środa, 2 września 2015

Kilka dni na Podlasiu cz. 1

Wreszcie udało nam się spełnić marzenie – popłynęliśmy czystymi wodami Podlasia. Wigry, Czarna Hańcza, Kanał Augustowski, a nawet kawałek Rospudy i pół Blizny. Wyprawa tym razem bez specjalnego przygotowania, planowania, studiowania szlaków itp. Ogólny zamysł gdzie chcemy płynąć, stara turystyczna mapa Suwalszczyzny i w drogę. Witaj przygodo :)
Upał był niemiłosierny, przez cały tydzień, nie spadła ani kropla deszczu, ale to też miało swój urok. Zaczęliśmy i zakończyliśmy wyprawę w Atenach, niestety, nie tych od Sokratesa i Platona, ale małej wiosce nad J. Blizno. Dotarliśmy do Aten wieczorem, po męczącym mocowaniu łódki i sprzętu i całodziennej podróży w upale. Malutki kemping przyjął nas gościnnie niskimi cenami, dobrym piwem, domowymi pierogami, czystą wodą jeziora i spokojem. Po załatwieniu formalności i późnym obiedzie rozbiliśmy namioty i popływaliśmy w jeziorze, żeby zmyć pot i zmęczenie. Zapadał zmrok, z pomostu sympatycznie zagadywała do nas mała dziewczynka, jak się potem okazało dziecko stałych bywalców kempingu, nie mniej sympatycznych. Po raczej kiepskich doświadczeniach z kempingami–molochami nad Bałtykiem, to skromne miejsce dawało się od razu polubić. Wieczorna kiełbaska z grilla, przy piwku w towarzystwie miejscowych potwierdziła, że opinie o życzliwości ludzi na wschodzie nie są przesadzone. Niestety zmęczenie wzięło górę nad ludycznymi zapędami i poszliśmy szybko spać – ranek zapowiadał się ciężki, rozsądniej było nie przesadzać.
Na drugi dzień, po zaskoczeniu, jakim było wnętrze drewnianej sławojki ukrywającej normalny łazienkowy kompakt nienagannej czystości i szybkim śniadanku zabraliśmy się do składania namiotów. Szybko poszło i już jesteśmy w drodze do miejscowości Bryzgiel, skąd zaczniemy płynąć. Mnie po wodowaniu kanu czekał jeszcze powrót do Aten, żeby zostawić samochód i powrót na piechotę (ok. 5 km) do Bryzgiela (a może Bryzgla?). Mój początkowy entuzjazm dla tego logistycznego rozwiązania szybko pokonał narastający upał. Resztki wody chlupotały smętnie w zapobiegliwie zabranej butelce, asfalt parzył stopy nawet przez trampki, a była dopiero godzina dziewiąta i jeszcze ze 4 km przede mną. Zacząłem bez większej nadziei łapać stopa. Kolejne samochody mijały mnie obojętnie – kto weźmie typa o fryzurze i aparycji recydywisty? Akurat ostrzygłem się na krótko, żeby szybciej głowa schła na spływie – chyba nie był to najlepszy pomysł. Zacząłem już wątpić, że uda się coś złapać i szukałem na marnej mapie skrótu przez las. Niby była cienka leśna dróżka, ale jakoś mało krótsza, ale chociaż może będzie odrobina cienia? Już miałem skręcać w pole i na las widoczny w oddali, ale akurat coś jedzie, zamacham ostatni raz.
I stał się cud, facet się zatrzymał! Wsiadłem i chyba zrozumiałem dlaczego, był podobnej postury co ja. Podświadoma solidarność grubasów, pewnie wiedział jak ciężko iść z nadwagą w pełnym sierpniowym słońcu. Migiem dojechaliśmy na plażę do Bryzgla/Bryzgiela, gdzie czekał kumpel przy kanu. Obyś bezstresowo schudł tajemniczy dobroczyńco – oczywiście, jeśli masz takie marzenie, ja mam, dlatego i tobie tak dobrze życzę :)
Zapakowanie łódki zajęło kilka minut – mamy już niezłe doświadczenie – i w drogę, a raczej w toń jeziora.

J. Wigry przywitało nas piękną pogodą, czystą wodą, wspaniałymi widokami i ciszą. Wiosłowaliśmy w zachwyceniu i zadziwieniu, że jeszcze są w Polsce tak ładne jeziora. Na wodzie pusto, w oddali pojedyncze łódki wędkarzy a później dosłownie jeden kajak po drodze. Na szlaku Krutyni o tej porze byłyby już tłumy klepaczy i chlapaczy wiosłami. Może jest tu tak zawsze, a może mieliśmy szczęście?






