środa, 4 listopada 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 7 i ostatnia

początek-most-nocleg.
Rzeką Blizną mamy zamiar dopłynąć do Jeziora Blizno, nad którym jest kemping w Atenach, z którego rozpoczęliśmy spływ kilka dni temu.
Zaczynamy w szerokim ujściu-rozlewisku pod zielonym baldachimem polskiej dżungli, ale wkrótce otoczenie się zmienia i płyniemy wśród swojsko wyglądających łąk i pól. Czasem zdarzają się dające trochę cienia większe krzewy i mniejsze drzewa.

Daje się płynąć, choć widać po brzegach, że w tym roku poziom wody jest bardzo niski. To nas niepokoiło jeszcze przed rozpoczęciem spływu. Blizna słynie z tego, że bywa trudna lub wręcz niemożliwa do spłynięcia. Podobno się to w ostatnich latach zmieniło na lepsze, ponieważ została nieco ucywilizowana, żeby ułatwić życie turystom, ale mamy wyjątkowo suchy rok i może to pokrzyżować nasze plany. Oczywiście mam plan B; gdy utkniemy, pójdę do szosy łapać stopa do Aten i samochodem wrócę po kolegę.
Na razie jeszcze płyniemy i dopóki będzie to możliwe, nie będziemy martwić się na zapas. Wkrótce dopływamy do betonowego mostu na drodze Augustów-Suwałki koło wsi Szczebra. Jest okazja odsapnąć chwilę w jego cieniu. Wychodzę na górę, na szosę w poszukiwaniu sklepu we wsi. Marzy nam się kolacja ze świeżych produktów, bo puszki nam się znudziły. Dochodzę do zabudowań, upał straszny, sklepu nigdzie nie widać. Podpytuję starszego pana o sklep, okazuje się, że jest, ale prawie kilometr dalej. Tam i z powrotem będzie ze dwa kilometry, w takim upale, w mokrych, zapiaszczonych croksach, z ciężką torbą pełną zakupów średnio mi się to widzi. Zastanawiam się, czy nie wrócić pod most i szukać sklepu w kolejnej wsi. Nagle mój rozmówca proponuje podwiezienie do sklepu, bo i tak się tam wybiera z synem. W moment jesteśmy na miejscu, robię zakupy, proponuję mojemu dobroczyńcy piwko w rewanżu, ale odmawia, dodając, że już się dość w życiu napił. Rozumiem i nie nalegam specjalnie, kończę sprawunki i wracamy. Żegnam się, dziękując przy tym wylewnie obu panom za pomoc, rzadko się w dzisiejszych czasach zdarza taka bezinteresowność.
Wracam obładowany i pod mostem rozpoczynamy ucztę, zimny chłodnik i świeże bułeczki są niczym nektar i ambrozja – pokarmy bogów. Zimne napoje dopełniają poczucia szczęścia. Po odpoczynku i uzupełnieniu energetycznych zapasów płyniemy dalej, mijamy po lewej ujście Szczeberki i po chwili zaczynają się problemy. Koryto Blizny robi się płytkie i zarośnięte, musimy co rusz wysiadać i ciągnąć łódkę. W nurcie napotykamy więcierz kłusownika z martwymi rybami, musiały zginąć w męczarniach – na tę okoliczność przydaje się ząbkowany ratowniczy nóż, który na łódce zawsze mam pod ręką.
W końcu jakoś docieramy do mostka z jazem. Pokonujemy tę przeszkodę, krótką, ale męczącą przenoską. Rzeka robi się tak wąska, że mamy problem z obróceniem 5 metrowego kanu przy jazie. Mimo to dalej płynie się lżej, bo jest nieco głębiej niż przed jazem. Do czasu, bo znów zaczynają się pojawiać zarośnięte płycizny i – co gorsza – różne przeszkody, najczęściej pnie i kładki. Już prawie nie wiosłujemy, głównie się odpychamy od dna, a zwałki pokonujemy na różne sposoby: górą, dołem, przeciągając kanu bokiem, często zapadając się w muł po uda. Jesteśmy cali mokrzy, umorusani i oblepieni rozmaitymi paprochami.
Może nie aż tak wyglądaliśmy, ale prawie. Fotka ilustracyjna, pożyczona ze strony „weterana” Blizny. Pozdrawiamy! :)
Znajdziecie tam tez więcej fotek tej rzeki, my nawet  nie myśleliśmy o fotkowaniu przedzierając się przez kolejne płycizny i chaszcze. Pewne wyobrażenie o tym jak wygląda spływ Blizną, mogą dać fotki tutaj, wykonane oczywiście przy znacznie wyższym stanie wody.

Pocimy się też niemiłosiernie, co owady od razu wyczuwają i żwawiej przystępują do ataku – zwłaszcza nasze „ulubione” jusznice deszczowe :)
Zmęczenie też daje znać o sobie, w końcu jesteśmy na nogach (a może bardziej na rękach, bo stale wiosłujemy?) od piątej rano. Z mozołem pokonujemy kolejne metry i kilometry rzeki, wypatrując mostu kolejowego, który oznacza bliskość miejsca na nocleg. W końcu krajobraz się nieco zmienia, teren robi bardziej otwarty i widzimy kolejowy most – czyżby koniec udręki?
Koło mostu wspinamy się na górę, aby obejrzeć okolicę, wg jednego z opisów szlaku ma tu gdzieś być dogodne miejsce do biwakowania. Może wiele lat temu tak było, ale teraz teren dookoła jest nierówny i zarośnięty 1.5 metrowymi badylami. Wracamy na dół, do kanu, żeby dalej poszukać czegoś lepszego. Po drodze trafia się jeszcze mostek z bali, rozpłaszczamy się na dnie i cudem pod nim przepływamy – na przenoskę nie mielibyśmy już sił. Kawałek dalej betonowy mostek na lokalnej żwirówce. Zapada zmierzch, za mostkiem po lewej widać kawałek względnie równego miejsca, nie zastanawiamy się wiele, przepływamy pod mostkiem i przybijamy. Jest za późno, żeby szukać czegoś lepszego, poza tym naprawdę nie mamy już sił płynąć dalej. Wytaskanie łódki na mulisty brzeg było mordęgą, ale jakoś się udało. Otępiali z wysiłku łazimy dookoła dłuższą chwilę, szukając w miarę płaskiej miejscówki na rozbicie namiotów, jest bardzo nierówno i wszędzie krowie placki, na szczęście nie wszystkie świeże. Z trudem coś znajdujemy i stawiamy namioty, rozpakowujemy graty na noc. Gotuję wodę na herbatę już po ciemku, robimy kolację i jemy drżącymi ze zmęczenia rękoma.
Jeszcze ostatni wysiłek przed snem – muszę koniecznie się umyć, bo utytłany i spocony jestem strasznie. Kumpel sobie odpuszcza, po chwili słychać jego donośne chrapanie.
Po drugiej stronie rzeczki jest jakie takie dojście do wody, a zarazem krowi wodopój. Przechodzę przez mostek, przepełzam pod elektrycznym pastuchem i uważnie omijając krowie placki – tu niestety bardzo świeże – docieram do wody. Mycie, opłukanie ciała po takim dniu to czysta rozkosz. O kąpieli czy pływaniu nie mam mowy, za płytko i za wąsko, ale i tak jest bosko. Wracam, ubieram się w czyste ciuchy na noc i dosłownie padam na śpiwór w namiocie. Zasypiam natychmiast.
Wita nas pogodny ranek, ale czuć jakąś zmianę w powietrzu, może w końcu popada, bo od tygodnia nie spadła kropla deszczu? Jemy śniadanko i zastanawiamy się co robić. O płynięciu dalej Blizną nie ma mowy, w tych warunkach to bezsensowna mordęga, nawet gdybyśmy mieli na to siłę i ochotę, to na pewno potrwa to do późnego wieczora, a musimy dzisiaj wracać. Postanawiamy zostawić kanu i obozowisko i po prostu pójść piechotą do Aten po samochód. Mógłbym pójść sam, ale razem będzie nam raźniej, pal licho dobytek, może nic nie ukradną? Licząc na polską gminną uczciwości – na której jak się potem okazało, nie zawiedliśmy się – wyruszamy. Mam mapę i GPS w komórce, wynika z nich, że powinniśmy za 3-4 godziny dotrzeć na miejsce. Na skróty mamy do przejścia ok. 15 km – damy radę. Wychodząc ze wsi mijamy po prawej cmentarzyk z prawosławnymi grobami.

Dalej droga prowadzi przez pastwiska, trochę nasypem kolejowym, a potem przez las. Co jakiś czas sprawdzam GPS-em położenie, bo mapa w dużej skali i stara, może być nieaktualna. Nie błądzimy, ale trochę drogi chyba nadkładamy, bo to, co na mapie nie do końca odpowiada rzeczywistości. Po drodze zaczyna grzmieć, robi się bardzo parno i wkrótce łapie nas burza. Nie przejmujemy się tym specjalnie, bo i tak nie ma gdzie się skryć – wysokie sosny słabo chronią przed deszczem i maszerujemy dalej. Wysychamy też szybko, bo nadal jest bardzo gorąco. W końcu dochodzimy do asfaltówki prowadzącej bezpośrednio do Aten.
We wsi, w spożywczaku kumpel funduje zimne picie i lody – odpoczywamy na ławeczce, dając wytchnienie obolałym stopom i delektując się tymi przysmakami. Jeszcze ok. kilometra marszu i wreszcie docieramy do kempingu, gdzie czeka samochód.
Droga powrotna to już banał, wsiadamy i wracamy po namioty i łódkę – czekają na nas grzecznie, nic nie zginęło. Zwijamy się, pakujemy, troczymy kanu na dachu i jedziemy do domu.
Zmęczeni, ale szczęśliwi, że udało nam się przepłynąć jeden z najpiękniejszych szlaków wodnych w Polsce. Możliwość bytowania w takich okolicznościach przyrody aż przez 6 dni to niezwykłe szczęście i przyjemność. Wiele osób na tej planecie nie ma szans na takie przeżycie, a powinni mieć wszyscy, świat na pewno były lepszym miejscem.
Pogoda dopisała, aż za bardzo, region jest tak malowniczy, że nawet nie próbuję ujmować tego w słowa – po prostu jest tam przepięknie i tyle. Gdyby tylko ludzie bardziej docenili i szanowali to piękno, byłoby wspaniale. Czego wszystkim moim czytelnikom, miłym i uczynnym mieszkańcom regionu oraz turystom, którzy tam zawitają, serdecznie życzę.
Powrócę tam na pewno jeszcze nie raz...

2 komentarze:

  1. Bardzo zachęcasz tymi relacjami do odwiedzenia tych miejsc, oraz skorzystania z takiej właśnie formy wypoczynku. Kto wie, może i ja kiedyś spróbuję ;)

    P.S. Blizna bardzo przypomina mi Grabię- rzekę, po której kiedyś miałem wielką przyjemność kilkakrotnie spływać pontonem
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Grabia_%28rzeka%29

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszamy do ekipy minibwp - już planujemy z kumplem wyprawę w tamte regiony, może nawet zimą?
      Ponton, fajna sprawa, od tego swoje wodniactwo zaczynałem. Grabi niestety nie znam, ale chętnie kiedyś odwiedzę - liczę na wsparcie lokalsa :)

      Usuń