niedziela, 1 listopada 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 5

Za oknem jesienne mgły, a ja po raz piąty wracam wspomnieniami na upalne augustowskie jeziora.
Noc była spokojna, spaliśmy jak susły i wreszcie wyspaliśmy się do syta, dzień zapowiadał się piękny.
Po śniadanku rutynowe zwijanie namiotów i pakowanie kanu. Przed wypłynięciem jeszcze obowiązkowa kąpiel w jeziorze, a na drogę zimne piwko schłodzone w głębi jeziora. Do śluzy Perkuć docieramy w mig, a za nią Jezioro Krzywe i największa, dwustopniowa śluza Paniewo. Widać, że to już zabytek, ale śluzowanie robi wrażenie.









Przepływamy do kolejnej komory.









Za śluzą, 6.3 metra wyżej ruszamy żwawo do przodu, przed nami kawał drogi, nocleg bowiem planujemy dopiero na Jeziorze Białym koło Augustowa, czyli za ok. 30 km.
Pogoda piękna, jesteśmy wypoczęci i w świetnych humorach, wiosłuje się lekko, a przy tym skutecznie. Przy wiosłowaniu na kanu od siły wioślarzy ważniejsze jest ich zgranie i zgodny rytm. Należy wiosłować miarowo, starannie i płynnie (nie za szybko) prowadzić pociągnięcie wiosłem. Tym sposobem wywołuje się mniej zawirowań wody wokół wiosła i łódki, co oszczędza energię. Po kilku dniach wiosłowania nasze ciała wzajemnie się tak dopasowały, że nie musimy już zwracać większej uwagi na precyzję i synchronizację ruchów – to dzieje się samo.
Oczywiście na wodę przed sobą zawsze trzeba uważać, żeby nie wpaść na niespodziewaną przeszkodę, wprawdzie na kanale to rzadkość, to nie jakaś leśna rzeka, ale nawet tu mogą się zdarzyć niespodzianki.





Przepływamy kolejno J. Paniewo, J. Orle, śluzę Gorczyca, J. Gorczyckie, za którym zaczyna się długi (prawie 10 km) odcinek kanału do kolejnej śluzy – Swoboda. Po opuszczeniu jeziora zaczynamy się rozglądać za jakimś drugim śniadankiem, bo już trochę zgłodnieliśmy. Obiad po drodze raczej sobie odpuścimy, bo będzie sporo do zobaczenia po drodze, wynagrodzimy to sobie solidniejszą kolacją (tak sobie planujemy, jeszcze nie wiedząc, co nas czeka).
Po chwili wiosłowania, już na kanale, rzuca się nam w oczy zachęcający szyld przy zacienionej i wygodnej do przybicia miejscówce.
Biorę torbę i idę na zakupy. Okazało się, że sklepik jest świetnie zaopatrzony. Kiszone ogóreczki, świeżutkie lokalne jagodzianki (smażone w tłuszczu jak pączki), kefirek, bułeczki, prawdziwy razowy chleb z Puńska na metry itd. Wracam obładowany zakupami, przy stoliczku przy brzegu zajadamy się tymi świeżymi wiktuałami, aż nam się uszy trzęsą. Potem idzie kumpel, dokupuje jeszcze co nieco – w tym tradycyjnie wafelki – i lody na deser.





Po takiej uczcie można płynąć do samego Augustowa. Pełni energii pokonujemy 10 km ładnie zalesionego kanału i dopływamy do śluzy Swoboda, po jej pokonaniu przepływamy jeszcze prawie kilometr kanału i dopiero otwiera się widok na Jezioro Studzieniczne. Mijamy dziwny znak – zakaz pływania żaglówkami. Dziwny, bo motorówkami można, co zobaczyliśmy za chwilę. Co komu przeszkadzają żaglówki?
Nad tym jeziorem już kiedyś byłem, ale od strony wody wszystko wygląda inaczej. Po dwóch dniach płynięcia stosunkowo wąskim kanałem i malutkimi jeziorkami widok na rozległe, otwarte jezioro pod jasno-błękitnym niebem oszałamia. Naprawdę, są jeszcze piękne miejsca w naszym kraju – obyśmy ich nie zniszczyli w pogoni za wzrostem PKB, czy co tam jeszcze sączą z telewizora chciwe kukiełki w garniturach.
Mimo że to już popołudnie, nadal jest upalnie, skręcamy w lewo do zatoczki, aby się wykąpać. Jest bardzo płytko, trzeba iść/pełzać od brzegu ze 100 m, żeby swobodnie popływać, oczywiście na golasa, bo poza wędkarską łódką, dość daleko, nikogo w pobliżu nie ma. Odświeżeni płyniemy raźno dalej, jezioro okazuje się większe, niż się na początku wydawało, trzeba sporo się namachać, aby dotrzeć do półwyspu z sanktuarium maryjnym, które jest naszym celem. Chcę je pokazać kumplowi, bo to ciekawy przykład katolickiego „świętego gaju”. W końcu dopływamy do celu i przybijamy, budząc zdziwienie pielgrzymów, że tak też można dotrzeć do papieża.



Ja już tu kiedyś byłem, kumpel idzie zwiedzać, robić fotki, skosztować wody z „cudownego źródełka”, a ja tymczasem kręcę się w pobliżu i obserwuję wyluzowane kaczki, które czują się tu jak u siebie w domu.





Dokarmia je suchym chlebem jakiś emeryt, przy okazji nasypując nam pełno okruchów do kanu. Nieopodal półwyspu przepływa i robi zwrot statek wycieczkowy, domyślam się, że to jedna z atrakcji na jego trasie. Smród spalin diesla z jego silników nos urywa i zatyka płuca. Kto dopuszcza coś takiego do ruchu? Nie trzeba żadnej analizy spalin, aby tego zabronić, czarny dym bezwstydnie wali z komina. Żaglówkom nie wolno, a takie trujące paskudztwo może tu pływać? Nic nie rozumiem, może modlitwa do JPII i Maryi chroni miejscowych przed rakiem płuc?
W końcu kumpel wraca i ruszamy dalej, w stronę śluzy Przewięź prowadzącej na Jezioro Białe Augustowskie, to będzie już ostatnia na naszej trasie. Trafiamy akurat na śluzowanie statku wycieczkowego, który ma pierwszeństwo przed mniejszymi jednostkami.
Wyglądało to mniej więcej tak jak na filmiku, lecz w odwrotnym kierunku.

Statek ledwo się mieści, podziwiamy kunszt sternika, który wpływa praktycznie na styk – dosłownie, widać na ścianach śluzy bruzdy po wielu takich, chyba mniej udanych, manewrach. Potem nasza kolej i już jesteśmy na jeziorze.
Zaraz za mostem drogowym, po prawej spora plaża z mnóstwem ludzi, dopiero teraz zdajemy sobie sprawę, że to piątek, początek weekendu, stąd taki tłok, ruch i gwar. Pytam o najbliższy sklep, bo mamy ochotę na coś zimnego do picia. Jest blisko, kupuję wodę mineralną i małą colę, aby dodała nam energii na ostatni odcinek, zanim znajdziemy nocleg. Jezioro jest otoczone lasem, nie powinno być z tym problemu. Zatem w drogę, cola i świadomość, że niebawem odpoczniemy, dodaje nam animuszu.
Jezioro Białe Augustowskie jest ze dwa razy większe niż Studzieniczne, to już spory akwen, decydujemy się najpierw podpłynąć do prawego (północnego) brzegu, jest zalesiony i zdecydowanie mniej zabudowany niż lewy (południowy), co gwarantuje, że szybciej znajdziemy odpowiednią miejscówkę na nocleg.
Jezioro tętni hałasem, od brzegów niesie się donośne disco-polo i tępy, dresiarski umcyk-umcyk, wokół nas co rusz śmigają hałaśliwe motorówki i skutery wodne, robią spore fale, trzeba bardzo uważać, aby się odpowiedni do nich ustawić – wywrotka teraz, to ostatnie czego byśmy sobie życzyli. Liczymy, że ten ruch i gwar zaraz się uspokoi, bo zmierzch tuż, tuż. Tymczasem przepływamy na północny brzeg jeziora i płyniemy wzdłuż, wypatrując dogodnej miejscówki. Najpierw wielki piaszczysty stok i plaża, nad brzegiem pełno samochodów, namiotów i duszący, smrodliwy dym z grilli. Płyniemy dalej, myśląc, że dalej od drogi nr16 i wypoczynkowej miejscowości Przewięź będzie luźniej i spokojniej. Płyniemy, płyniemy, a tu dalej bez zmian, brzeg owszem zalesiony, ale samochodów i ludzi pełno, gdyby mogli, to zaparkowaliby pewnie w wodzie. Motorówki i skutery szaleją, grille na brzegu tworzą wręcz zasłonę dymną, a potworna muzykopodobna łupanina niesie się po jeziorze. Cały czas manewrujemy gorączkowo wśród fal, by ustawić się do nich dziobem lub rufą, żeby nie nabrać wody albo – co gorsza – nie wywrócić. Mija nas wycieczkowy statek, będący pływającą dyskoteką, podrygujący w ogłuszającym techno-rytmie ludzie machają do nas, ale my nie mamy jak im odmachać, bo intensywnie pracujemy wiosłami, aby nie dać się kolejnej fali, zanim nadpłynie ta większa, wywołana przez ten disco-statek.
Przy i na brzegu różne scenki rodzajowe z cyklu: jak odpoczywają „Polaki-cebulaki”, tudzież „Janusze z Grażynami”. Niektóre nawet zabawne, ale jedna nas przeraziła. Gruby „Janusz” wyzywał wulgarnie i bił wielkim kijem łabędzie w płytkiej wodzie przy brzegu – bał się, że mogą być niebezpieczne dla jego dzieci? Nie mamy pojęcia, o co chodziło, ale mamy już tego wszystkiego dość, staje się jasne, że w tej części jeziora nie mamy czego szukać. Nocleg w takich warunkach, wśród tych ludzi, tego hałasu, spalin, dymu i smrodu z setek grilli nie ma sensu. To jakiś koszmar, a nie wypoczynek.
Mimo zachodu słońca postanawiamy płynąć dalej, choćby do końca jeziora, może tam, w strefie ciszy – właśnie mijamy znak – coś znajdziemy?



Na mazurskich jeziorach znak strefy ciszy jest na ogół respektowany, ale tu ze zdziwieniem zauważamy, że praktycznie nic się nie zmieniło, motorówki, skutery, zasuwają dalej, jest ich mniej, ale chyba tylko z powodu późnej pory, bo nie wygląda, aby ktokolwiek się tu przejmował przepisami. Nie mamy wyboru, płyniemy dalej, łudząc się, że może na Jeziorze Rospuda się uspokoi, w końcu to już rezerwat przyrody. Na kanale łączącym J. Białe i J. Necko doganiamy drewnianą tratwę na beczkach, napędzaną malutkim silniczkiem – dlatego płynie tak wolno. Kumpel łapie się tratwy, ku uciesze jej sympatycznej załogi w hippisowskim stylu + czarny piesek i jego gumowy kurczak majtający się zabawnie na relingu.
Chwilę płyniemy razem, ale niestety skręcają w lewo, a my w prawo na Rospudę i musimy się rozstać. Na Jeziorze Necko jest jeszcze gorzej niż na Białym, na wprost miasto, plaże i ośrodki wypoczynkowe. Hałas aż dudni, od płonących grilli i ognisk tworzy się zadymiona łuna na horyzoncie, szybko wiosłujemy w stronę Jeziora Rospuda, na początku jeziora stoi znak strefy ciszy, z nadzieją na spokój zdwajamy wysiłki.
Wreszcie odetchniemy. Ale co to, po prawej znów jakieś ośrodki, do tego mijają nas kolejne wycieczkowce oświetlone jak choinki. W końcu na półwyspie po lewej pojawia się nawet zachęcająca miejscówka na biwak, ale po drugiej stronie jeziora świeci jakieś wczasowisko – dochodzący stamtąd umcyk-umcyk łupie aż uszy puchną. Jutro sobota, nie ma co liczyć, że przed godziną 3 w nocy przestaną. Nie ma wyjścia, choć jest już ciemno, postanawiamy płynąć do ujścia Rospudy, może tam coś znajdziemy?
I wciąż płyniemy, posilając się resztkami wafelków. Przed nami wyspa, a po prawej oczy jakiegoś potwora? Co się dzieje, tu już nic nie powinno pływać, a jednak. „Oczy” okazują się światłami (faktycznie w kształcie oczu) kolejnego wycieczkowca. Na pokładzie oczywiście hałaśliwa impreza – taka to strefa ciszy.
Załamani i zmęczeni dopływamy w końcu do szerokiego ujścia rzeki, na szczęście są tam powbijane w dno pale, które uniemożliwiają większym jednostkom wpłynięcie. Tu jest już prawie cicho i całkiem pusto. Nic dziwnego, dookoła rozległe mokradła.

 W rzeczywistości było ciemniej niż na tych fotkach, obiektyw jest jaśniejszy niż oko.


Mimo to liczymy, że niebawem uda się znaleźć skrawek suchego brzegu, byleby się położyć, rozprostować zmęczone kości i jakoś przetrwać do rana.
Cdn.

3 komentarze:

  1. Ano, czytając Twoją relację tylko umocniłem się w przekonaniu, że swoiste weekendowanie w tym narodzie, niezależnie czy to jeziora, lasy czy góry, musi opierać się na chamskim i wulgarnym "wytatuowaniu" swojej obecności w danej przestrzeni. Zupełnie tak, jakby każda inna forma spędzenia czasu była dla nich zbyt mało atrakcyjna i zwiastowała nie dość dobrym "zaakcentowaniem" siebie. Ale czego wymagać od ludzi, którym głowy pękają od nadmiaru ego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, że nie wszędzie tak jest, już w bliskich Czechach, Słowacji jest spokojniej. Tak samo na kempingach w Chorwacji. A to też Słowianie. Dlaczego u nas jest inaczej, choć też nie wszędzie, bo bywają chlubne wyjątki?

      Usuń
    2. Wiesz, często zadaje sobie podobne pytanie, chociażby podczas wycieczek za naszą południową granicę. Myślę że to wypadkowa kilku czynników, choć oczywiście generalizować nie można. Wszak jak napisałeś, chlubne wyjątki są i warto to też zauważać.

      Usuń