wtorek, 5 sierpnia 2014

Szlak Krutyni – uroki czystej biofilii

Dzisiaj nietypowe sprawozdanie z bytowania, nie będzie szczegółowej relacji, ponieważ opisów szlaku Krutyni w internecie pełno, każdy znajdzie bez trudu potrzebne wskazówki praktyczne.
W zamian garść refleksji po w sumie kilkunastu dniach i prawie 300 km wiosłowania po tych uroczych wodach.
Moja przygoda z Krutynią zaczęła się ponad rok temu, kiedy w końcu udało się zorganizować kilkudniowy wypadzik na tę piękną i czystą rzekę, o której marzyłem od lat.
Trochę pechowo, bo akurat w długi weekend Bożego Ciała – nie polecam, „niedzielnych turystów” wtedy co niemiara, a z nimi szum, harmider i jak zwykle sporo śmieci. Za to tegoroczny, czerwcowy spływ, praktycznie całym szlakiem Krutyni (ok. 100 km) był wspaniały. Ludzi jak na lekarstwo (sezon się jeszcze nie zaczął), minimalne ilości śmieci (na razie), niezmącona woda. Pogoda też dopisała, wprawdzie dopadły nas ulewy i burze, ale o dziwo nie nocami, dlatego na sucho i bez pośpiechu mogliśmy codziennie rozkładać i składać biwak. Suchość płacht i rzeczy na spływie to spora wygoda. Jedynie woda mogłaby być ciut cieplejsza, kąpiele byłby przyjemniejsze. Trzy tygodnie później, praktycznie powtórzyłem tę samą trasę w nieco większym towarzystwie – woda była już przyjemnie ciepła, a wtedy kąpiele w tak czystych jeziorach i strugach to już czysta rozkosz.
W istocie ludziom mało do szczęścia potrzeba, świeża zieleń i czysta woda sama w sobie dostarcza tak dużo radości, że niewiele więcej potrzeba.
Poza piwkiem może... :)
Nieraz na szlaku Krutyni miałem okazję przyglądać się baraszkującym w wodzie dzieciom i dorosłym. Nawet łyse, napakowane i wytatuowane „drechy” cieszyły się beztrosko razem ze swoimi blond dziuńkami-tipsiarami. Pod naporem uroków przyrody ustępowała dresiarska agresja i minę zakapiora zastępowała życzliwość dla bliźnich i uśmiechnięty banan na twarzy.
Jednak rację miał Edward O. Wilson formułując swoją hipotezę biofilii – ludzie instynktownie, zwykle nieświadomie lgną do przyrody i czerpią przyjemność z obcowania z nią. [O samej hipotezie biofilii zrobię niedługo osobny wpis, wtedy wyjaśnię więcej.]
Na Krutyni biofilię widziałem nie raz, nie tylko tam, w wielu atrakcyjnych przyrodniczo miejscach naszego pięknego kraju. Tak niewiele potrzeba, aby to zjawisko wystąpiło, przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa (akurat Krutynia to łagodna rzeka) i ładna, czysta okolica. Wbrew pozorom bardzo łatwo o to i jest to bardzo tanie, żadnych nakładów, wystarczy nie dewastować i nie śmiecić, przyroda sama zadba o resztę.





























