sobota, 24 października 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 4

Intensywne poranne słońce obudziło mnie wcześniej niż zwykle, wygramoliłem się z namiotu w samej koszulce i gatkach, pewien, że poranny chłód i rosa ostudziły krwiożercze zapędy owadzich hord, które tak dały nam się we znaki wczoraj. Zrobiłem kilkanaście kroków w kierunku skraju lasu i oddałem się zmysłowej przyjemności opróżniania pęcherza, podziwiając przy okazji grę świateł i dźwięków budzącego się po nocy lasu, ale nie dane mi było dokończenie w spokoju tego porannego rytuału. Jusznice i komary zaatakowały znienacka, a przy tym masowo i bezwzględnie. Nie pomogło żadne opędzanie się, zresztą trudno to robić w takiej sytuacji :)
Musiałem salwować się paniczną ucieczką do namiotu. Nie ma lekko, trzeba się ubrać od stóp do głów i dopiero zacząć działać. Tak też zrobiłem. Stało się jasne, że dłuższe siedzenie w tym miejscu nie ma sensu, robiło się coraz cieplej i z każdą chwilą ataki owadów się nasilały. Szybka myśl i decyzja – zwijamy manatki i odpływamy, na śniadanie przyjdzie czas później. W międzyczasie z błogiego snu ocknął się kumpel i po wizycie na skraju lasu szybko przyznał mi rację. Pakujemy się gorączkowo, sąsiedzi jeszcze śpią, ale nie będziemy ich budzić, żeby się pożegnać. Niech się wyśpią.
Nie minęło kilkanaście minut, a my już na wodzie, okutany ciuchami po sam nos, z kapeluszem na głowie i moskitierą na twarzy wyglądam trochę dziwnie, ale co tam. Skąpana w ostrym słońcu, poranna rzeka jest śliczna, to jeden z najładniejszych odcinków Czarnej Hańczy. Meandry, zwalone drzewa, wąwoziki i las dookoła.



Mijamy po drodze ożywające dopiero obozowisko kajakarzy, jakoś dziwnie się na nas patrzą – pora dnia czy nasz wygląd?
Niestety malowniczy odcinek rychło się kończy – dopływamy do stanicy Jałowy Róg. Stoły z parasolami tuż przy wodzie zachęcają do śniadania, przybijamy do łagodnego brzegu na zakręcie rzeki – o dziwo krwiopijców prawie nie ma. W końcu chwila wytchnienia – akurat na porządne śniadanko.


Posileni i zadowoleni płyniemy dalej. Wkrótce krajobraz się zmienia, rzeka się rozleniwia, pojawiają się łąki i trzcinowiska, tak już będzie do samego Kanału Augustowskiego. Robi się gorąco, czas na kąpiel. Na beczce znajduję ciekawego pasażera na gapę.





Po orzeźwiającej kąpieli szybko docieramy do mostu. Rzeka prowadzi w lewo, ale przed mostem należy skręcić w prawo, do śluzy, inaczej dotarlibyśmy do Białorusi. Kusząca perspektywa, ale nie mamy wiz, może innym razem?


Pierwsza śluza – Sosnówek robi wrażenie, podpływamy bliżej i zastanawiamy się co robić. Na Mazurach zwykle pojawiał się ktoś z obsługi i koszyczkiem na długim drążku zbierał opłatę. Tu jest inaczej, trzeba wysiąść, przejść się do budki śluzowego/ej i zapłacić. Dobrze mieć drobniaki na końcówkę opłaty, bo z reguły nie mają wydać reszty (w tym roku śluzowanie kosztowało od kajaka lub kanu 4,08 zł lub 8,16 zł). Wtedy dopiero zostaniemy przepuszczeni przez śluzę, zwykle jeszcze czeka się, aż uzbiera się kilka łódek, żeby oszczędzać wodę, której w tym wyjątkowo suchym roku brakowało w kanale. Tak nam przynajmniej mówiono.



Pierwsze śluzowanie to dla początkujących niemałe przeżycie, szum wody, pieniące się fale, nienaturalny ruch łódki w górę. W końcu otwierają się potężne wrota i płyniemy dalej, tyle że o kilka metrów wyżej.

Kanał Augustowski jest stary i dobrze, dzięki temu przyozdobiony sporymi drzewami i krzewami, kojąco zacieniony, płynie się bardzo przyjemnie. Polecam początkującym wodniakom, bo nie grożą im tu: wartki nurt, podwodne przeszkody, fale i męczący wiatr. Przy tym otoczenie przyrodnicze urocze, prawie jak na naturalnej rzece. A po drodze i dookoła pełno jezior.
Płyniemy sobie beztrosko, podziwiając widoczki, aż do śluzy Mikaszówek.



Czekając na otwarcie śluzy, z nudów robię dziwne fotki.


