środa, 11 listopada 2015

Wrześniowa Biebrza cz. 1

Czy jest coś piękniejszego od pierwszego dnia spływu, kiedy człowiek odrywa się od własnego życia, by zacząć wiązać pędy jakiegoś nowego bytu, dziwacznie rosnącego spod piór kajaka?
„Na tropach Smętka” – Melchior Wańkowicz
Na spływ Biebrzą miałem chrapkę już od dawna, ale zawsze stawało coś na przeszkodzie.A to brak pieniędzy, a to brak transportu, a to brak czasu lub towarzystwa. W tym roku niewiele brakowało, aby znów się nie udało, ponieważ w ostatniej chwili zabrakło towarzystwa (wiadomo, zawsze coś wyskoczy: praca, rodzina, obowiązki – samo życie).
Zawsze milej jest uprawiać minibwp wespół z kimś, a nie samotnie. Przynajmniej ja tak wolę, uważam, że wtedy jest większa frajda i po prostu jest bezpieczniej, zwłaszcza na wodzie. Z wodą w ogóle nie ma żartów i rozsądnie jest planować wodne wyprawy w kilka osób, minimum dwie. Ma to wiele zalet, długo by wymieniać jakie. Tym razem się nie udało i popłynąłem sam, ale nie ma się czym chwalić i nie polecam nikomu, po prostu tak się złożyło.
Aby nie posądzać sam siebie o lekkomyślność, gdyż nie lubię ludzi lekkomyślnych i nie imponują mi „wyczyny” w stylu Aleksandra Doby lub Tomasza Cichockiego, zanim wypłynąłem, poczytałem sobie co nieco o Biebrzy. Dowiedziałem się, że to raczej bezpieczny szlak wodny, a ponieważ rok był bardzo suchy, to uznałem, że tym bardziej bezpieczny. Obawiałem się nawet, że niski stan wody będzie uciążliwy, co się później potwierdziło. Z drugiej strony duża woda na Biebrzy, też bywa problemem (po wiosennych wezbraniach zwykle wraca do koryta pod koniec czerwca, a czasem nawet na początku lipca). Łatwo się zgubić w rozlicznych odnogach i kanałach. Dlatego radzę, zanim wyruszycie na Biebrzę, zajrzycie na strony BPN, są tam komunikaty na temat stanu wody i inne przydatne informacje. Do tego warto kupić jakąś mapę BPN i szlaku Biebrzy (ja kupiłem w internecie za 8 zł) i można wyruszać w drogę.
Spływ można rozpocząć w górnej Biebrzy w Kolonii Holaki przy moście albo we wsi Rogożynek (tak jak w tym bardzo dobrym opisie), ale najczęściej spływy startują z miejscowości Lipsk. Rzeka jest tam już wystarczająco szeroka i głęboka, wygodnie dojechać, można przenocować na miejscowym polu namiotowym, kupić kartę wstępu do BPN (obowiązkowa) i zaopatrzenie na drogę w lokalnych sklepach. Dlatego wybrałem Lipsk. Do pola namiotowego prowadzonego przez M-GOK, kilkaset metrów od mostu na trasie Dąbrowa Białostocka – Lipsk dojechaliśmy ok. godz. 18-tej i zastaliśmy zamknięty szlaban przy wjeździe. Zadzwoniłem do informacji turystycznej ośrodka, wytłumaczyłem, o co chodzi i po kilkunastu minutach przyjechał starszy pan zarządzający polem namiotowym. Mówił z ciekawym, autentycznym wschodnim akcentem, przy którym nieudolne podróbki dźwiękonaśladowcze w wykonaniu aktorów np. serialu Ranczo mogą się schować (ze wstydu oczywiście).
Po krótkiej rozmowie i bliższych oględzinach kanału, który łączy przystań kajakową z rzeką zdecydowałem się jednak zmienić miejsce startu. Jak się dowiedziałem, kanał był nawet w tym sezonie oczyszczony i pogłębiony, ale i tak poziom wody był tak niski, że kajakarze przed kilkoma dniami mieli spore problemy z dostaniem się do rzeki. Widząc kaczki chodzące w płytkiej wodzie tam gdzie jutro miałem płynąć, postanowiłem jednak nie ryzykować porannego taplania się w mule i zamiast nocować w Lipsku, pojechaliśmy na start kolejnego planowanego etapu, czyli okolice mostów w Kamiennej Nowej. Żeby wynagrodzić panu z M-GOK fatygę, kupiłem na miejscu kartę wstępu do BPN – problem z legalizacją pobytu głowy. Koszt w tym sezonie 6 zł dziennie.
Rzeką ten pominięty etap to prawie cały dzień spływu (ok. 18 km), samochodem zajęło nam to ok. 30 minut po lokalnych dróżkach z pytaniem miejscowych o drogę, bo dojazd wcale nie był taki oczywisty. Nieopodal mostu (drogowego i kolejowego) na drodze Kamienna Nowa – Jastrzębna znajduje się wieża widokowa BPN, duża wiata i łagodne, piaszczyste dojście do lewego brzegu rzeki – tam dojechaliśmy, wyładowałem graty i łódkę i pożegnałem się koleżanką, której zawdzięczam transport.
Zlustrowałem okolicę – wyglądała na bezpieczną, stały wprawdzie jeszcze dwa samochody wędkarzy, ale niebawem wrócili znad rzeki, bo już robiło się ciemno i odjechali. Dowiedziałem się od nich, że dobrze zrobiłem, nie zaczynając od Lipska, bo powyżej mostu są obecnie odcinki, których nie daje się przepłynąć. Teren był niezbyt równy i mocno zarośnięty, ale udało się znaleźć w miarę równe miejsce pod namiot. Kończyłem jego rozbijanie już po ciemku. Potem poszedłem pod wiatę zjeść kolację i przestudiować na mapie co czeka mnie jutro.
Noc była bardzo ciemna i ciepła, deszcz się nie zapowiadał, pochowałem wszystko, co niepotrzebne w namiocie do beczek, włożyłem je do kanu, które odwróciłem do góry dnem i poszedłem spać. Zanim zasnąłem, poczytałem sobie na dobranoc książkę na czytniku e-ink. Pierwszy raz wziąłem to urządzenie na spływ i znakomicie się sprawdziło. Małe, lekkie, ma podświetlenie – co bardzo przydatne w namiocie, można załadować opis szlaku, a nawet mapę, a co najważniejsze w odróżnieniu od tabletu lub smartfona działa bez doładowania ze dwa tygodnie.
Noc minęła spokojnie, wprawdzie chodziły i skrobały dookoła namiotu jakieś zwierzątka, czasem hałasował przejeżdżający mostem pociąg, ale w sumie się wyspałem. Ranek był pochmurny, zanosiło się na deszcz, dlatego szybko zwinąłem namiot, na szczęście prawie suchy – o tej porze roku skraplanie się pary wodnej od wewnątrz staje się już problemem. Potem zjadłem śniadanie, spakowałem się do beczek, zniosłem kanu na wodę i załadowałem. Po zrobieniu paru pożegnalnych fotek spokojnie wystartowałem ok. godz. 8.