Z tym niestety największy problem: genetycznie jesteśmy predysponowani do kontaktu z przyrodą, lecz cywilizacyjnie robimy wszystko, aby się od niej oddzielić, także za cenę jej degradacji i pewnie wkrótce nas samych. Oczywiście musi się to skończyć źle – większość ludzi tzw. cywilizowanych cierpi (nie jedynie z powodu oderwania od natury, ale to temat na dłuższą pogadankę przy innej okazji), zwyczajnie mimo tego całego „dobrobytu” dookoła nie czuje się szczęśliwa.
Z drugiej strony nie słyszałem, żeby jakikolwiek „dzikus”, z tych odkrytych przez cywilizowanych Europejczyków, narzekał na swój los (w zasadzie pisałem już o tym). Stres, depresja i inne psychiczne powody do wiecznego niezadowolenia z życia są im praktycznie nieznane. Prozaku nie potrzebują, mają Naturę :)
W sensie materialnym mają bardzo niewiele, żyją w prymitywnych z naszego punktu widzenia warunkach, a jednak są szczęśliwi i z reguły nie pragną, abyśmy ich na siłę cywilizowali, ewangelizowali itd. Nie mają praktycznie nic, a zarazem mają cały świat dookoła, który ich żywi, ubiera i dostarcza za darmo wszystkiego, czego potrzebują. Podkreślam – potrzebują, a nie chcą. Może w tym tkwi tajemnica ich zadowolenia?
My już tak nie potrafimy, wszystko, czego potrzebujemy w zasadzie już mamy – prawie nikt w Polsce (Europie) nie chodzi głodny, goły, bosy. Nawet dla bezdomnego w zimie znajdzie się jakiś dach nad głową, choć oczywiście mogłoby być z tym znacznie lepiej, niż jest.
Nauczyliśmy się chcieć dla samego chcenia, a chcenie jak ktoś mądry kiedyś powiedział (może Budda, nie pamiętam) nie ma końca. Wiecznie czegoś chcemy, przeważnie w sensie materialnym (na tym polega cywilizacja konsumpcyjna), a pożądane dobra wytwarza się kosztem zasobów przyrodniczych – cudów nie ma, nie może być inaczej. I dlatego mamy mnóstwo gadżetów dookoła siebie, ale za to nawet nie możemy się wykąpać w najbliższej rzece, bo brzydka, brudna i zatruta. Dla mnie to jakieś kosmiczne nieporozumienie. Osady ludzkie od zawsze zakładano nad rzekami, bo woda to życie, a my – podobno cywilizowani ludzie – sami sobie odbieramy to fundamentalne dobro, jakim jest czysta woda w zasięgu ręki, która ponadto może dostarczać mnóstwo radości, nie tylko latem.
A żeby zaznać przyjemności z obcowania z przyrodą w jeszcze jako takim stanie czystości i naturalności musimy jechać setki kilometrów na Mazury, nad morze, gdzieś w góry. Co bogatsi (mający większy wkład w dewastację natury – tak, to wręcz bezpośrednia zależność) jadą-lecą tysiące kilometrów dalej, za granicę w poszukiwaniu tego samego.
Nasze lasy i łąki też nie wyglądają wiele lepiej. Ciągle je wycinamy, przekształcamy, wywozimy tam śmieci – nie dajemy przyrodzie ani chwili wytchnienia, wiecznie przy niej grzebiemy. W Polsce dobrze chronionych jest może z 1% obszarów przyrodniczych, reszta jest wydana na łup mało myślących i mało odpowiedzialnych ludzi, którzy wyznają zasadę: „po nas choćby potop”.
A może jestem naiwny i biofilia to bzdura, a w rzeczywistości Homo Sapiens nienawidzi przyrody?
Może nawet bym w to uwierzył (tak teoretycznie), ale wspomnienia rozradowanych pluskających się beztrosko ludzi w czystych wodach Krutyni i własnego zadowolenia z pobytu tam, każe mi w to wątpić. Sądzę jednak, że ludzie czerpią mnóstwo radości z obcowania z naturą, nawet lumpy z mojej dzielnicy, jak idą chlać swoje podłe trunki, wybierają zieleń, a nie szarość betonu.
Problemem jest tylko to, że cały system wychowania, edukacji, reklam, marketingu wmówił nam, że (cytując klasyka) „czarne jest białe”. Tzn., że sama przyroda jako taka jest mało wartościowa, za to przetworzona na beton, asfalt i tony techno-artefaktów, które, tak czy siak, rychło lądują na śmietniku, nabiera prawdziwej wartości. Owszem to, co zaspokaja podstawowe bytowe potrzeby i chroni zdrowie jest potrzebne, to doceniają nawet „dzicy”, ale cała reszta, na którą wydajemy zdecydowanie więcej pieniędzy w globalnej skali zabiera nam nasze podstawowe i najważniejsze dobro (dziś paradoksalnie luksus) jakim jest czysta, nieskażona przyroda w dobrej biologicznej kondycji. W gruncie rzeczy od niej, a nie od zawartości supermarketowych półek zależy nasze życie, zdrowie i szczęście. I jak przychodzi co do czego, to nią się najbardziej cieszymy, a nie jakimś kolejnym gratem na raty.
Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. Żądajmy od władz, administracji, decydentów na każdym kroku czystej wody i zielonych terenów rekreacyjnych. Żeby mieć gdzie pójść na spacer, gdzie pobawić się z dzieckiem, psem, żeby nie szukać tego dziesiątki czy setki kilometrów od domu, bo to absurdalne, chore.
Każdy z nas powinien mieć przyrodę na wyciągnięcie ręki, bo to służy naszej prawdziwej naturze, która ewoluowała miliony lat w przyrodniczym środowisku, a nie wśród rozmaitych konstrukcji z żelazo-betonu, półek supermarketów lub w korkach ulicznych.

4 komentarze:

  1. Twój wpis skłania do refleksji. Pobudza chwilowo przyduszoną tęsknotę za naturą i wolnością... A patrząc na zdjęcia z Twojej wyprawy, mam tym większą nadzieję rychło ich doświadczyć ponownie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, każda wyprawa w plener, nawet najkrótsza, daje dużo radości. W końcu wracamy do prawdziwego domu i ciało o tym wie, umysł niekoniecznie :)

      Usuń
  2. Krutynia, to piękna rzeka! Zapraszam na swojego bloga: www.kochamptaki.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Płynąłem tym szlakiem pod koniec października. Potwierdza, jest pięknie :)

    OdpowiedzUsuń