piątek, 8 maja 2015

Dawnego Polesia wspomnień czar

O urokach majowego minibwp wpisów z premedytacją nie robię, bo to zbyt banalne. Każdy je docenia, nawet najgorszy lump wybiera jednak park czy lasek, żeby się złomotać na łonie natury jakimś podłym alkoholem mimo śmiercionośnych kleszczy i bolesnych pokrzyw :)
Za to podzielę się wrażeniami z niedawnej lektury pt. Usypać góry. Historie z Polesia autorstwa Małgorzaty Szejnert, zasłużonej polskiej dziennikarki. Radiowy wywiad z autorką bardzo mnie zaciekawił, ale książka okazała się mniej interesująca od opowieści autorki o niej.
Napisana w stylu, którego nie lubię, podobnym do maniery reportaży z pisma „Twój Styl” – klasyki infantylno-emfatycznego dziennikarstwa. Przełknąwszy gorzką stylistyczną pigułę, nastawiłem się na ciekawe opowieści o nadzwyczaj atrakcyjnej przyrodniczo krainie i tu też rozczarowanie – o przyrodzie wprawdzie jest, ale niewiele, za to sporo o historii i ludziach, ale tylko tych, których ceni autorka, najczęściej są to arystokraci i księża. Polesie miało ogólnie mało historycznego szczęścia, jako biedna i zacofana kraina pogranicza, którą szarpały wojenne zawieruchy i polityczne ambicje władców. Eksploatowana bezlitośnie niczym zamorska kolonia ze słowiańskimi „murzynami” z kołtunami zamiast dredów.
Jak można się domyślić, przyroda była traktowana jeszcze gorzej niż ludzie. Mocno się broniła, nieprzebyte podmokłe chaszcze i grzęzawiska były trudne do ujarzmienia i do dzisiaj zachowały wiele naturalnego uroku.
Dwa fragmenty książki zrobiły na mnie szczególne wrażenie, także dlatego, że ostatnio zaktywizowali się myśliwi jako obrońcy tradycji i dziedzictwa narodowego. Po lekturze chciałoby się rzec tylko jedno – „ciszej nad tą trumną panowie myśliwi”. A w czym rzecz?
de Wiart
Pierwszy fragment dotyczy brytyjskiego oficera, arystokraty, niejakiego Adriana Carton de Wiarta, który był uosobieniem męskich i wojennych cnót, które z wyraźną nutką podziwu i snobizmu opisuje autorka. Pech dla poleskiej przyrody chciał, że ów podobno nieślubny syn belgijskiego króla Leopolda II, który zasłynął z wyjątkowych zbrodni w Kongu, upodobał sobie leśniczówkę na Błotach Olmańskich, zwaną Prostyń nad Lwą.
De Wiart płynie łodzią prowadzoną przez czterech ludzi; dnia ledwie wystarcza. Książę Karol Radziwiłł doda od siebie: Nikt chyba w całej Polsce nie potrafi tak cicho jechać, jak u nas mówią „na pych”, lub na głębokim miejscu wiosłując, jak Poleszuk.
Znajdują dom na małej wyspie otoczonej puszczą. Natychmiast podjąłem decyzję, wiedziałem, że to jest dokładnie to, czego chcę, i zapytałem księcia Karola o wysokość czynszu. Wydał się bardzo dotknięty moim pytaniem i powiedział, że jeśli miejsce mi się podoba, to jest moje... za darmo.
Anglik buduje osobny dom dla służby, każe wykarczować zarośla, zasiać trawę i starannie ją kosić, wytyczyć dróżki, klomby i rabaty. Flancuje czerwone pelargonie, takie same, jakie kwitną niezmiennie przy pałacu Buckingham. Pozostawia na wyspie parę starych dębów, jak w parku angielskim. Dotąd nie przywiązywał się do rzeczy i miejsc, wyjąwszy może szpital przy Park Lane. Teraz wszystkie trofea, które każe zawiesić gęsto na ścianach: łopaty, wieńce, wachlarze ogonów, kły i pazury, opatruje informacjami na jednakowych tabliczkach.”
De Wiart otacza się luksusami i zaprowadza w okolicy i wśród służby angielskie porządki podziwiane przez miejscowych, choć nie do końca:
„Jedyne, co nie podoba się Uziemble, to strachy na ptaki drapieżne – rozpięte na ogrodzeniu jastrzębie, orły i sroki, rozprute, z wnętrznościami na wierzchu.”
Brytyjski „gentleman” obok wzbudzania podziwu swoimi wielkoświatowymi manierami i wojenną legendą przede wszystkim obsesyjnie poluje, po to w końcu przyjechał do tej „dzikiej” krainy:
„Przez piętnaście lat spędzonych na bagnach de Wiart strzela niemal codziennie. Ta przyjemność nigdy mu się nie nudzi. Chociaż daleko mi do eksperta, zastrzeliłem ponad 20000 kaczek z własnej broni, więc mam doświadczenie, jeśli nie wprawę.
Na Polesiu namiętnie polują zresztą wszyscy prominenci tamtego świata z prezydentem Ignacym Mościckim na czele.
Wystawa przed pałacem w Mankiewiczach
Gmach przesłania ciemna kurtyna z pionowych nierównych form. Suszenie szmat, wietrzenie chodników? Zdjęcie jest nieostre, więc dopiero po chwili rozpoznajemy zwierzęta zawieszone gęsto przy sobie, wielki magazyn przyszłych tusz, skór i poroży, urządzony na świeżym powietrzu. Mocne żerdzie, które wytrzymują ten ciężar, ciągną się wzdłuż zespołu pałacowych budynków na całej jego długości. W swej środkowej części wystawa ma dwa poziomy – nad parterową ​belką umieszczono drugą, zgodnie z symetrią budowli triumfalnych. Na parterze wiszą odyńce, wyżej okazała zwierzyna płowa. Na dolnym poziomie można się doliczyć sześćdziesięciu pięciu sztuk, na piętrze – dwudziestu, ale niższa żerdź dotyka bocznych krawędzi zdjęcia i być może ciągnie się poza kadrem. Łosi nie ma, widocznie książę Karol [Radziwiłł] ciągle je chroni.”
Owszem, chroni kosztem miejscowej ludności, ale tylko po to, aby za kilka lat zacząć na nie polować:
 „Wspaniałe łopaty zdobywają medale na międzynarodowych wystawach łowieckich. Podobno interesuje się nimi Hermann Göring.”
 Autorka kończy wątek brytyjskiego herosa nostalgiczną refleksją:
Sir Adrian de Wiart, szczęśliwy na Polesiu, byłby tu jeszcze szczęśliwszy, gdyby polowanie na dzikie świnie przebiegało tutaj jak w Indiach – konno, z nastawioną włócznią. Ale rozumie, że nie da się tego zrobić w puszczy, na bagnach.”
Oczywiście, gdy tylko zaczyna się wojna, wszyscy możni i ważni łowcy wieją, aż się kurzy zostawiając Polesie i jego mieszkańców kolejnym pasjonatom polowań (także na ludzi), wspomnianemu już Hermanowi Göringowi, którego samoloty zaczną bombardować te ziemie i polować na ludność za niecałe dwa lata oraz wyższym radzieckim dowódcom wojskowym i aparatczykom, którzy także znani byli z namiętności do polowań.
Mościcki odznaczył Hermana G. w Białowieży orderem „Orła Białego”,
najwyższym odznaczeniem honorowym Rzeczypospolitej,
przyznawanym za zasługi cywilne i wojskowe.
Drugi fragment/rozdział ma rozczulający tytuł: „O kochanych zwierzętach”. A jak się ówcześnie kochało na Polesiu zwierzęta?
Są to zapiski Antoniego Kieniewicza, dawnego dziedzica sporych dóbr poleskich – Dereszewicze nad Prypecią. „Przemiły” starszy pan w 1946 spisuje wspomnienia, w 1989 r. wydane jako Nad Prypecią dawno temu... Wspomnienia zamierzchłej przeszłości.
Za jego młodości w Dereszewiczach było jeszcze dużo niedźwiedzi. Większe lubiły mięso i bywały złośliwe, mniejsze, zwane murawiejnikami, przepadały za mrówkami i miodem. Murawiejnik potrafił zrzucać ule zawieszane przez chłopów na drzewach i już na ziemi wylizywać z nich słodycz. I małe, i duże niedźwiedzie miały delikatne stopy, które marzły w zimie. Wypłoszone z gawry na śnieg, zatrzymywały się co parę kroków, lizały łapy i chuchały w nie jak ludzie. Dlatego najlepiej było polować w zimie.”
Zabawne, nieprawdaż? Ale czytajmy dalej:
„Ojciec autora wspomnień zabił ich co najmniej piętnaście […] Jeden niedźwiedź uciekł do wody, ale ojciec dopadł go łódką. Skórę jego wyprawiono na dywanik. Wiele lat później ozdabiała ona moje apartamenta studenckie, a potem mój gabinet w dereszewickim domeczku naszym. Innym razem upolowano niedźwiedzicę i znaleziono w barłogu trójeczkę maleńkich parotygodniowych niedźwiadków. Teściowa autora pieczołowicie poiła je mlekiem. Potem przymocowano je do słupa na długich łańcuchach i mogły biegać dookoła.
Jakie czasy, takie zabawy :(
Niedźwiedzie były panami lasu, rysie – jego ozdobą. Spotkanie autora z rysiem przebiegło serdecznie. Ryś słyszy krzyki nagonki, szybko się obraca mordeczką w moją stronę i z tak wielkiej wysokości daje kolosalnego szpryngla, spadając gładko wszystkimi czterema łapkami na ziemię. (…) Trzymałem strzelbę w pogotowiu, pociągnąłem za cyngiel (...). Skórkę rysia zaraz po powrocie do domu wysłałem do wyprawienia na dywanik w Warszawie. Leżała stale przy otomanie w różowym saloniku mojej Żonusi.”
Żonusi? Cóż za czułość, widoczna także w opisie polowania na łosie:
Łoś. Cóż to za wspaniały widok – stary łoś, patriarcha, z wielokrotnie rozwidlonym wieńcem, stojący zimą w lesie, z nastawionymi uszami, spoglądający łagodnie na przejeżdżające obok sanie.W ciągu mego życia zabiłem tylko sześć łosi.
Autor pamięta okres, kiedy kłusownicy prawie je wytępili. Niestety mój najdroższy ojczulek, gdy się spotykał w lesie z klempą i małym łoszczątkiem, bez skrupułów strzelał do niej twierdząc, że przecież jeśli nie ja, to kto inny ją uśmierci.”
Dalej opis „polowania z objazdem” unikalnego poleskiego dziedzictwa kulturowego, które na pewno współcześni myśliwi chcieliby odtworzyć i zachować:
Wilków i odyńców autor nie żałuje, ale mu szkoda zajączka, bo jest miły, bierny, bezbronny. To zwierzątko robi jednak szkody w ogrodzie i zbyt szybko się mnoży. Gdyby nie bezmierna ilość zajęczych wrogów, nastąpiłoby niewątpliwie w bardzo szybkim czasie przezajęczenie na ziemi. Jakie piękne jest polowanie, gdy saneczkami objazdowymi tropi się po śniegu biednego zajączka, przytulonego w kotlinie lub krzaczku. A gdy się go wytropi, zajączek zaś wystraszony, stuliwszy uszy, wymknie się z legowiska i w susach mknie, a w pewnej chwili od strzału zruluje, czyli parokrotnie się przekręca od pędu. Bardzo lubiłem polowanie objazdem, właściwie znane tylko na Polesiu.”
Za to nad lisami nie warto się rozczulać, bo to przecież szkodniki:
Lis jest przebiegły i przedsiębiorczy. Dziedzice Dereszewicz prowadzą z lisem walkę etyczną. To oznacza strzał w każdej porze roku, czy lis ma futro piękne czy wyliniałe. Truć lisów nie chcą, bo to się nie godzi. Ale ich łowczy Moroz ma swoje sposoby: wystrzelać jak najwięcej wróbli, do każdego dziobka włożyć kapsułkę ze strychniną, wepchnąć do gardziołka. Tę przynętę przykryć gnojem końskim co najmniej na dobę, aby przepędzić zapach rąk ludzkich. Późnym wieczorem lub rankiem Moroz rozwozi trutkę saniami, ciągnąc za nimi na sznurku martwego kota silnie wysmarowanego topionym łojem. Wybiera szlaki furmanek, bo tam chodzi ród lisi. Lis pędzi za wonią, a po drodze natyka się na przynętę. A przy okazji Moroz tępi psy bezpańskie.
Autor zabił zaledwie piętnaście lisów. Dużo miałem emocji i wielką przyjemność
 A teraz typowy wyraz łowieckich przeżyć estetycznych:
Głuszec, ten wielki piewca miłości, jaki piękny, gdy siedząc wysoko, z rozpostartym
w wachlarz ogonem, z przymkniętymi oczyma, wygłasza cudowną pieśń, a po niej drugą, trzecią, dziesiątą. Ogółem w moim życiu zabiłem około osiemdziesięciu kogutów na tokach.”
Nawet przez myśl naszemu dziedzicowi nie przemknie, że skoro widzi takie piękno, to może dałby głuszcowi pożyć? A teraz o zbrodni, którą usprawiedliwia delikatne podniebienie Dziunieczki:
Dubelt [bekas], niewielki ptak, wśród długodziobych arystokrata, szuka błot zmeliorowanych, lubi chodzić suchą nogą. Wiosną tokuje. Zbrodnią jest wtedy do niego strzelać. Ale nasza Dziunieczka jako paroletnia dziewczynka żadnego mięsa do ust nie brała, tylko dubelta. Przez całą wiosnę i lato Moroz musiał dla Dziunieczki dostarczać dubelty z tym wyrachowaniem, by codziennie był dla niej jeden upieczony, i to koniecznie podany w całku na talerzu, z główką i dziobkiem.”
Czy ktokolwiek ma jeszcze chęć w XXI wieku (o którym H. Skolimowski powiedział: wiek XXI będzie stuleciem ekologii albo nie będzie go wcale) kultywować takie krwawe dziedzictwo?

4 komentarze:

  1. Piękny post Darku, pełen szacunek... Jak zawsze brzuchate i tyczkowate lizusy, co dla herbu sprzedałyby swoją duszę własną wrednotą zaświadczają o tym, kim były.

    Dlatego nasze Kresy już nie są nasze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytelnikom zawiedzionym książką pani Szejnert polecam Polesie autorstwa Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. Piękne wydane w serii Podróże Retro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym Ossendowskim trzeba uważać - lubił zmyślać :)

      Usuń
    2. Ile oczu tyle prawd. Nie mam nic przeciwko dobrze zmyślonym opowieściom.
      Szukam ciekawych szczegółów i dalej idę własną ścieżką dociekań.

      Usuń