Woda była niska, ale wystarczająca dla kanu, prąd słaby, dużo meandrów, za to wszystko dookoła zielone – nie była to świeża zieleń wiosennej Krutyni, ale już złamana kolorami nadchodzącej jesieni. Godzinami płynie się między szpalerami wysokich trzcin, widać jedynie zieloność i niebo, co jakiś czas Biebrza rozszerza się koliste jeziorka, gdzie roślinność jest nieco niższa i widać nieco więcej. Największym problemem są grząskie brzegi, w zasadzie na tym etapie nie da się wysiąść z łódki – nigdzie. Nawet ze zrobieniem zwykłego siku jest problem i trzeba się nieźle nagimnastykować. Cała dolina Biebrzy to w zasadzie ogromne namulisko-torfowisko, miejscami tylko wychynie jakiś twardszy grunt, tam są właśnie drogi, mosty, wsie, a cała reszta jest mniej lub bardziej podmokła i grząska. Po drodze w wielu miejscach sondowałem brzegi wiosłem i wcale bym się nie zdziwił, gdybym po opuszczeniu kanu zapadł się po szyję w muł przy brzegu. Wolałem nie próbować i po prostu nie wysiadałem aż do Sztabina – mój odwłok boleśnie to odczuł :)






To niekończące się morze trzcin i torfiaste, ruchome, czarne brzegi robią niesamowite wrażenie, coś podobnego widziałem już na przesmyku z Krutyni na wysokości Wojnowa na Jeziorko Duś, ale tam się płynie z pół godziny, a tu cały dzień.


Pogoda powoli się psuła, zrobiło się zimno, zaczęło wiać i ku mojemu zdziwieniu wiatr w tym trzcinowym wąwozie wiał od czoła na tyle mocno, że chwilami wiosłowało się prawie tak ciężko, jak na jeziorze. Kiedy padły pierwsze krople, szybko założyłem nieprzemakalna kurtkę z kapturem. Zdążyłem w ostatniej chwili przed ulewą. Kurtkę nieprzemakalną na łódce warto zawsze mieć pod ręką, nie chować do worków, beczek itp. Jak zaczyna lać, liczy się każda sekunda, dlatego trzymam ją w przytroczonym woreczku, zrolowaną i już zapiętą, tak aby móc ją natychmiast nałożyć przez głowę, jak bluzę. Nerwowe mocowanie się z powiewającą na wietrze rozpiętą kurtką może się zakończyć nawet wywrotką.







