sobota, 22 listopada 2014

Złudny optymizm

I znów będę się powtarzał i nudził, ale taki to już urok tego bloga i życia w ogóle – brak fajerwerków, powtarzalność i cykle są jego chlebem powszednim.
Pisałem już o tym tu i tu, że technologicznych cudów ratujących świat rodem z literatury SF już nie będzie i trzeba się w końcu przyzwyczaić do życia na tej siermiężnej i pełnej ograniczeń Ziemi. Mnie osobiście to wcale nie martwi, wręcz przeciwnie, pasjami lubię naszą planetę, tym bardziej że przy odrobinie dobrej woli może być prawie rajem – dlaczego nie jest, to zupełnie inna kwestia i pewnie jeszcze nie raz do niej powrócę.
Mit ciągłego wzrostu i nieograniczonej ekspansji, który przez ostatnie 200 lat był siłą napędową cywilizacji zachodniej, doszedł do ściany: ekologicznej, ekonomicznej i społecznej. Niemożliwość kontynuacji obecnego modelu rozwoju głośno łomocze do drzwi, ale prawie wszyscy udają, że to hałasy u sąsiada. Co tam rozprawiać o rozwoju, nawet zwykłe, codzienne trwanie tej naiwnej techno-kapitalistycznej utopii zaczyna sprawiać ogromne problemy. Owa mitologia bezkresnego „dzikiego zachodu” i kolejnych rubieży – dzisiaj kosmicznych, ponieważ ziemskie są na wyczerpaniu – do podbicia, zasiedlenia i wyeksploatowania (oczywiście po wyczyszczeniu z zacofanych tubylców) jest najmocniej zakorzeniona w USA. I stamtąd właśnie pochodzi artykuł, który świetnie oddaje absurd tych mrzonek. Tak mi się spodobał, że pozwolę sobie zamieścić tu jego smakowity fragmencik:
To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały.
[…] Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić.” [więcej na blogu nieocenionego Exignoranta]
Mimo że jestem niepoprawnym fanem literatury SF wcale mnie ta krytyka techno-optymizmu nie martwi, od dawna czułem, że tak właśnie skończą się nasze „sny o potędze”. Zawdzięczam to właśnie literaturze SF, ale innej, która scenariusze opamiętania kreśliła już dawno, jednak mało kto chciał ją czytać i rozumieć. SF tylko pozornie jest o lotach do odległych galaktyk, podróżach w czasie, kosmitach i innych obcych.
W gruncie rzeczy zawsze jest o nas i ziemskich problemach. Zwłaszcza dotyczy to filmów i seriali amerykańskich, w których nawet w najdalszej galaktyce zawsze i bez większych problemów można się dogadać po angielsku. A jak nie chcą gadać po naszemu, to zawsze można wyciągnąć z kowbojskiej kabury laserowy miotacz i po problemie. W kosmosie to zawsze działa, na Ziemi od jakiegoś czasu niekoniecznie :)
Anonimowe graffiti

3 komentarze:

  1. Nie wiele potrzeba by na Ziemi był prawie raj. Na przeszkodzie stoi tylko i aż irracjonalna, agresywna, chciwa i brutalna ludzka natura.

    Kloszard



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej kultura stoi na przeszkodzie...

      Usuń
  2. Kolega przypomniał mi, że na dnie szafy, pod stertą swetrów które zjadają mole oraz pod legowiskiem kota, leży kilkanaście roczników Fantastyki. I to jakie roczniki- 84- 90 :)

    OdpowiedzUsuń