Minęliśmy ze trzy wyspy (w tym słynny Ordów) i dobijamy do ostatniej przed kursem na półwysep klasztorny. Na mapie, na konturze wyspy napis – Głaz, albo się tak nazywa, albo jest tam głaz?






Głaz, a nawet głazy rzeczywiście były i kamienisty brzeg, a po powrocie okazało się, że była to wyspa Długi Kamień. Pasowna nazwa. Zrobiliśmy sobie tam postój na odpoczynek, drugie śniadanko i kąpiel. Woda dość rześka, ale w taki upał kto by narzekał? Nurkowanie w przejrzystej wodzie, w okularkach to spora przyjemność, czułem się jak na jakiejś greckiej wysepce. Nieopodal pluskała się rodzinka łabędzi – im pewnie było równie przyjemnie.
Zabawiliśmy tam dobrą godzinkę, ale czas w drogę, na horyzoncie Półwysep Węgieł, a za nim druga część jeziora, z którego wypływa Czarna Hańcza.


Zatem płyniemy dalej, jest gorąco i sucho, po lewej zielony i całkowicie pozbawiony zabudowy brzeg. To granica rezerwatu, wyłączona z turystyki i użytkowania. Zielona linia koi oko – tak powinny wyglądać brzegi polskich jezior. Na prawym brzegu już nie jest tak ładnie, krajobraz zaburzają pojawiające się jaskrawo pomalowane dacze. Na szczęście nie jest ich jeszcze zbyt dużo i oby więcej nie przybyło, bo J. Wigry zamieni się w typowe polskie jezioro upstrzone paskudnymi pomnikami nowobogackich wyobrażeń o zamożności i prestiżu. Jakież te wypoczynkowe chałupy brzydkie i powtarzalne. Ich fundatorzy tradycję architektoniczną danego regionu z reguły mają za nic, za to z uporem godnym lepszej sprawy szpecą tandetną nowoczesnością krajobraz i grodzą dostęp do jezior. Dziwi mnie, że lokalne władze na to zezwalają, region żyje przecież z turystyki, a zdewastowany estetycznie krajobraz odstrasza co światlejszych turystów.
Wciąż płyniemy wiosłując miarowo, jezioro jest spore, a jeszcze musimy opłynąć Rosochaty Róg i wtedy dopiero wpłyniemy w zatokę prowadzącą do ujścia Czarnej Hańczy. Jest dalej niż się wydawało. Na jeziorze kształt brzegu i przestrzenie wyobrażone z mapy zawsze wyglądają inaczej, kilka lat zajęła mi nauka przenoszenia odwzorowania z mapy na rzeczywiste odległości i punkty orientacyjne widziane z wody, a i tak wciąż zdarzają mi się pomyłki. Niepewność, zaskoczenie to jedne z uroków wodnego minibwp. Uczą pokory wobec natury, poczucia właściwego miejsca w świecie, oduczają arogancji wobec przyrody. Pewnie, że mógłbym przemierzyć wiele wodnych szlaków skuterem lub łodzią motorową z nawigacją GPS – tylko po co? Co to za frajda płynąć w hałasie i smrodzie spalin, patrząc jak wszystko, co żywe ucieka ode mnie?
Za kilka dni augustowskie jeziora pokażą, że nie doceniłem narkotycznej mocy silnika spalinowego.
Tymczasem zbliżamy się do półwyspu klasztornego, zanim wpłyniemy na szlak wodny ukryty wśród trzcin, mija nas hałaśliwy stateczek wywołujący sporą falę – trochę się zdziwiliśmy, jak to, silnikowa jednostka na takim jeziorze, w strefie ciszy? Za dni parę przestaniemy się dziwić...

Jeszcze mostek, krótki postój przy placówce WPN – tam dogania nas hałaśliwa ekipa kajakarzy, jeziorko Postaw i nareszcie wpływamy w Czarną Hańczę. Wedle opisu szlaku, ok. 16 km mamy za sobą. Puszczamy kajakarzy przodem, my lubimy ciszę i spokój.

4 komentarze:

  1. Z dawnych czasów pamiętam sportowy ośrodek w Gawrych Rudzie, z którego biegaliśmy truchcikiem 8km do Bryzgla, a nie do Bryzgiela :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba rzeczywiście m ieliście szczęście, też zwykle widzę znacznie więcej amatorów kajaków na szlaku. Cóż, nie dziwota : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak było tylko na Wigrach i na początku Hańczy, później kajaków przybyło :)

      Usuń