Opatulony kurtką trochę się ogrzałem i pożałowałem, że nie założyłem jej wcześniej. Deszcz padał dobrą godzinę. W końcu trochę się rozpogodziło, ale wiać nie przestało, akurat dopływałem do mostu na trasie Białystok – Augustów, słychać go z daleka, bo to trasa mocno uczęszczana.

Odsłonięte podpory pokazują jak niska była woda w tym roku.
Za mostem wypatrywałem na lewym brzegu prywatnego pola kempingowego Podhorodnianka. Opisy je chwaliły. W końcu się pokazało, całkiem puste i rzeczywiście ładne, brzeg jednak było bardzo stromy przy tym stanie wody, a pomosty i kanały do cumowania były dostosowane do znacznie wyższego jej poziomu. Nie chciało mi się ryzykować z akrobatycznym wysiadaniem, byłem zesztywniały z zimna i od wielogodzinnego siedzenia, łatwo wtedy o błąd i można się skąpać. Nocowanie tutaj wiązało się też z opłatą i 4 km poranną wycieczką przez most do sklepu w Sztabinie jutro, którą planowałem, aby kupić coś świeżego na drogę. Postanowiłem więc popłynąć dalej na darmowe pole namiotowe. Wkrótce ukazał się duży pomost plaży miejskiej w Sztabinie.
Rzeka zrobiła się bardzo płytka, kanu osiadło na piaszczystym z pozoru dnie, wysiadłem i okazało się, że pod piaskiem jest grząsko. Zapadając się po łydki, wyciągnąłem łódkę na brzeg i wyszedłem porozglądać się za miejscem na nocleg. Widać, że niedawno gmina sporo tu zainwestowała, wszystko nowe: pomost, wiaty z ławkami, spore zadaszenie z dużym stołem, boisko do siatkówki, kontenery na śmieci, sławojka. Dla turystów wygoda i luksusy, ale niestety przyciągające też lokalsów. Po składzie resztek na stołach i walających się tu i ówdzie śmieci, tudzież napisów zorientowałem się szybko, że to popularne miejsce randek i imprez miejscowej młodzieży. Nie wróżyło to dobrze i faktycznie zaraz podjechał jakiś samochód, ale ujrzawszy mnie, zawrócił i odjechał z powrotem. Wciąż wiało, deszcz mógł zacząć padać w każdej chwili, dlatego szybko rozładowałem kanu, wyniosłem na górę i rozłożyłem namiot przy płotku, na łączce po lewej.

Przebrałem się w cieplejsze ubranie i poszedłem pod zadaszenie ugotować późny obiad. Czułem, że zmarzłem, dlatego gorące jedzonko było na wagę złota. Dopiero po obiedzie i gorącej kawie (zbożowej) doszedłem do siebie. Rozpogodziło się, do zmroku spacerowałem po ładnej okolicy, zachód słońca wróżył dobrą pogodę na jutro. Niepokoiły mnie jednak podjeżdżające co chwila samochody, niektóre na moment, tylko wyrzucić śmieci do kontenerów, inne na dłużej, aby posłuchać umcyk-umcyk i raczyć się alkoholem w tym ustronnym miejscu. Czułem, że moja niespodziewana obecność onieśmiela autochtonów i chyba psuła im imprezowe plany. Trudno, to park narodowy i chyba turystom też wolno tu przebywać?
Zrobiło się już zupełnie ciemno, umyłem się po łebkach, bo było zimno i nieprzyjemnie. Spakowałem graty do łódki, odwróciłem ją, a sam wpełzłem do mokrego od zewnątrz namiotu. Był mokry trochę od wcześniejszego przelotnego deszczu, ale przede wszystkim od skraplającej się szybko wilgoci, bo robiło się mgliście i coraz zimniej. Poczytałem trochę i zasnąłem, ale nie na długo, bo na parking/zawrotkę przy plaży przyjechała samochodami grupa imprezowiczów, warkot silników złomiastych BWM oraz prostacki umcyk-umcyk od razu mnie obudziły. Trudno w takich warunkach się wyluzować, bo nigdy nie wiadomo co podpitym dresom przyjdzie do głowy. Miałem nadzieję, że przed przyjazdem nie wiedzieli o mojej obecności, noc i zielonkawy namiot w miarę dobrze mnie kryły, ale lepiej być czujnym. Nie zawracając sobie głowy okolicznościowymi pijackimi rykami po sąsiedzku, oddałem się lekturze na czytniku, czekając cierpliwie, aż odjadą. Na szczęście bez żadnych niespodzianek około północy tak się stało. Ubrałem polar, zawinąłem się szczelniej w śpiwór i wreszcie zmęczony całym dniem zasnąłem.
Cdn.

