niedziela, 8 listopada 2015

Na tropach Smętka

W końcu wziąłem się do czytania „Na tropach Smętka” (1935) Melchiora Wańkowicza, aż wstyd, że z błahych powodów tyle lat zwlekałem z lekturą tej zasłużonej klasyki polskiego reportażu, ale lepiej późno niż wcale.
Książka, która była prawdziwym (nie marketingowym) przedwojennym bestsellerem (do wybuchu wojny aż 8 wydań, 9-te Niemcy przechwycili na maszynach drukarskich na początku wojny) dla współczesnego czytelnika, zwłaszcza młodszego, może być niesmaczna i niestrawna. Nawet nie dlatego, że jest mocno osadzona w swoich czasach i język ma ciut niedzisiejszy, ale chyba bardziej z powodu erudycji autora, który wplata w tekst rozliczne kulturowe odniesienia, których dzisiejszy czytelnik nie wychwyci, ba, nawet jeśli coś skojarzy, to bez przepytania wujka Google'a nie zrozumie. Te erudycyjne dygresje, obcojęzyczne frazy, skojarzenia i neologizmy na pewno co leniwszych (są dziś inni?) czytelników odstręczy od czytania, a w najlepszym wypadku – gdy jakimś cudem od niej nie odpadną – mocno lekturę zuboży. Dla takiego niewyrobionego czytelnika, ofiary dzisiejszej szkoły i czasów ignorancji, przebogata faktograficznie, napisana kunsztownym, ale zarazem lekkim i skrzącym się humorem językiem relacja z mazursko-prusko-warmińskich peregrynacji autora w poszukiwaniu polskości (a może nawet słowiańskości?) zostanie odebrana jako dziwaczna i zleżała ramotka historyczna. A szkoda, naprawdę szkoda, ponieważ każdy Polak, a przynajmniej mieszkaniec Warmii i Mazur powinien ją przeczytać i przeżyć. Dlaczego? Przeczytajcie – sami zrozumiecie :)
Mapa pokazuje wyniki przegranego dla Polski
plebiscytu na Warmii i Mazurach w 1920
Długo się zastanawiałem czy w ogóle tutaj pisać o tej przede wszystkim politycznej i patriotycznej książce, która w formie jest arcydziełem nowoczesnego reportażu, niektórzy twierdzą, że Wańkowicz jest ojcem (a nawet bogiem) polskiego reportażu – Kapuściński tylko cesarzem.
Czy można w ogóle zaliczać ją do nurtu przyrodopisarstwa? Sądzę, że jednak tak, ponieważ autor, mimo że pisze niewiele (objętościowo) o przyrodzie, ale za to z wielką wrażliwością i czuć, że jest ona ważna. Nie jest li tylko biernym tłem opowieści, raczej jej ukrytym bohaterem, który przygląda się etnicznej, politycznej historii tych ziem i zamieszkujących ją kolejno ludów. Melchior Wańkowicz to zawołany wagabunda i wodniak, wrażliwy na piękno świata natury, które znakomicie potrafi ująć słowami. Trudno nie nazwać przyrodopisarstwem książki, która zaczyna się tak:

„Wszystko zaczęło się od kajaka.
Co wiosna, ledwo puszczą wody, zjawiają się na stole mapy. I zanim jeszcze krokusy rozkwitną w ogródku, już na rozrzuconych papierach wyobraźnia nasza rozkwieca pachnące łęgi nadrzeczne. Myślimy o rzeczułkach wąskich, którymi sunąć będziemy — tak wąskich, że pióro wiosła o oba brzegi uderza; o tym, jak wzmaga się prąd, jak wyprawa rozwija się niby hejnał, jak pod burtę biegną nam dopływy, jak wpadamy ze strugi w rzeczułkę, z rzeczułki w rzeczkę, a wreszcie, jak nas jedna rzeka drugiej podaje — że płyniemy pełną, nalaną wodą, po brzegi nalaną między ściany lasów.
Tak kajak przybliża nam wiosnę, przedłuża lato. Kto wie, czy owo planowanie wyprawy w nieznane — nie jest najpiękniejsze.
Moje serce zawsze ciągnie na północ. […]
Ale za to mamy tam nigdy nie kończące się polany leśne, na których pod dębami, zamieszkałymi przez puszczańskie bociany, tak dobrze jest rozstawiać namiot. Z wieczora przychodzą mgły, podczas gdy towarzyszka wyprawy w zacisznym namiocie przygotowuje wieczerzę — lekki, wolny od bagażu składak ześlizguje się w rzekę i płynie po mleko do najbliższej wioseczki, pełgającej maleńkimi okienkami. A potem pod cichymi olchami uwiązuje się sznur, dokoła którego całą noc „chodzić” będą grzebieniaste okonie.
Woda tam, na północy, bywa ruda, żelazista, przejrzysta. Kwiaty — drobne, różnobarwne, a pachnące. Żaby tam grają piękniej, słowiki wydzierają się dźwięczniej, a już derkacze tak biją, że, zdaje się, niebo całe trzeszczy nad czarnym lasem.
A niebo też jest tam niższe, bliżej ludzi. Tylko ubogie jakieś, ot, jakby co tylko odklejone od ziemi. Kiedy brzeźniaki owinie mgła, to i nie wiadomo, czy za zakrętem nie wpłyniesz na chmury, człowieku. A jak stanie tęcza, to nie taka pysznie na jakichś górach postawiona; ot, wydaje się — podejdź tylko i drap się po niej, jeśli chcesz.
Dobrze trzeba utrafić, dokąd jechać. A jak utrafisz i wsuponisz się na ruczaj w starym lesie, to w dzień wprawdzie będziesz klął, za cumę przez pniaki ciągając, ale za to w wieczory i ranki, jeśli cię komary całego zostawią — oczy twoje nie dość się napatrzą, uszy twoje nasłuchają, a nozdrza dość nie nawąchają tego, co Pan Bóg człowiekowi nagotował. Z wieczora, z ciągu ptactwa, z huków nocnych, z porannego gwałtu i rejwachu. A jużże jak ciecieruki bełkotać poczną, to przeżegnaj się i Bogu dziękuj: wódki nie piwszy, pijany jesteś i śmiały do całego świata, i niefrasunkowy, i wszystko, co dręczyło, przewaliło się jak do rojstu, i Pan Bóg tylko nad tobą.”

To już nie tylko przyrodopisarstwo, to wypisz wymaluj czyste minibwp :)
Czytając „Na tropach Smętka” mam tę dodatkową frajdę, że byłem w prawie wszystkich miejscach, jeziorach i rzekach, które opisuje autor, nie chwalę się, tak się po prostu złożyło. Nawet w tym samym miejscu co autora z córką, nieopodal Krutyni, spotkała mnie na wodzie taka sama ulewna burza. To naprawdę dojmujące doświadczenie – spoglądać na znajome miejsca oczami wybitnego pisarza. Jakbym wsiadł w wehikuł czasu i cofnął się o 80 lat. Politycznie, kulturowo prawie wszystko się zmieniło, ale piękno przyrody wciąż trwa i wciąż zachwyca i to jest najważniejsze.
Serdecznie zachęcam do lektury, wymagająca, ale nie pożałujecie.
A na zakończenie jeszcze jeden ważny dla mnie (Sławko z Gaju będzie wiedział, o co chodzi) cytat z książki tuż przed jej finałem, którego nie zdradzę, ale doświadczył czegoś podobnego każdy wodniak :)

„Płyniemy dalej i już nie wiadomo, czy to jeszcze Niemcy, czy już Polska. Ludzi po łąkach widać zbyt daleko, by ich pytać. Niemieckie słupki, stojące co dwieście metrów, przestają migać przed oczami. I Sancho mówi, że bociany mają jakieś polskie miny.
Chyba więc Polska?
Drobne kwiatuszki poczynają się po łąkach, które robią się bardziej kolorowe. Ziemia nam pachnąć poczyna. Zaczyna się dopiero wagabunda.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz