poniedziałek, 2 listopada 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 6

Jest około godziny 22, wpływamy ostrożnie pod prąd Rospudy, tu jeszcze prawie niewyczuwalny. Otoczenie przywodzi na myśl film „Czas apokalipsy”. Próbuję zrobić jakieś fotki, ale się poddaję, robi się już całkiem ciemno.


Gdzieś po drodze mijamy ujście Blizny, do której mieliśmy dopłynąć dopiero jutro. Mimo usilnego rozglądania się nie zauważamy go, ale musieliśmy je minąć po prawej, tak przynajmniej wynika z mapy.
Nie wiemy dokładnie, gdzie jesteśmy, ponieważ brakuje punktów charakterystycznych, a mapy Google w komórce nie działają – zero zasięgu. Dookoła wysokie trzciny, prąd praktycznie niewyczuwalny, poznajemy jego kierunek po nachyleniu podwodnej roślinności, ale i tak gubimy główny nurt ze trzy razy. Na razie żadnych skupisk drzew w zasięgu wzroku, zdarzają się jedynie samotne martwe pnie, to znak, że nic suchego w pobliżu nie ma. Zapalenie latarki przyciąga chmary owadów, które wpadają do oczu, wchodzą do nosa i ust. Co jakiś czas słychać głośne chlupnięcia większych stworzeń, bobry, łosie? Kierujemy się jaśniejszą smugą nieba nad przerwą w ścianie trzcin – tam prowadzi nurt, ale i ten drogowskaz z czasem się rozpływa w ciemności, trzeba zacząć używać latarek, ale włączamy je tylko na moment, bo owady nie pozwalają na dłużej. Poza tym światło niweczy przyzwyczajenie oczu do ciemności, po wyłączeniu latarki upływa dłuższa chwila, zanim cokolwiek znów można zobaczyć. Płyniemy zatem bardziej na wyczucie i na słuch. Z czasem zaczyna nam się to podobać, nocna rzeka ma swój nieodparty urok, gdyby nie przypadek, pewnie nie doświadczylibyśmy tych wyjątkowych wrażeń – kto normalny zapuszcza się pod prąd Rospudy nocą?
Pokonujemy kolejne zakręty, mokradła tętnią nocnym życiem, zewsząd dochodzą rozmaite odgłosy nocnych stworzeń. Na twarzy i ciele co rusz czujemy jakieś owady, na kolanach ląduje mi duża ćma, biorę ją do ręki i słyszę, że popiskuję, ale nie jest to raczej zmierzchnica trupia główka, chyba że to ćmi albinos? Na owady polują nietoperze, które bardziej czujemy, niż widzimy. Mijają godziny, jesteśmy już bardzo zmęczeni, powoli godzę się z myślą, że będziemy nocować na łodzi. Nie będzie to wygodne, ale jakoś przeżyjemy.
I jeszcze jeden zakręt, otoczenie nieco się zmienia, trzciny jakieś niższe, a rzeka mniej meandruje. Widać więcej nieba. Nagle po prawej jakiś cień, gładsza i ciemniejsza woda, robimy zwrot i trafiamy na brzeg bez trzcin. Przybijamy natychmiast, druga taka okazja może się nie trafić. Wysiadanie po ciemku w grząski muł i zdradliwe korzenie nie jest proste, ale się udaje bez większych wpadek. Idziemy na zwiady, okazuje się, że to kępa sosen na wzgórzu, na mapie faktycznie jest coś podobnego, chyba już wiemy, gdzie jesteśmy. Jest tam stromo i nierówno, co dość niewygodne, ale przynajmniej to stały ląd. Wciągamy kanu i przywiązujemy do drzewa, żeby się nie zsunęło do wody. W okolicy widać ślady obozowania, pewnie nie jeden spływ kajakowy miał tu przystanek. Siedząc na zwalonych pniach, jemy na chybcika skromną kolację. Pnie są wąskie i sękate, siedzi się na nich kiepsko i boleśnie, ale lepszy rydz niż nic. Jest około drugiej w nocy, padamy z nóg, nerwy mi puszczają i czepiam się kumpla o różne pierdoły, on pokornie to znosi – później będzie mi wstyd. Odchodzę, aby ochłonąć pod pretekstem mycia zębów.
Mimo krążących komarów nie chce nam się rozbijać namiotów, nie bardzo też jest na nie miejsce, wszędzie pełno patyków i szyszek, no i ta stromizna. Postanawiam spać tylko na karimacie pod płachtą. Dla ochrony przed komarami ubieram trampki, długie spodnie, bluzę mundurową, a głowę owijam bawełnianą chustą, a na nią zakładam moskitierę. Trochę gorąco, ale jakoś wytrzymam. Kumpel wybiera inne rozwiązanie – chowa się śpiworze po czubek głowy. Aby nie sturlać się w dół, rozkładam karimatę za drzewem na połowie płachty, drugą jej połową się przykrywam. Najważniejsze to schować dłonie przed krwiopijcami – po to głównie jest płachta. Słyszę brzęczące komary, ale chyba nie dają rady przebić się przez chustę i moskitierę. Zapadam w letarg, bo snem bym tego nie nazwał. Pewnie chwilami zasypiam, nawet coś mi się śni, ale mimo tego mam wrażenie, że nie zmrużyłem oka do świtu. Budzi mnie ostatecznie głośny klangor żurawi i swędzący ból pośladka. Na pewno użarło mnie coś większego niż komar, na ich ukłucia nawet już nie zwracam uwagi. Wstaję otępiały ze zmęczenia i niedospania, ale szeroki widok na mokradła i lecące żurawie powoli przywraca lepszy humor. Moje nocne fochy jawią się teraz jak jakiś koszmar senny. Słusznie mówią, że ranek jest mądrzejszy od wieczora.





