środa, 19 listopada 2014

Zaginione plemię - mistrzowie minibwp

Czytałem tę książkę z premedytacją tak długo. W małych porcjach, nieśpiesznie i z namaszczeniem, bo jest po prostu świetną lekturą, którą w odróżnieniu od wielu innych można się delektować, a bytowanie w pierwotnym lesie, choćby na skrzydłach wyobraźni jest wartością samą w sobie.
Książka w Polsce nie ma specjalnie dobrych opinii, głównie dlatego, że nie oferuje zbyt wielu oczekiwanych od literatury podróżniczej egzotycznych atrakcji, chociaż one nawet są, ale raczej jako tło znacznie ciekawszych od „przygód” refleksji na temat ginącego świata amazońskiej puszczy i jej mieszkańców. Mnie takie podejście, bardziej myślowe niż rozrywkowe (w stylu „bosonogiego kowboja” Cejrowskiego) oraz stonowany styl narracji bardzo odpowiada, bo dzięki temu z lektury emanuje coś znacznie ważniejszego niż emocjonujące przygody (choć niewątpliwe ryzykowna wyprawa do serca pierwotnej puszczy nią jest), mianowicie – dojrzała szczerość i mądrość autora.
Książka jest bogato udokumentowana, przy każdym rozdziale sporo cennych przypisów, widać, że na proces twórczy składało się nie tylko odtworzenie notatek czynionych na gorąco, ale solidne przygotowanie do tematu (także przed wyprawą) oraz staranne przemyślenie całej kompozycji.
Streszczanie jej nie ma tu sensu, można przeczytać recenzje, ale oczywiście najlepiej przeczytać samą książkę, do czego gorąco zachęcam, można ją bez trudu wypożyczyć, a nawet kupić za grosze. To typowe dla naszego kraju, naprawdę wartościowe książki rzadko cieszą się powodzeniem, np. kiedyś kupiłem porządnie (w twardych okładkach) wydane Walden, czyli życie w lesie Thoreau za jedyne 1 zł. Tak, tak prawdziwe skarby zanim pójdą na przemiał walają się w tanich księgarniach lub wyprzedażowych kontenerach w supermarketach, za to wydawnicza szmira kwitnie.
A dlaczego tu w ogóle o tej książce piszę ? Otóż tytułowe „Zaginione plemię” Scotta Wallace'a, to jedni z ostatnich ludzi na tej planecie uprawiający najbardziej naturalne, a zarazem szlachetne minibwp, jakie w ogóle można sobie wyobrazić.
„Izolowani Indianie muszą żyć. Są najczystszą istotą naszego społeczeństwa, naszym najważniejszym impulsem. Nie będzie dla nas przebaczenia, powiedział Possuelo, jeśli pozwolimy im zniknąć.” [s. 576]
To tzw. dzicy Indianie (indios bravos), którzy żyją w pierwotnym lesie z własnej woli, przezornie unikając kontaktu z naszą cywilizacją. Las daje im wszystko, co potrzebne do życia, jedyne co może im się przydać z naszego świata to ostrza stalowych siekier, jedynie, bo już trzonki robią sobie sami. Bez stali też się obejdą, ale skoro stracili już tyle, ograbieni ze wszystkiego – przede wszystkim przyszłości – uciekli tak daleko, to dlaczego nie skorzystać z mocy stali, gdy nadarza się okazja? I to wszystko, niczego więcej od nas nie chcą i nie potrzebują.
„Dlaczego ci Indianie przed nami uciekają? Dlaczego nie witają nas życzliwie i z otwartymi ramionami, jak to robili, gdy przybyli pierwsi Europejczycy? To dlatego, że kontakt z białym człowiekiem zawsze oznaczał zniszczenie.” [s. 353]
Przeciwnie, to my – cywilizowani ludzie – wiecznie czegoś od nich chcemy. Chcemy to zbyt łagodne słowo – my chciwie i nienasycenie pożądamy i brutalnie zabieramy. Najpierw ziemię, potem jej zasoby: kauczuk, drewno, owoce, zwierzęta, a w końcu mordujemy i zniewalamy ludzi, piorąc im mózgi, tak że przestają być sobą. Jedyne co możemy im zaoferować to śmierć, poniżenie i nędza. Niekoniecznie w wymiarze materialnym, ale na pewno w każdym innym. Zapewne dostaną zużyte szorty i koszulkę z lumpexu, żeby zakryli swą nagość, która nas zawstydza (bo ich na pewno nie) oraz worek cukru i mąki, żeby na początek nie umarli z głodu. W zamian muszą oddać całą resztę siebie, łącznie z duszą, która od teraz trafi do chrześcijańskiego nieba lub piekła. Bardzo uczciwą wymianę im oferujemy, prawda?
Ci ludzie to także wspaniała, choć groźna przyroda, w której żyją, gdy oni znikną, przebogata amazońska puszcza podzieli ich los. Stanie się na chwilę jedną wielką plantacją GMO, a za chwilę pustynią i śmietniskiem. W większości już się stała, poza niewielkim obszarem, który opisuje autor, a którego ochrona (marna, ale jednak) jest solą w oku wszystkich chciwców tego świata.
O tym właśnie jest ta książka, o bezsilności wobec mordowania, niewolenia i eksploatacji ostatnich wolnych ludzi na tym świecie, którzy chcą tak niewiele – tylko żebyśmy dali im święty spokój.
„– Nasza praca tutaj jest piękna, ponieważ oni nawet nie wiedzą, że jesteśmy tu, aby im pomóc – powiedział Possuelo o Plemieniu Strzały. – Najlepsze, co możemy zrobić, to nie wtrącać się w ich życie.” [s. 370]

4 komentarze:

  1. Tak, oczywiście, ale jest i druga strona medalu: dzicy, którzy wytłukli wszystkie duże ssaki Ameryki i wypalili pół Europy.. Zdania na temat roli dzikich są podzielone. Prawdopodobnie nie było przyjaznego przyrodzie Indianina. Znajoma badająca Indian w Amazonii mówiła mi, że oni po prostu nie mogą sobie wyobrazić, że lasem można zarządzać. Ale to czym można to zarządzają do bólu (los zwierząt tragiczny). No siebie nawzajem (obcych) też traktują skutecznie.. Pożyczę książkę, bo to ciekawe! Dzięki za reklamę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pół Europy wypalili duchowni z klasztorów. Lasy były albo królewskie albo kościelne. Całe wczesne średniowiecze to okres zarządzania lasami przez kościół i króla.
      Zarządzać lasem może tylko ten kto uważa że stoi ponad przyrodą. W XIX wieku władze niektórych Stanów widząc jak Indianie wymierają od chorób zakaźnych lub są spychani do Rezerwatów zarzucali im: (...)ale przecież oni są zbyt leniwi żeby uprawiać rolę, wycinać lasy, stawiać fabryki, zakłady przetwórcze, wydobywać złoto i węgiel oraz hodować bydło. Nie chcą się nauczyć żyć tak jak amerykanie. Sami są sobie winni. Leniwe dzikusy(...)
      Tak więc pytam kolegę- czy komuś kogo stworzyła przyroda w toku ewolucji i nauczyła jak w swoich ekosystemach żyć żeby przetrwać, można zarzucić że nie stawia się ponad nią samą i nie chce zarządzać lasem?

      Usuń
    2. Oczywiście, że dzicy są dzicy i nie rozumieją idei ochrony przyrody i zarządzania lasem – jaki z tego wniosek? Wybić dzikich i stworzyć rezerwat czystej przyrody?
      Possuelo i autor książki preferują odmienny program – chronić dzikich, a tym samym przyrodę, bo łatwiej politycznie uzasadnić ochronę ludzi (nawet dzikusów) niż przyrody jako takiej, a poza tym dzicy bronią siebie, a zarazem swego bioróżnorodnego miejsca do życia. Czasem dość skutecznie.
      Teza o wybiciu wielkich ssaków jest, z tego, co wiem, dość dyskusyjna, najprawdopodobniej wybiły je zmiany klimatu. Za czasów dinozaurów człowieka w ogóle nie było, a też wymarły.
      Nie ma to większego znaczenia, poza ideologicznym usprawiedliwieniem np. wybicia bizonów na masową skalę. Skoro pierwotne dzikusy nie były takie szlachetne, jak głoszą eko-hipisi, bo wytrzebiły megafaunę, to nas cywilizowanych krytykować nie wypada jako przyczynę szóstego wielkiego wymierania w erze atropocenu.
      Zmiany, nawet dość katastrofalne w przyrodzie nie są problemem, od miliardów lat życie daje sobie z nimi radę. Problemem są i będą jeszcze większym tylko dla nas.

      Usuń
  2. Dlaczego nie witają nas życzliwie i z otwartymi ramionami: może z prostych pobudek. Szacunek chociażby. Żyjąc w strukturze plemiennej można łatwo się odnaleźć oraz zdobywać kolejne zasługi wśród współplemieńców. To bardzo typowe dla Indian, nie tylko z Ameryki Południowej: wykazać się, czy to w walce czy na polowaniu. Lecz kim jest Indianin wyrwany ze swojego środowiska i przeniesiony do slamsów Rio? Nikim. Popychadłem, zamiataczem ulic, żebrakiem. Z bólem przychodzi mi myśl że ten
    Indianin z okładki książki może kiedyś zamienić swoją Dmuchawkę na kij od szczotki w jednej ręce oraz czarny worek na śmieci w drugiej. A krajobraz tuż za nim tak łatwo może zamienić się w śmietnisko slamsów Rio de Janeiro.

    OdpowiedzUsuń