wtorek, 17 listopada 2015

Wrześniowa Biebrza cz. 2

Nad ranem, kiedy było jeszcze ciemno, obudziłem się, drżąc z zimna. Czułem, że miałem lekką gorączkę, jednak wczoraj się za lekko ubrałem i chyba podziębiłem. Nakryłem śpiwór bluzą i spodniami, aby było, choć odrobinę cieplej i próbowałem jeszcze zasnąć – udało się, bo na dobre obudziłem się, dopiero gdy zrobiło się jasno, gdzieś około szóstej. Ubrałem się we wszystko, co miałem pod ręką i wypełzłem ostrożnie z namiotu, tak aby się nie zmoczyć za bardzo, bo tropik był bardzo mokry od środka i od zewnątrz. Podobnie trawa od porannej rosy. Powitał mnie słoneczny, ale bardzo chłodny poranek oraz wspaniałe widoki na mokradła i rzekę spowite podświetlonym słońcem woalem mgły. Słońce dopiero wzeszło.


Miejscowi mają poczucie humoru :)


Zachwycony porobiłem szybko kilka fotek i korzystając z wczesnej pory (namiot i pozostawione rzeczy, będą bezpieczniejsze) postanowiłem pójść do sklepu w Sztabinie, aby kupić coś na śniadanko. Zajęło to może z pół godziny, w drodze powrotnej natknąłem się na babie lato, a tuż przy rzece zagadał mnie jakiś mężczyzna, pytając, czy aby nie zmarzłem tej nocy, bo było tylko 3 stopnie, a miejscami nawet przymrozek. Trochę się zdziwiłem, że tylko 3, bo przed wyjazdem nie zapowiadano aż tak zimnych nocy. Nauczka na przyszłość – mniej optymizmu w kwestii pogody, bo w Polsce bardzo zmienną jest, za to cieplejsze ciuchy w bagażu :)



Zanim zabrałem się za śniadanie, strząsnąłem rosę z namiotu i pootwierałem wejścia, podwinąłem tropik, aby wszystko szybko schło w coraz mocniej grzejącym słonku. Po raz kolejny przekonałem się, że namiot z dwoma wejściami schnie lepiej niż z jednym. Gdy będziecie wybierać namiot na jesień lub wczesną wiosnę, kiedy noce bywają jeszcze zimne, pamiętajcie o tym.
Śniadanko ze świeżych produktów to zupełnie co innego niż puszkowo-torebkowa pasza, dlatego lubię, gdy po drodze jest możliwość zrobienia zakupów. Tym razem się udało.
Po takim smacznym i pokrzepiającym śniadanku umyłem się porządnie w rzece, gdyby nie płycizna, to bym chętnie popływał. Woda wprawdzie była zimna, ale słoneczko przyjemnie już grzało, a wtedy wiele można wytrzymać. Po porannej toalecie i przebraniu się w świeże ciuchy rozłożyłem na płocie do przesuszenia wszystko, co było choć trochę wilgotne. Jak już nie raz wspominałem, trzeba wykorzystywać każdą taką okazję, bo nie wiadomo kiedy się znów trafi, a wożenie nawet lekko wilgotnych rzeczy przez kilka dni w szczelnej beczce lub worku, kończy się tym, że wszystko przechodzi zapachem stęchlizny.
W międzyczasie pomogłem schnąć namiotowi, wycierając tropik od spodu ściereczka z mikrofibry (najtańsza z Lidla), która dobrze chłonie i łatwo się wyciska z nadmiaru wody. Warto zabierać jedną lub dwie takie ściereczki, muszą być absolutnie czyste i przeznaczone tylko do tego celu, aby z kolei namiot nie nabrał nieprzyjemnych zapaszków, gdy wytrzemy go np. ściereczką od naczyń.
Podczas gdy wszystko ładnie schło, powoli pakowałem bagaże, zniosłem łódkę na brzeg, w końcu też złożyłem i spakowałem namiot. Pozostało tylko włożyć beczki do kanu, przywiązać i ruszyć w drogę.
Płycizna zmusiła mnie do krótkiego burłaczenia kanu, ale nieco dalej poziom wody był już znośny. Przez pierwsze kilka kilometrów krajobraz nie różnił się wiele od wczorajszego, niekończące się morze wysokich trzcin, mnóstwo dzikich kaczek i nieco rzadziej łabędzi.



