środa, 9 września 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 2

Tak, cisza i spokój są na minibwp najważniejsze, coraz trudniej o te „luksusy” w Polsce. Nietypowe to dobra – bezcenne, a wystarczy nic nie robić, żeby je mieć. Szkoda, że tak mało ludzi to rozumie i z zapałem godnym lepszej sprawy odbiera je sobie i innym razem ze zdrowiem.
Czarna Hańcza zaczyna się jak ciut węższa Krutynia (o której tu nie raz pisałem), ale od razu widać różnicę, woda jest chłodniejsza i bardziej przejrzysta. Krutynia uchodzi za b. czystą rzekę, ale wody Hańczy niosą jeszcze mniej cząstek stałych, widać to najwyraźniej na podwodnych roślinach.
Na samym początku robimy sobie postój z boczku za trzcinami, czekając aż kajakarze „przemłócą” się dalej, po kwadransie ruszamy, ciesząc się nurtem (wiosłowanie jest lżejsze) i widokami czystej, naturalnej rzeki. Dookoła morze trzcin i, poza krótkimi odcinkami gdzie widać pola, będzie tak przez wiele kilometrów. Mnie najbardziej fascynuje podwodna roślinność, na żadnej polskiej rzece nie widziałem tak obfitej, dorodnej i zdrowej. Dosłownie podwodne łąki, wśród których pasą się ryby świetnie widoczne w tak czystej wodzie.

Witaj wodzu” tak pozdrawiano kumpla na szlaku :)









Nadal jest gorąco i po jakimś czasie zaczynamy wyglądać wygodnego miejsca na kąpiel. Znalezienie takowego nie jest wcale łatwe, brzegi są grząskie albo strome i jest głęboko, a jak już się coś znajdzie to albo zajęte, albo tabliczka „teren prywatny”. W taki dzień każdy szuka ochłody i nad rzeką sporo rodzin z dzieciakami, a jak „kąpielisko” ma 3-4 metry szerokości, to przecież nie będziemy się wcinać. Po jakimś czasie dopływamy do łagodnego zakrętu z pomostem, wiatą i polem namiotowym.
Rzeka lekko się rozszerza, a piaseczek tworzy mniplażę, idealne miejsce do kąpieli. Akurat ekipa kajakarzy odpłynęła i możemy spokojnie ponurkować, i poobserwować rybki pod wodą. Widoki są wspaniałe, podświetlona słońcem roślinność, mnóstwo ryb i innych żyjątek, żałuję, że nie wziąłem fajki do nurkowania, ale i bez niej mam mnóstwo radochy z podglądania podwodnego życia. Od razu przypominają mi się filmy Cousteau, którymi fascynowałem się w dzieciństwie.
Czarna Hańcza to taka słodkowodna polska „rafa koralowa”, przynajmniej w moich minimalistycznych oczach. Na prawdziwej pewnie nigdy nie zanurkuję (po co ją dodatkowo dręczyć swoją obecnością?), ale wcale nie żałuję, dopóki takie rzeki będą płynęły w Polsce. Po wypluskaniu się do woli w przyjemnie chłodnej wodzie płyniemy dalej, wciąż wśród trzcin. Rzeka bardzo łagodnie meandruje, tworzy rozlewiska, nurt się dzieli i łączy za chwilę. Po drodze sporo miejscówek biwakowych i tabliczki z ofertą: kawy, placków, pierogów itp. Przed Maćkową Rudą większe rozlewisko, na którym się chwilowo gubimy, płynąc w prawo, zamiast jak się okazało w lewo. Zbliża się godzina osiemnasta, z opisu szlaku wiemy, że powoli trzeba szukać noclegu, bo potem będzie gorzej. Maćkowa Ruda to wieś opanowana przez biznes wodniacki, podobnie jak Krutynia, przepływamy bez zatrzymywania się, zapasy jeszcze są – wizyta w sklepiku niekonieczna. Za mostem wzmagamy czujność, bo pora późna, zmęczenie daje się we znaki, a szkoda przegapić dobrą biwakową miejscówkę. Mijamy ich kilka, ale jedna wygląda sympatyczniej niż inne. Przybijamy do brzegu, po krótkich oględzinach i rozmowie z akurat kręcącym się w pobliżu, jak się domyśliłem, właścicielem, zapada decyzja – zostajemy.




Jest to typowe, jedno z wielu pól namiotowych na tym wodnym szlaku, są to wydzielone przy brzegu skrawki czyjegoś gospodarstwa lub miejsca dzierżawione od Lasów Państwowych. W cenie jest wiata, miejsce ogniskowe, drewno na opał, kosz na śmieci i gdzieś w pobliżu sławojka. Właściciel/dzierżawca pojawia się zwykle po zmroku po opłatę. Biorąc pod uwagę bardzo niskie ceny takich pól, jak na polskie realia, choćby nadmorskie, naprawdę nie warto szukać dzikich biwaków. To rozwiązanie bardzo mi się spodobało, infrastruktura turystyczna znikoma – tylko to, co niezbędne, zatem ingerencja w środowisko i krajobraz też minimalna, a przy tym jest nadzór WPN lub LP. Ktoś dba, bo trochę zarobi i dzięki temu syfu po turystach prawie nie ma, a po sezonie wszystko wraca do przyrodniczej normy.
Spotykane po drodze stanice wodne PTTK (PTTK to już dziś historyczna nazwa, ponieważ mają już prywatnych właścicieli/dzierżawców) oferują prawdopodobnie wyższy komfort, przede wszystkim prysznic, ale cena oczywiście wyższa. Nie korzystaliśmy, ale opowiadali nam sąsiedzi z kolejnego noclegu.
Pole namiotowe okazało się bardzo przyzwoite, ładna, miękka trawka (ważne, bo wszędzie susza), równe podłoże, czysto, niewielu sąsiadów, grzecznych i niehałaśliwych – czegóż chcieć więcej? Z przyjemnością rozkładamy namioty i pitrasimy obiado-kolację. Potem przyjdzie czas na wieczorną kąpiel, pogaduchy i zasłużony odpoczynek. Można sobie poleżeć, popatrzeć na rzekę, drzewa, niebo, gwiazdy. Nawet komary i inne latające „męczydusze” nie dają się tej nocy we znaki. Spałem jak dziecko, obudziłem się rześki i wypoczęty, dzień zapowiadał się piękny.
 Poranne mgły i Swarożyc o świcie.


Na początek orzeźwiająca kąpiel w cudownej rzece przepływającej kilka metrów od namiotu, a potem smaczne śniadanko pod wiatą. Spokojnie zwijamy obozowisko i pakujemy łódkę, wszystko suche, czyste, poukładane nie zawsze na spływie jest taki komfort. Słońce już pali, powolutku ruszamy w drogę...


 Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz