piątek, 13 lutego 2015

Dzika droga, czyli o duchowych pożytkach z wędrowania PCT

 
Dzika droga. Jak odnalazłam siebie” autorstwa Cheryl Strayed nie jest wybitną literaturą, co najwyżej dobrą, ale warto o niej napisać, a nawet zachęcić do lektury, ale z odmiennego powodu niż wskazuje większość recenzji, jakie jej poświęcono.
Trafiłem na tę książkę jakoś przypadkiem i wypożyczyłem, mimo odstraszającej naklejki na okładce.
Nie przepadam za polecaną przez celebrytki kobiecą literaturą, ale zapowiedź dzikiej przyrody w tytule i tle opowieści przeważyła szalę. A całkiem niedawno, już po jej przeczytaniu, zorientowałem się, że to aktualnie bardzo popularna w Polsce książka, ponieważ na ekrany kin wchodzi właśnie film nakręcony na jej podstawie.

Nie oglądałem go jeszcze, ale może się wybiorę do kina ze względu na wspaniałe krajobrazy szlaku Pacific Crest Trail, który przemierzyła bohaterka, a zarazem autorka książki, bo to opowieść autobiograficzna. Nie będę jej streszczał, w necie jest sporo recenzji, ale wszystkie skupiają się na dramatycznym życiu, fizycznych cierpieniach, psychicznych rozterkach oraz ostatecznej duchowej przemianie protagonistki.
Cheryl Strayed, Dzika droga. Jak odnalazłam siebie
Dzika droga. Jak odnalazłam siebie Cheryl Strayed
Dzika droga. Jak odnalazłam siebie Cheryl Strayed
Tak jak i podczas czytania książki brakowało mi w tych i innych recenzjach podkreślenia roli dzikiej przyrody, która jest prawie nie pisanym, ale co najmniej równorzędnym bohaterem całej opowieści. W książce tej przyrody jest niezbyt wiele, ale jednak jest, za to w recenzjach prawie wcale się nie pojawia, a szkoda, bo bez dzikiej, niemalże dziewiczej przyrody PCT nie byłoby pomysłu, ani sensu tej „oświecającej” wyprawy. Co więcej, nie było samej Cheryl Strayed, której matka – niezwykle istotna postać w książce – oraz ojczym Eddie zaszczepili w dzieciństwie głęboką, choć może nie do końca uświadamianą, miłość do przyrody.
Mimo że ostatnimi czasy próbowałam wyrazistego, miejskiego życia, z łatwością można mnie było scharakteryzować jako miłośniczkę natury. W końcu jako nastolatka koczowałam w lasach północnej Minnesoty. Moje rodzinne wakacje zawsze wiązały się z biwakowaniem, tak jak wycieczki, na które jeździłam z Paulem, sama lub z przyjaciółmi. Spałam na naczepie swojego pick-upa, w parkach lub lasach państwowych więcej razy niż byłam w stanie zliczyć”.[s. 52]
Dzięki matce i ojczymowi Cheryl jako dziecko mogła wychowywać się w domku postawionym wprost w dzikich lasach Minnesoty, bez prądu, bieżącej wody, ze sławojką zamiast domowej toalety. Mogła włóczyć się po pobliskich chaszczach, zbierać zioła, uprawiać ogródek, opiekować się domowymi zwierzętami. Matka nauczyła ją miłości do przyrody, a ojczym jak na jej łonie dawać sobie radę.
Gdy tak wpatrywałam się w płomienie, jak zawsze, gdy siedziałam przy ognisku, pomyślałam o Eddiem. To on nauczył mnie, jak ułożyć ognisko. To Eddie po raz pierwszy zabrał mnie pod namiot. Pokazał mi, jak go postawić i jak zawiązać węzeł na linie. Od niego nauczyłam się jak otworzyć puszkę scyzorykiem, jak wiosłować w kajaku i jak puszczać kaczki. W ciągu trzech lat, od kiedy zakochał się w mamie, praktycznie co weekend od czerwca do września zabierał nas pod namioty i na kajaki po rzekach Minnesota, St. Croix i Nemekagon, a kiedy przeprowadziliśmy się na północ, na ziemię, którą kupiliśmy za odszkodowanie za jego uszkodzone plecy, jeszcze więcej nauczył mnie o lesie.” [s. 458]
Matka nauczyła ją nie tylko nie bać się zwierząt, także tych dzikich, co później zaowocuje na szlaku, ale i miłości do nich.
[…] a mama postanowiła nie golić się pod pachami i mówiła naszym porywczym i nierozstającym się z bronią sąsiadom, że polowanie na zwierzęta to morderstwo”.[s. 402]
Jedna z najbardziej przejmujących (przynajmniej dla mnie) scen w książce opisuje zastrzelenie (z litości) na 30 stopniowym mrozie umierającej ze starości ukochanej klaczy matki – Lady. Egzekucji dokonuje brat autorki na jej prośbę. Jeśli jeszcze ktoś wierzy, że zabijanie zwierząt przez myśliwych może być humanitarne, po jej przeczytaniu szybko zmieni zdanie.
Miałam całkowicie błędne pojęcie o tym, na czym polega zabicie zwierzęcia. Nie ma czegoś takiego jak jeden czysty strzał”. [s. 244]
 
Książka,jak już wspomniałem, literacko jest taka sobie, mnie chyba najbardziej  raziły zastosowane w niej kompozycyjne „chwyciki”, sztampowe wzory narracyjne, których uczy się na letnich kursach dla pisarzy na amerykańskich uniwersytetach. Niby dobrze, płynnie się to czyta, co chwali wiele recenzentek, w odpowiednich miejscach są puenty i bon moty, ale taka sztuczność razi. Wolałbym jednak może mniej uładzoną literacko, ale bardziej spontaniczną relację. Tym bardziej że książka nie jest fikcją, jest o czymś, relacja jest autentyczna i chyba uczciwa. Pokazuje życie zwykłych, raczej biednych mieszkańców USA, którego raczej nie zobaczymy w serialach i poczytnych romansidłach. Ta autentyczność i szczerość zasługują na uznanie i szacunek, mimo pewnej schematyczności formy artystycznej.
Szlak PCT, wytyczony wzdłuż najpiękniejszych zakątków zachodniego wybrzeża USA, jest drugim równorzędnym bohaterem książki, w pewnym sensie prowadzi z Cheryl dialog, oczywiście bez słów. Jest jej mentorem i psychoterapeutą, podobnie jak spotkane na szlaku istoty – rośliny, zwierzęta i ludzie. Podkreślam istoty, a nie jedynie ludzie, ponieważ wszystko, co spotyka bohaterkę, nawet pogoda, jest znaczące, uczy ją czegoś o sobie.
Szkoda, że tak niewiele podobnych książek „przebija się” do głównego nurtu kultury i mediów. Książek, które pokazują, jak bardzo są nam potrzebne obszary dzikiej przyrody podobne do PCT, miejsca gdzie swobodnie można uprawiać minibwp. Minibwp, które w przypadku Cheryl miało wymiar duchowego katharsis, które ostatecznie uporządkowało jej zdruzgotane tragicznym dzieciństwem z ojcem tyranem, biedą i przedwczesną śmiercią matki życie. W chaosie i zgiełku miejskiej egzystencji dotarcie do sedna życia jest bardzo trudne, udaje się tylko niewielu, dzika, piękna przyroda jest w takich przypadkach zagubienia niezawodnym nauczycielem.
Nie każdy musi od razu odbywać ponad 1000 milową pielgrzymkę na miarę wyprawy Cheryl Strayed, ale nawet kilkugodzinne, kilkudniowe bytowanie w nieokiełznanej przyrodzie, które jest celem samym w sobie, a nie kolejnym „wypełnianiem zadania”, potrafi ukoić skołatane nerwy, zachwycić pięknem i przypomnieć co naprawdę istotne.

5 komentarzy:

  1. Jest też książka Billa Brysona A Walk in the Woods: Rediscovering America on the Appalachian Trail. Troszkę ma inny charakter narracji no i chyba dostępna jest tylko po angielsku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam jej, recenzje ma dobre w necie. Appalachian Trail jest wspomniany w "Dzikiej drodze", jako pewna alternatywa, ale nie dla autorki, ponieważ jest zagospodarowany i sporo na nim turystów, a ona szukała samotności i dzikości jednak.

      Usuń
  2. Książki nie znam, ale oglądałem film na jej podstawie. O ile film sam w sobie jest wart zobaczenia - choć nie nazwałbym go 'fajnym", to pod względem krajobrazowym mocno mnie rozczarował. Właściwie większość widoków zawiera się w zwiastunie a w filmie w całej jego długości są raczej skromnym dodatkiem.

    Szlak PC lepiej obejrzeć choćby tutaj https://vimeo.com/78531041 , a widokowo z dobrych filmów drogi mogę polecić "drogę życia" (the way) oraz "into the wild" (wszystko za życie) i może jeszcze 127 godzin, choć w tym ostatnim to też raczej przy okazji.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Szlak PCT, wytyczony wzdłuż najpiękniejszych zakątków wschodniego wybrzeża USA" - proponuję najpierw korepetycje z geografii, naukę kierunków, potem krytykowanie letnich kursów dla pisarzy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I po co aż tyle "bezinteresownej" napinki i szydery?
      Wystarczyło zwrócić uwagę na zwykłą pomyłkę, zdarzają się każdemu. Zdanie z linkiem do opisu PCT w Wikipedii jest pod mapą kontynentu z zaznaczonym szlakiem, więc każdy widzi i wie, że szlak jest na zachodzie - łącznie ze mną :)

      Usuń