Było ciepło i słonecznie, przez jakiś czas płynąłem nawet bez koszulki, grzejąc się przyjemnie w promieniach niskiego, przedjesiennego słońca. Brzegi powolutku i subtelnie zaczęły się zmieniać, w końcu pojawił się pierwszy piaszczysty cypel na zakręcie rzeki. Nareszcie mogłem bezpiecznie wysiąść i rozprostować nogi. Na upartego na tym skrawku stałego lądu można by nawet przenocować, może nie pod namiotem, ale pod płachtą na pewno. Gdy stanąłem w najwyższym miejscu, otworzył się wreszcie widok na łąki, pobliskie zabudowania, a nawet ścianę lasu. Po płynięciu już drugi dzień prawie bez przerwy w zielonym wąwozie, gdzie jedynie od czasu do czasu warkot diesli maszyn rolniczych na przybrzeżnych łąkach przypominał o istnieniu cywilizacji, taka otwarta perspektywa zrobiła na mnie spore wrażenie. Z czasem podobne miejscówki zaczęły się częściej pojawiać, lecz bez porównania rzadziej niż na innych rzekach. Biebrza to przede wszystkim niekończące się grząskości i trzcinowiska, zwarte i dostępne brzegi są raczej wyjątkiem.





Na Biebrzy takie widoki nie są egzotyką, to naturalna rzeka.




 

Na razie jeszcze płynąłem głównie w trzcinach, aż do wsi Jagłowo, gdzie powitały mnie otwarte łąki i sympatyczne krówki. Wieś jest polecana jako miejsce na nocleg, tuż przy rzece są pola namiotowe u gospodarzy i kwatery turystyczne. Zastanawiałem się nad tym, ale było jeszcze wcześnie ok. godz. 16, słonko ładnie świeciło, więc zdecydowałem się płynąć dalej. Gdybym wiedział, co mnie czeka wieczorem, pewnie zdecydowałbym się tu zostać na noc. Biebrza przy samej wsi jest bardzo płytka i kamienista, trzeba uważać, żeby nie uszkodzić łódki na ostrych kamieniach i gruzie wrzucanym przez miejscowych. Musiałem wychodzić z kanu kilka razy, aby pokonać mielizny i kępy wodnej roślinności, która mocno utrudniała manewry. Zadziwiała spora liczba zaniedbanych i nawet pozawalanych zabudowań gospodarskich – czyżby było tu aż tak biednie?




Za Jagłowem rzeka zrobiła się jeszcze szersza i głębsza, przypominała już typową polską rzekę nizinną. Płynęło się bardzo dobrze, w okolicy mostu drogi lokalnej Jagłowo – Dębowo – Mogilnice jest sporo umocnionych głazami i betonowymi płytami zakrętów. Wezbrana rzeka widać zabiera miejscowym pola – muszą się bronić.



Zbliżał się wieczór, zrobiło się chłodniej i założyłem kurtkę. Było już niedaleko do śluzy Dębowo łączącej Kanał Augustowski z Biebrzą, planowałem tam nocleg na prywatnym polu kempingowym przy śluzie – polecano je oraz pobliski sklepik w opisie szlaku. W końcu Biebrza się bardzo szeroko rozlała i po prawej zobaczyłem śluzę, podpłynąłem do kamienistego brzegu na lewo od niej i już miałem wysiadać, gdy pojawił się starszy wędkarz. Spytałem o pole kempingowe, odpowiedział zdziwiony, że nic takiego tu nie ma, być może kiedyś było? Może nawet zdecydowałbym się tu zanocować mimo to, ale hałas dobiegający od śluzy, jest tam turbina małej elektrowni wodnej, a co gorsza pracująca w pobliżu koparka zniechęciły mnie do tego miejsca. Nie po to wybierałem się do parku narodowego, żeby spędzić wieczór, a może całą noc przy industrialnym hałasie. Opis i mapa sugerowały na nocleg ładne pole namiotowe w pobliskim (ok. 2 km dalej) Jasionowie, zdecydowałem się tam popłynąć, choć już zapadał zmierzch. Dodatkowy wysiłek wynagrodziły mi piękne widoki – wody Biebrzy przybrały w świetle zachodzącego słońca barwy płynnego złota, a dookoła rozpościerał się widok na rozległe łąki pod różowiejącym niebem.