5 komentarzy:

  1. Gratuluję samozaparcia, ciekawej przygody i dobrego pióra. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Zauważyłem, że masz już konto w Google, tylko czekać bloga?

      Usuń
  2. Trochę mnie zagotował komentarz o tubylcach. Sam nim byłem pare lat temu i często odwiedzałem plaże w Sztabinie. To co mogę zauważyć to skandaliczne zachowanie turystów a nie miejscowej młodzieży. Śmieci, porozwalane butelki i puszki po nocnych imprezach, zniszczone oznakowanie a nawet spalone ławki, wiata i deski z kibelka, bo zabrakło drewna na ognisku, taki jest prawdziwy obraz spływających Biebrzą. Więc zanim wydasz opinię o złomiastych właścicielach BMW oraz prostackich umcyk-umcyk zadaj sobie pytanie czy masz prawo oceniać cokolwiek i kogokolwiek nie mając żadnej wiedzy, na ich temat?
    Nie masz też pojęcia o pięknie tej rzeki jaką była 20-30 lat temu, zanim została opanowana przez głodnych dzikich wrażeń turystów, którzy na kolację łowili prądem ryby a na śniadanie chwytali i w puszkach po konserwach gotowali raki.
    Tak...teraz od kilkunastu lat, nie widziałem raka a i od rybaków jakoś nie słychać co by łowili ładne sztuki...
    Nie słyszałem tez nigdy o aktach przemocy na turystach, choć co niektórym bardzo by się przydało wklepać do głowy kilka podstawowych zasad zachowania.
    Może następnym razem zastanowisz się i Cię oświeci że nie w każdym BMW zasiada dres, a sam zapewne wielokrotnie tańczyłeś na różnych imprezach przy prostackiej umcyk-umcyk.
    Jak zwykle najłatwiej oceniać innych, zupełnie nie patrząc na siebie.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pijane, hałaśliwe i agresywne dresy są wszędzie na świecie takie same to, że ci akurat byli ze Sztabina lub okolic wcale ich nie uszlachetnia. To nie była ocena – nie jestem sądem – lecz relacja, więc proponuję więcej luzu. Opisałem, co tam wtedy widziałem, słyszałem, myślałem i tyle.
      Turystycznej hołoty z masowych spływów śmiecącej i dewastującej przyrodę nienawidzę równie mocno, jest równie jak dresy odpychająca, też niezależnie od miejsca. Jednak za brak raków, ładnych ryb i zanieczyszczenie polskich rzek turyści – nawet ci najgorsi – są odpowiedzialni w minimalnym stopniu – załatwili je głównie miejscowi i tzw. postęp cywilizacyjny, niestety. Sam widziałem, nawet opisałem, jak lokalsi kłusowali na Biebrzy, na innych rzekach i jeziorach stale się tym spotykam. Dodaj do tego ścieki, lewe ujścia z szamb, pestycydy, herbicydy, eutrofizacja wód pod wpływem spływających z pól nawozów. Takie combo zabije każdą rzekę – nawet tak czystą i piękną jak Biebrza, która i tak nieźle się trzyma.
      Pewnie, że nie w każdym BMW zasiada dres, ale akurat w tym siedzieli, a umcyk-umcyk z zasady nie słucham, szkoda mi uszu :)

      Usuń
  3. Co do tzw. turystów, to akuratnie anonim ma rację, niektórym wypadałoby spuścić łomot. Są hałaśliwi, brudzą i syfią. Ale tak po prawdzie lokalsi i ci głodni wrażeń tępaki nie są kryształowi. Lokalsi mają czasem dość tej rozwydrzonej hałastry i swędzi im, by dać nauczkę. Cieszy fakt, że anonim troska się o Biebrzę, mogę nawet mu uwierzyć, co do dawnej świetności rzeki. Ale warto też wspomnieć, że jak powoływano Park Narodowy, to nie byli zachwyceni :(

    Ten świetlany postęp jest uja wart, każdy myślący i widzący to wie. Góra szmaciarzy robi, co chce, a nędzarze mają tylko potulnie usługiwać i zgadzać się na wszystko. Tak jest od wieków, tyle, że ten tzw. ''postęp'' upadla zwykłego szaraka...

    Z dresami mam nieciekawe spotkania trzeciego stopnia, więc typ z BMW przeważnie źle mi się kojarzy. Zatem nie dziwuj się anonimie :( Może zamiast się burzyć dajcie komuś w pierdziel, potem posprzątajcie jakiś odcinek rzeki i ciszej grajcie te umcyki. A będzie lepiej.

    OdpowiedzUsuń