poniedziałek, 7 grudnia 2015

Gówniane rozważania, czyli spaczony obieg pierwiastków w przyrodzie

Jesienne spacery sprzyjają przemyśleniom, a od dawna nurtował mnie problem – dlaczego współcześnie tak nonszalancko pozbywamy się czegoś tak cennego jak gówno?
Będąc dzieckiem, nie raz widziałem, jak wybiera się widłami ludzkie odchody z wiejskiej sławojki i dorzuca do sterty gnoju za oborą. Po przemieszaniu z obornikiem od zwierząt i wielomiesięcznym fermentowaniu były wywożone na pola i stanowiły cenny nawóz.
Mało kto kiedyś używał tzw. nawozów sztucznych, chłopi podchodzili do nich nieufnie, władza ludowa zachęcała ich do tego prośbą i groźbą, ale niewiele to dawało. A dzisiaj? Zupełnie odwrotnie, nawozy naturalne w zaniku, za to dość drogie nawozy sztuczne wali się całymi tonami na pola niezależnie od ich skutków ekologicznych i degradacji gleby. A co z gównami? Postęp i z nimi się rozprawił – powszechne już na wsiach łazienki i kanalizacja upłynnia gówna i miesza je ze wszelkimi chemicznymi paskudztwami z gospodarstwa domowego, a potem wędrują do wód podziemnych przez rozszczelnione z premedytacją szamba, lewymi odprowadzeniami do rzek i jezior, a niewielka część trafia do oczyszczalni ścieków, gdzie często zamieniają się w toksyczny odpad, z którym nie bardzo wiadomo co dalej robić. Spalać, gromadzić?
Jak wygląda gospodarka ściekowa w Polsce, kiedyś już pisałem, dzisiaj dodam tylko, że niewiele na lepsze się od tego czasu zmieniło, a takie skandaliczne postępki jak wylanie 100 mln nieoczyszczonych ścieków komunalnych do Wisły uchodzi urzędasom na sucho, pewnie na koniec roku jeszcze premie dostaną zamiast zasłużonej odsiadki i grzywny
Do tego dochodzą miejskie absurdy związane z liśćmi i psimi kupami. Dzięki równie czujnym co zbędnym strażom miejskim zbiera się je, wkłada do plastikowych (sic!) worków i wędrują na wysypiska śmieci, zamiast stać się cennym nawozem dla parków i zieleni miejskiej. Nie mam tu na myśli gówien i liści na chodnikach i jezdniach. Tam rzeczywiście trzeba je zbierać, zanim zamienią się w śliską i niebezpieczną maź, ale dlaczego nie można tego cennego materiału biologicznego kompostować (biogazować), tylko miesza się z plastikiem i marnuje?
Ogólnie rzecz biorąc w hipernowoczesnej, szczycącej się racjonalnością i historycznie niebywałym nagromadzeniem wszelkiej wiedzy (już chyba nikt jej nie ogarnia?) gówna nasze i naszych zwierząt, zamiast trafiać na pola i zamykać obieg pierwiastków w przyrodzie, paradoksalnie stają się toksycznym odpadem, który zatruwa nasze wody i środowisko.
Obieg pierwiastków musi się zamykać, inaczej z każdym naturalnym cyklem (w Polsce zwykle rok) jest ich w obiegu coraz mniej, a cały ekosystem ubożeje i słabnie
Czujemy podświadomie, że coś tu nie gra i próbujemy ratować nasze zdrowie złudnie, płacąc w aptekach ogromne sumy za różne multiwitaminy i inne suplementy diety, których wartość biologiczna jest marna, o ile nie są wprost szkodliwe, co sugerują różne badania. Oczywiście, że ich wartość musi być kiepska, bo są efektem prostackiej chemicznej syntezy, a nie złożonych przemian w żywych organizmach, które doskonaliły swój metabolizm przez miliardy lat. Ten sam pierwiastek jako element złożonej biologicznej cząsteczki ma zupełnie inne działanie niż w marnie zakomponowany w suchej tabletce albo w worku z chemicznym nawozem. Nie jest to żadna rewelacja, nie trzeba być geniuszem, żeby to odkryć, wie to każda roślina, krowa, pies i chłop też wiedział, zanim stał się nowoczesnym rolnikiem
Ostatnio nawet naukowcy (wreszcie :) zauważyli gówniany problem, polecam ciekawy artykuł na ten temat: Ekologia defekacyjna. Co świat zawdzięcza kupie

Zauważyli i co z tego?
Cena za odprowadzanie ścieków w Polsce jest bodaj najwyższa w krajach UE, dlatego nieoczyszczone znów trafią cichcem do gleb i wód, a potem do ledwie zipiącego (od przyduchy i zanieczyszczeń wszelakich) Bałtyku.
Za to znów wywalimy na nasze pola tony chemii, która da, może liczne, ale mało wartościowe plony, z których powstanie licha supermarketowa żywność, która oszuka potrzeby naszego organizmu, ale ich nie zaspokoi. Dzięki temu zarobią później lekarze, podejrzewam, że głównie onkolodzy. I tak koło obiegu głupoty – bo niestety, nie pierwiastków – się zamknie :(

6 komentarzy:

  1. Dlatego też ja mam kompostownik, a i jesienią nie grabię liści na zimą ... Dopiero, gdy wiosną stopnieją śniegi, resztki liści przyschną, to wtedy grabienie i co zostało na kompostownik ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uważam że nie powinno się kosić trawnika. :) marzy mi się ugór, który z biegiem lat będzie przywracał glebę do jej właściwego stanu, pełną życia. W czerwcu będą się mnożyć i plenić owady oraz zielsko. Taka nieużytkowana łąka od 30 lat przypomina trochę naturalny las. Ogromne bogactwo roślin i zwierząt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety na takie ugory szczególnie w Polsce centralnej z lubością wkracza nawłoć. Jest tak agresywna, inwazyjna, że po jakimś czasie całkowicie opanowuje dany teren, wypierając inne gatunki. W takich przypadkach niestety trzeba kosić.

      Usuń
    2. Nie chcę was martwić, ale nawłoć kanadyjska jest już praktycznie elementem rodzimej flory. Walka z nią, to chyba walka z wiatrakami? :)

      Usuń
    3. Nie jestem na "bieżąco" więc pytam-co się stało z blogiem "Las miejski koło Giżycka" ?

      Usuń
    4. A no schował się na jakiś czas. To dlatego że teraz jest mi bliżej do Puszczy Boreckiej gdzie spędziłem już niemal cały rok.

      Usuń