Szybko przepłynąłem te 2 km, po prawej pojawiły się zabudowania wsi, zacząłem się rozglądać za tym „ładnym” polem namiotowym BPN. Wyciągnąłem nawet komórkę z GPS, aby się upewnić co do swojej pozycji, bo od strony wody nie bardzo to pole było widoczne. Powolutku manewrowałem przy prawym brzegu, wypatrując informacyjnych tablic parkowych – są zawsze przy wieżach widokowych i polach namiotowych w BPN, zauważyłem wreszcie jakiś ich zarys, wysiadłem z łódki, przedarłem się przez chaszcze z pokrzywami (w krótkich spodenkach przyjemne to nie jest :) i ujrzałem w końcu miejsce, które powinno być polem namiotowym. Powinno, ale nie było. Tablice stały przy zakręcie drogi żwirowej z Dolistowa, na której każdy przejeżdżający samochód lub traktor wzbijał tumany kurzu – a mimo późnej pory jeździły jeszcze dość często i żwawo. Na lewo od tablic, bliżej rzeki, był wprawdzie płaski skrawek terenu, ale nierówny i zasypany ziemią, gruzem i betonowymi elementami. Mógł kiedyś być polem namiotowym, ale teraz bardziej odstraszał od rozbicia namiotu, niż zachęcał. Nawet gdybym znalazł równiejszy kawałek, namiot mam malutki, wiele miejsca nie potrzebuję, to hałaśliwa droga i kurz, skutecznie mnie odstręczyły.
Przedarłem się z powrotem do łódki i popłynąłem szukać szczęścia dalej – musiałem się spieszyć, bo robiło się ciemno, a co gorsza zimno, a ciepłe rzeczy miałem schowane w beczkach.
Kawałek dalej minąłem bród, będący przejściem dla krów na lewobrzeżne łąki, jeszcze dalej po prawej zatoczkę z łagodnym wejściem do wody. Gdyby nie ta żwirówka kilkanaście metrów dalej i liczne ślady po wędkarzach, byłoby to całkiem fajne miejsce na biwak. Wiem z doświadczenia, że uczęszczane przez wędkarzy miejsca nie są zbyt dobre na nocleg, o ile chcemy się wyspać. Rybka jak wiadomo lubi pływać – a picie alkoholu z cichym zachowaniem nie idzie w parze. Dlatego popłynąłem jeszcze dalej, łudząc się, że jeszcze się coś znajdzie. Po kilkuset metrach stało się oczywiste, że w najbliższej okolicy już nie znajdę dogodnego miejsca na nocleg, zaczęły się bowiem mokradła.
Zawróciłem pod prąd z myślą, że jeszcze obejrzę dokładniej lewy brzeg rzeki przy mijanym brodzie dla krów. Może tam, na pastwisku, jakoś przekoczuję noc? Lepsze to niż mokradła lub bliskość wsi i zakurzonej, hałaśliwej drogi. Już po ciemku przybiłem do kamienistego brzegu, przycumowałem do metalowego słupka i trzęsąc się z zimna, wygramoliłem z łódki. Poszedłem na górę zbadać okolicę, okazało się, że pastwisko było puste – krowy pewnie przegnano na inne, a trawiasty wał od strony rzeki nieźle mnie krył przed wścibskimi oczami miejscowych. Wyładowałem graty i zaniosłem za wał, potem ostatkiem sił zatargałem tam też kanu. Szybko wyjąłem ciepłe ciuchy i ubrałem, w końcu w ciepłych skarpetkach, polarowych kalesonach i bluzie, mundurowej kurtce i spodniach oraz czapce zrobiło mi się ciepło. Zjadłem puszkową kolację, bo od rana, poza drożdżówkami zjedzonymi po drodze nic w ustach nie miałem. W końcu rozgrzałem się i poczułem przypływ energii, mogłem teraz zabrać się za szykowanie noclegu.
Zza chmur wyszedł księżyc i zrobiło się jaśniej. Na drodze przestały już hałasować pojazdy, zapadła kojąca cisza, na rozległych łąkach osiadała rosa, w poświacie księżyca wyglądały jak srebrzysty dywan – właśnie dla takich widoków warto było wiosłować cały dzień.
Z rozbijania namiotu zrezygnowałem, bo po wyglądzie nieba, uznałem, że do rana nie będzie padać, a poza tym było zbyt nierówno, na pastwisku są zawsze wysokie kępy niewyjedzonej trawy, różne dołki i oczywiście krowie placki. Suszenie zroszonego namiotu z rana albo, co gorsza, składanie mokrego, też mi się nie uśmiechało. Postanowiłem zatem spać na karimacie rozłożonej w zagłębieniu między kępami, przykry śpiworem i płachtą biwakową. Wszystkie pozostałe rzeczy schowałem pod kanu, a sam rozłożyłem się wzdłuż burty. Położyłem się w ubraniu i trampkach, nakryty śpiworem i płachtą w nadziei, że będzie mi wystarczająco ciepło.
Cdn.

2 komentarze:

  1. Świetnie opowiedziane, czyta się jak powieść przygodową. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie tam przygody - zwykłe minibwp + parę niespodziewanek po drodze :)

      Usuń