Zgłodnieliśmy, autochtoni informują, że zaraz za śluzą po lewej jest bar i sklepy, faktycznie za śluzą otwiera się zatoczka, parkujemy łódkę na piaszczystej plaży w cieniu drzewa. Upał robi się niemiłosierny. Pobliski barek okazuje się przyzwoity i niedrogi, w sklepikach uzupełniamy zimnym piwem odparowane płyny ustrojowe i zaopatrzenie. Sjesta w towarzystwie dzikich kaczek na ławeczkach w cieniu nad wodą – cóż za przyjemność :)
Po obiedzie i zasłużonym odpoczynku mamy wreszcie energię, aby płynąć dalej, w planie śluza Perkuć i gdzieś tam nocleg. Wkrótce dopływamy do Jeziora Mikaszewo, jest późne popołudnie, ale sierpniowe słońce jeszcze mocno praży z błękitnego nieba, które odbija się w bardzo ciepłej i spokojnej wodzie, dookoła na brzegach widać i słychać gwar odpoczywających beztrosko ludzi. Na jeziorze o dziwo pustki, mija nas leniwie jedyna poza nami jednostka wodna – nieduża żaglówka płynąca na silniku. Przed nami po lewej szeroki półwysep, za którym ostatni fragment jeziora i wypływ do śluzy. Na prawym, dość stromym brzegu widać kilka pól namiotowych – wyglądają przyzwoicie i świecą pustkami, zastanawiam się nad wcześniejszym noclegiem. A tymczasem wysadzam kumpla na półwyspie, bo chce porobić trochę fotek w rezerwacie przyrody, a sam płynę na prawy brzeg popływać w kusząco ciepłej wodzie, na Czarnej Hańczy była raczej rześka – jak mawia telewizyjny Kret-pogodynek :)
Przybijam do brzegu, akurat przy polu namiotowym, za trzcinami maleńka zatoczka, schowane tam kanu jest niewidoczne od wody. Są wiaty, ławy, nawet studnia tzw. abisynka, może tu zostaniemy? Czekając na sygnał od kumpla, oddaję się rozkoszy pluskania i nurkowania w cieplutkiej i czystej wodzie. Na golasa, bo jak okiem sięgnąć nie widać i nie słychać nikogo, cisza i spokój, słońce powoli skłania się ku zachodowi. Piękne chwile.
Wypluskany do syta zaczynam się zastanawiać, dlaczego kumpel nie daje znaku do powrotu, nie macha z brzegu, nie dzwoni. Postanawiam podpłynąć na drugi brzeg i sprawdzić co się dzieje. Na brzegu cisza, nikogo nie widać, próbuję przybić, ale to nie łatwe, bo brzeg niedostępny, zarośnięty, mnóstwo zwalonych drzew i gałęzi. Nagle słyszę hałas przedzierania się czegoś lub kogoś przez chaszcze, kieruję się w tę stronę i dostrzegam kumpla. Zziajany i spocony niemiłosiernie, upstrzony pajęczynami, liśćmi i gałązkami, ale japa się cieszy. Okazało się, że zabłądził i długo krążył, szukając punktu wyjścia. Ale się udało, gramoli się po śliskich pniach do łódki i wracamy na prawy brzeg. Jest już za późno na śluzowanie, postanawiamy tu nocować.
Widok na rezerwat.

Tam popłyniemy jutro.



Na cumce chłodzi się piwko na zaś ;)
Akurat pojawia się dzierżawca pola, zawsze wieczorem objeżdżają włości, zabierają śmieci i kasują turystów. Płacimy za nocleg i chwilę z nim gawędzimy. Opowiada o okolicy i narzeka na słaby sezon, a nam w to graj, że zamiast tłumu kajakarzy pustki. Wreszcie rozpakowujemy kanu, targamy graty na górę (przy brzegu za stromo), rozbijamy namioty, kąpiemy się i robimy kolację. Przy kolacji podziwiamy ostatki zachodu słońca i smakujemy pogodny wieczór.
W odróżnieniu od okoliczności poprzedniego noclegu, za późnego i nerwowego przez ataki napastliwych robali, te są cudowne. Piękne jezioro* i widoki, brak hałaśliwych sąsiadów, spokój. Tylko tyle i aż tyle potrzeba nam do szczęścia - od dawna nie odczuwałem tego tak mocno.
Ukojeni tą sielankową atmosferą i zmęczeni (przewiosłowaliśmy od rana minimum 25 km) układamy się do snu.
Cdn.

* W wielu miejscach w Internecie można natknąć się na wzmiankę, jakoby Melchior Wańkowicz uznał to jezioro za jedno z najpiękniejszych w Polsce. Długo szukałem potwierdzenia tej informacji, owszem w książce „Na tropach smętkach” Wańkowicz napomyka o jeziorze Mikaszewskim w kontekście Jeziora Uplik, ale mam wątpliwości czy akurat chodzi o Jezioro Mikaszówek, które nie leży na szlaku, który przed wojną przemierzył słynny pisarz. I raczej nie mieszkał w tych okolicach, a daleko bardziej na wschód.
Pisze on tak: „Jezioro Uplickie jest jednem z piękniejszych. Posiada tę właściwość, co nasze Mikaszewskie: ma się na niem uczucie dużej samotności i odcięcia od świata”. Faktycznie, J. Mikaszówek jest trochę podobne do J. Uplik, które miałem przyjemność nie raz przepłynąć na szlaku Krutyni. Jednak nie jestem pewien o jakie „nasze Mikaszewskie pisarzowi chodziło, a ponieważ jezior o podobnej nazwie jest w Polsce kilka, sprawa pozostaje nierozstrzygnięta. Może ktoś z szanownych czytelników pomoże rozwiązać zagadkę, o jakie jezioro chodziło Wańkowiczowi?

2 komentarze:

  1. Pyszna relacja :)
    Widzę że masz spore doświadczenie w podobnych spływach i robiłeś to zapewne nie raz? Zazdroszczę zatem. Ja bawiłem się podobnie może ze trzy razy w życiu i to dość dawno przyznam. Mam za to znajomego, który co roku oddaje się podobnym formom spędzania czasu (na Suwalszczyźnie) i nie wyobraża sobie życia bez tego. Zresztą namawia mnie od dawna na wspólny spływ. Tyle że cóż ja mam na to poradzić, skoro i tak Sudety przemawiają do mnie pełniejszym spectrum światła? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba spróbować i dać się kumplowi namówić, chętnie dołączę :)
      Ewentualnie połączyć przyjemne z pożytecznym i spłynąć w Sudetach, od dawna marzy mi się spływ Nysą Kłodzką - rzeką, o której tu pisałem.

      Usuń