piątek, 8 sierpnia 2014

Etyka bytowania w przyrodzie - Leave No Trace

W jednym z moich pierwszych wpisów napisałem tak:
„Wszelakiego sprzętu i wyposażenia turystycznego jest tyle, że każdy może je sobie stosunkowo niewielkim kosztem skompletować, tak aby po jego bytności w przyrodzie zostały tylko ślady na trawie, piasku, ewentualnie wypalony krąg jakiegoś małego ogniska. Więcej w dzisiejszych czasach naprawdę nie wypada, dajmy pożyć roślinom i zwierzętom, dość już im zabraliśmy.”
Dziś wiem, że są na świecie ludzie, którzy nie zostawiają nawet wypalonego kręgu małego ogniska, ponieważ używają misy ogniowej.
Odkryłem to gdy znalazłem w internecie informacje o amerykańskiej inicjatywie Leave No Trace. Outdoor Ethics.
Jej geneza sięga lat 60-70-tych, a wedle niektórych nawet wcześniej, doszukują się jej korzeni w amerykańskim ruchu skautowskim lat 20-tych.
Dzisiaj to już okrzepły międzynarodowy ruch społeczny, dysponujący zapleczem teoretycznym i siecią ośrodków edukacyjnych.
Podstawowe zasady Leave No Trace (Nie pozostawiaj śladów) są proste:
  1. Planuj z wyprzedzeniem i przygotuj się.
  2. Wędruj i biwakuj na trwałych (odpornych) powierzchniach.
  3. 
Właściwie gospodaruj odpadami.
  4. Pozostaw [miejsce] tak, jak zastałeś.
  5. Minimalizuj wpływ ogniska.
  6. Szanuj naturę (dosłownie „dzikie życie”).
  7. Bierz pod uwagę innych gości (turystów).
Oczywiście można je szczegółowo rozwijać, dopracowywać praktycznie – tym właśnie zajmują się ośrodki szkoleniowe LNT.
Sądzę, że każdy prawdziwy miłośnik przyrody stosuje się do zasad Leave No Trace, nawet nie wiedząc o nich – inaczej nie byłby jej miłośnikiem. Dlatego polskim przyrodolubom taka inicjatywa może się wydać dziwna, co ci Amerykanie znów wymyślili, przecież to oczywiste?
Być może kiedyś 30-40 lat temu, ale we współczesnej Polsce już jest inaczej. Mocno się już zamerykanizowaliśmy, konsumujemy na potęgę, a prawie każda rodzina ma samochód, którym dociera w najdalsze zakątki przyrody i przywozi śmieci, a nawet gorzej. Amerykanie przeżyli swój turystyczny boom na rekreacyjne tereny przyrodnicze (chodzi głównie o ich słynne parki narodowe) 50 lat temu, wtedy właśnie, aby uchronić je przed skutkami turystycznej nawały, wypracowali zasady Leave No Trace, były po prostu niezbędne. W Polsce też istnieje taka nagląca konieczność, ale mało kto się tym przejmuje.
Miejscowa ludność w ogóle nie rozumie problemu, poza jakimiś eko-odszczepieńcami, których traktuje się jako dziwaków niespełna rozumu. Tzw. inwestorzy? W życiu, „trzepią” kasę na turystyce, byle szybciej, przy znikomych nakładach, a środowisko, z którego czerpią zyski mają gdzieś – nawet koszy na śmieci na szlakach turystycznych nie potrafią zapewnić. Administracja państwowa, samorządy? Lepiej zapomnijcie, co z tego, że edukacja ekologiczna jest zapisana w wielu ustawach, kiedy w praktyce jej oddziaływanie na ogół społeczeństwa jest znikome. To jedna z ostatnich kwestii, o którą decydenci się martwią w tym kraju.
Nie wszystko też można wytłumaczyć nonszalancją, złą wolą lub wrodzonym chamstwem jednostek, czasem to brak wiedzy i wyobraźni.
Osobiście widziałem wiele sytuacji w plenerze, kiedy ludzie po zwróceniu im uwagi wykazywali wielkie zdziwienie, że czynią źle. Po prostu nie potrafili uogólnić swojego zachowania i oszacować jego skutków ekologicznych, a nikt wcześniej (np. w szkole, w telewizji) im tego nie wytłumaczył. Gdy kilka osób coś tam w przyrodzie nieładnego uczyni, nie ma większego problemu (zregeneruje się), ale gdy setki osób będą to powtarzały w tym samym miejscu np. na wyspie, to po sezonie turystycznym będzie tam pustynia i śmietnisko. Dlatego uważam, że ruch Leave No Trace, być może pod inną, bardziej swojską nazwą, bardzo by się w Polsce przydał. To w istocie praktyczna etyka środowiskowa, a może nawet moralność ekologiczna oparta na wiedzy przyrodniczej.
Życie społeczne nie może funkcjonować bez moralności, stosunki międzyludzkie byłyby wtedy nieznośne, najwyższy czas uświadomić sobie, że w relacjach z przyrodą też nie możemy obywać się bez moralności, bo rychło nasze życie stanie nieznośnie szare i smutne, a do tego poważnie zagrożone na poziomie biologicznym.
Wtedy żadne zaklęcia z telewizora, nawet najpiękniejszych panienek z reklam, pohukiwania „wszechmocnych” prezydentów, generałów, modły papieży, imamów, korporacyjne miliardy $ na kontach nic nie pomogą – zniszczonej natury nie da się odkupić, od kogo niby, Pana Boga? Przyroda oczywiście się odrodzi, nie takie kataklizmy jak Homo sapiens przeżywała, ale my tego nie dożyjemy.
 One też nie...
 
PS
Tylko nie myślcie, że zasady LNT są egzotyką tylko dla Polaków. Gdy na ostatnim spływie przybyliśmy na miejsce biwakowe poprzedniego dnia zajmowane przez Niemców, to oprócz stosu butelek po piwie zastaliśmy wielkie gówno posadzone centralnie na ścieżce, obok były jeszcze dwa inne świeże „papierzaki”. Jak widać saperka jest tym „cywilizowanym” Europejczykom nieznana, a powinna, bowiem ich dziadkowie na wojnie często jej używali, zwłaszcza po 1943 roku.

5 komentarzy:

  1. Wiwat nicponie!
    Nic po nich nie zostanie :))

    Ena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I o to chodzi, żeby nic nie zostało, jakoś ładniej wtedy świat wygląda. Więcej zieleni, kwiatów i w ogóle przyjemniej.

      Usuń
  2. Aż sobie zapożyczę Twoje określenie "przyrodolub" - genialne! Nic do tej pory do mnie nie przemawiało, jeśli chodzi o próbę nazwania siebie w kontekście tego, co robię i lubię... A to nic innego jak przyrodolubstwo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę :)
      To takie typowo słowiańskie złożenie, kiedyś częściej używane w polszczyźnie, dziś nieco zapomniane, ale ja wolę przyrodoluba od przyrodofila :)

      Usuń
  3. Ale gdy znajoma władza samorządowa ustawiala tablice informacyjne o przyrodzie to niszczyli i nadal niszczą je mieszkańcy. Po trzykrotny m wydaniu 12 tys można stracić siły i cierpliwość

    OdpowiedzUsuń