a wkrótce dotarłem do plaż miejskich i minąłem most.












Biebrza stawała się coraz szersza, widoki i pogoda nadal były piękne. Po lewej pokazał się wygodne miejsce na przybicie i rozprostowanie nóg, z czego z przyjemnością skorzystałem. Warto zapamiętywać takie miejscówki – może kiedyś przyda się na nocleg?

Rzeka znów zanurzyła się w trzciny i zaczęła meandrować, a ja wraz z nią. Po drodze mnóstwo wszelakiego ptactwa, a potem wysyp wędkarzy – tak dopłynąłem do drewnianego mostu nieopodal Twierdzy Osowiec.

Zaraz za mostem trzeba skręcić w lewo, aby dostać się na pole namiotowe BPN, a zarazem jego siedziby.
Zwiedzanie obiektów twierdzy programowo odpuściłem – nawet gdyby były dostępne. Za młodu dość się nałaziłem po różnych fortach, bunkrach, tunelach, żeby zrozumieć jakie to jałowe zajęcie w porównaniu z podziwianiem „dzieł” przyrody. A ile zmarnowano na te militarne „piramidy” materiałów budowlanych, które mogłyby posłużyć pożyteczniejszym społecznie celom? Zmarnowano, ponieważ od XIX w. stałe fortyfikacje nie wpłynęły w znaczący sposób na przebieg kolejnych wojen (np. podobna Twierdza Boyen), a co gorsza dając złudne poczucie bezpieczeństwa, przesądzały nierzadko o klęsce ich wyznawców. Ogromny wysiłek i fundusze włożone w ich budowę jest chyba nawet bardziej jałowy niż przygotowania preppersów, o których niedawno pisałem. Tego, co mamy piękne, samorodne i za darmo nie cenimy i niszczymy pod byle pretekstem, za to otaczamy kultem nagrobki ludzkiej głupoty i przemocy, byle były imponująco duże, a przy tym nadzwyczaj krwawe (fortyfikacje, pola bitew itp.). Im dłużej żyję, tym mniej pojmuję ten mój gatunek, sapiens podobno?
Kanał był szeroki i świeżo pogłębiony. Opowiadano mi po drodze i później, że praktycznie przez cały sezon (aż do sierpnia) kanał ten był zamulony, tak płytki i wąski, że o wpłynięciu tratw nie było mowy, a nawet kajaki trzeba było ciągnąć, brodząc w głębokim mule. Odbiło się to mocno na lokalnych dochodach z turystyki. Dziwna to polityka BPN, zamiast udrożnić na wiosnę, aby ułatwić życie turystom, czekano aż do sierpnia.

Wpłynąłem sobie powoli i spokojnie na teren twierdzy, nie było nikogo poza trójką wędkarzy emerytów zabijających czas w małych łódeczkach, którzy też niebawem się zwinęli. Żeby nie rzucać się w oczy, wpłynąłem w odnogę kanału (byłą fosę twierdzy) i lawirując między zwalonymi drzewami, dobiłem do zaśmieconego szkłem i puszkami brzegu. Niestety wędkarze w całym kraju są tacy sami – wszędzie syfią niemożebnie.
Wysiadłem ostrożnie, żeby się nie pokaleczyć, zacumowałem łódkę i poszedłem się rozejrzeć. Na całym terenie było pusto i cicho, biura BPN zamknięte, pole namiotowe chyba już nieczynne. Usiadłem pod wiatą i zjadłem spóźniony obiad, taki bułkowo-serowo-pomidorowy, bo byłem bardzo głodny, a nie chciało mi się wyciągać i rozkładać kuchenki – kolacja będzie na ciepło. Teraz trzeba się rozejrzeć za noclegiem. Zwiedziłem jeszcze raz okolicę i podjąłem decyzję, że namiotu nie będę rozkładał, bo wszędzie puste wiaty, wystarczy na ławie lub stole położyć karimatę i spanko gotowe. Potrzebne na wieczór rzeczy przyniosłem z łódki pod wiatę, resztę zostawiłem w beczkach i nakryłem kanu. Niedaleko brzegu, ale w takich chaszczach, że mało prawdopodobne, żeby ktoś się tym zainteresował. Na wszelki jednak wypadek zainstalowałem alarm – prosty i tani, który piszczy po wyciągnięciu bolca. Potem poszedłem się umyć, na szczęście sanitariaty były jeszcze otwarte, oczywiście woda tylko zimna. Szybko się zachmurzyło i zrobiło ciemno. Poczytałem trochę na czytniku, zrobiłem herbatkę i podgrzałem na kolację danie z racji wojskowej nowego typu – samopodgrzewającej, wystarczy wlać wodę do saszetki i odczekać kilka minut. Był to rodzaj testu, bo raczej nie ufam takim wynalazkom, ale o dziwo nawet zadziałało, danie było gorące i smaczne. Normalnie kuchenka turystyczna jest lepsza, bardziej uniwersalna i nie generuje tylu śmieci, ale w sytuacji ekstremalnej, kiedy miejsca w plecaku mało albo człowiek bardzo zmarznięty, zmęczony może się przydać.
Po kolacji zająłem się moszczeniem miejsca do spania, płachta biwakowa kolejny raz się przydała, tym razem jako podkład pod karimatę i śpiwór, bo stoły/ławy były dość brudne i zakurzone. Ledwo skończyłem, zaczęło padać, a w chwilę później lać i rozpętała się potężna burza. Rezygnacja z rozkładania namiotu okazała się dobrym pomysłem. Może by nie przemókł, ale suszenie rano na pewno byłoby długie i uciążliwe. Do odgłosów ulewy i wiatru doszły wkrótce dziwne odgłosy i światła na zachód od mojej miejscówki, od strony drogi krajowej nr 65. Coś jakby ogromna myjnia samochodowa + zakład szlifierski + światła UFO?
Burza przeszła, deszcz nadal padał, ale odgłosy i błyski nie ustawały. Zastanawiając się nad tym zagadkowym zjawiskiem, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnąłem.
Cdn.

4 komentarze:

  1. Spać na stole mając błyskawicznie rozkładający się namiot?
    Skończone lenistwo, czy ciekawy przypadek osobnika o zerowej potrzebie wydzielenia z otaczającej rzeczywistości intymnej przestrzeni dla snu?
    Może to efekt uboczny spożycia tej wojskowej karmy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błąd z nieuważnego czytania - nie miałem błyskawicznie rozkładającego się namiotu, lecz zwykły, który trochę zachodu wymaga. Łączenia stelaża, mierzenia, naciągania i wbijania szpilek. Poza tym nawet "błyskawiczny" schnie równie długo (o ile nie dłużej) co zwykły. Połowa niezbyt pogodnego września, to nie lipiec, kiedy namiot w pełnym słońcu wysycha 15 minut. A jeśli komu potrzeba, to intymną przestrzeń zapewniała wiata, a pewnie jeszcze lepiej jakiś hotel :)

      Usuń
    2. Pozazdrościć takiego minimalizmu.
      Mnie, po zakmnięciu oczu na stole,wyobraźnia zaraz by przeniosła do kostnicy i nici ze spania, tylko strach przed przedwczesną sekcją zwłok :)

      Usuń
  2. Miło mi się z Tobą Darku pobytowało. :) Uśmiech i relaks. :)

    OdpowiedzUsuń