Kumpel także dochodzi do siebie po ciężkiej nocy i wstaje, razem pakujemy i wodujemy kanu. Jest ok. 5 rano, nawet nie myślimy o śniadaniu czy porannej kawie, lepiej od razu wypłynąć.
Już wcześniej braliśmy pod uwagę, że jeżeli spływ pójdzie gładko i nie będzie żadnej obsuwy czasowej, to może popłyniemy kawałek Rospudą pod prąd, do tzw. świętego miejsca. Nie przypuszczaliśmy nawet, że dotrzemy tak daleko w górę Rospudy, aż tak wcześnie. Tym bardziej teraz warto tam popłynąć, choć i tak jeszcze tu wrócimy, aby spłynąć całą rzekę – może na wiosnę?
Zatem, mimo zmęczenia ruszamy pod prąd, rzeka meandruje niesamowicie, wije się jak wąż wśród trzcin, które miejscami zwężają jej nurt ledwie do szerokości kanu. Prąd się nasila, jest ciężko, coraz ciężej, ale słoneczny ranek i przepiękne widoki dodają nam sił.







Dojrzewa kolejny upalny dzień, dopływamy na miejsce przed południem. Na polu namiotowym zbierają się do wyjazdu jacyś kajakowicze – Niemcy (poznajemy po mowie i rejestracji ich VW Transportera). Zabawna scenka – zza nasypu drogi wraca – prawdopodobnie z kąpieli – golutki facet i zaskoczony płoszy się naszą nagłą obecnością, zasłania ręcznikiem i pociesznie kica w stronę swoich ziomków. Nie wie, że nam takie widoki nie wadzą, w odróżnieniu od większości naszych rodaków. Pewnie się zastanawia z kolegami, skąd się wzięło tych dwóch, tak wcześnie i z nie tej, co powinni strony rzeki.
Kumpel idzie porobić fotki „świętego miejsca”, a ja pluskam się w przejrzystej wodzie. Jest zimnawa, ale upał narasta, to i temperatura wody nie taka straszna. Korzystając ze słońca, rozkładam na łące różne rzeczy do suszenia. Na spływie zawsze jest coś do wysuszenia i trzeba wykorzystywać każdą okazję do podsuszenia rzeczy, zwłaszcza ręcznika i butów, bo nie wiadomo, kiedy następna okazja się trafi.
Wraca kumpel i teraz ja idę pozwiedzać okolicę. Na miejscu ogniskowym między mostem a kapliczką szokuje mnie kupa śmieci, głównie butelek i puszek. Szokuje, bo kilkadziesiąt metrów dalej są dwa duże, prawie puste, kontenery na śmieci.


 „Święte miejsce” nie robi na mnie wrażenia świętego, i to wcale nie przez te śmieci. Jakoś nie czuję tu nic niezwykłego, nawet nie chce mi się robić fotek. Wracam na łąkę, może nie jest święta, ale tam czuję się zdecydowanie lepiej. Idziemy w stronę wiat, aby zrobić śniadanio-obiadek. Słońce w zenicie – robi się bardzo gorąco. Przepływają pierwsi kajakarze. Wracamy do łódki, trzeba się powoli zbierać, bo długa droga powrotna przed nami. Przed wypłynięciem obowiązkowa orzeźwiająca kąpiel. Przyczepia mi się do nogi pijawka, zdejmuję ją bez trudu, bo dopiero zaczęła się przysysać. To nie pierwsza i nie ostatnia na tym spływie, ale to dobrze, że są, obecność pijawek świadczy, że woda jest raczej czysta.
Z powrotem, z prądem płynie się bosko, szlak już znamy, przeszkadzają jedynie atakujące jusznice i bąki. Na szczęście jest ich znacznie mniej niż na Czarnej Hańczy, jakoś się opędzamy i płyniemy. W dzień szlak wygląda zupełnie inaczej niż w nocy, ale niektóre miejsca rozpoznajemy, także naszą noclegową miejscówką, na której teraz odpoczywa grupa kajakarzy i pozdrawia nas przyjaźnie, ta sama, którą widzieliśmy za mostem w „świętym miejscu” .
Dalej mijamy motorówkę z dresem przy sterze i jego solarową dziuńką, zwracamy im uwagę, że nie wolno tu pływać na silniku, dres robi głupią minę i udaje, że nic o tym nie wie i oczywiście dalej płynie pod prąd smrodząc i hałasując. Kolejny przykład na to, że na wodzie w tym regionie obowiązuje zasada „róbta co chceta”, a nie przepisy. Bez ich skutecznego egzekwowania powoływanie rezerwatów czy stref ciszy jest tu kompletną fikcją, bo na przyzwoite zachowania wczasowiczów (przeważnie miejscowych sądząc po rejestracjach) nie ma co liczyć. Środowisko naturalne, którego walory są istotnym źródłem dochodu dla regionu, traktują utylitarnie i instrumentalnie. Byle się zabawić i zarobić kosztem przyrody – jeśli to się nie zmieni, to już niedługo zapłacą za swój egoizm i krótkowzroczność. Zdewastować środowisko łatwo, ale odtworzyć już tak łatwo się nie da o ile w ogóle to możliwe :(
Polacy zwykle przyzwyczajeni do podobnego wczasowo-rozrywkowego syfu jeszcze może tu przyjadą, ale jeśli nic się nie zmieni, to o zagranicznych turystach region może zapomnieć – nie takich atrakcji tu szukają i nie będą za nie płacić miejscowym. Po prostu pojadą gdzie indziej, szukać piękna natury, czystej wody, ciszy i spokoju – to jest dziś najbardziej deficytowy towar w Europie, a nie betonowa i spalinowa infrastruktura turystyczna, którą uparcie lansują samorządowe władze.
Jeszcze trochę wiosłowania i dopływamy do szerokiego ujścia Rospudy, tym razem bez problemu zauważamy po lewej ujście rzeki Blizny do Rospudy i wpływamy tam.
Cdn.

2 komentarze:

  1. Wspaniała sprawa. Fajna relacja, czytając można wyobrazić sobie że się w tym uczestniczy :)
    Bardzo doceniam fakt, iż w swoich opisach niejednokrotnie poruszasz kwestie ekologiczne i starasz się poprzez nie same- edukować. Widać że masz duże doświadczenie względem bytowania w naturze i jednocześnie wyciągania z tych pouczających lekcji, jak najwięcej wartościowych wrażeń i odczuć. Szkoda że tak mało ludzi myśli i działa podobnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie, że tak to odbierasz, bo to ma być zachęta, choć nie nachalna :)
      Mało ich jest, ale coraz więcej, może w końcu osiągniemy punkt przełomu i stosunek społeczeństwa do przyrody się zmieni. A jak nie to trudno, ich strata.

      Usuń