sobota, 31 maja 2014

Majowa Omulwia cz. 2

Z miejscem na nocleg na tym odcinku rzeki nie jest tak łatwo, dookoła same mokradła albo niezbyt przyjazne pokrzywowe chaszcze, jedyna miejscówka dogodna do lądowania, sucha i w miarę równa okazała się miejscem podjazdu dla organizatorów spływów. Perspektywa rozjechania namiotu z rana przez zaspanego kierowcę z przyczepą kajaków, ewentualnie pobudka w postaci hałaśliwej ekipy niedzielnych kajakarzy jakoś nam się nie uśmiechała.
Pamiętałem, że jakiś czasu temu mignęła mi dogodna (na oko) biwakowa miejscówka na zakręcie rzeki, ceniąc przede wszystkim naturalność i spokój, mimo dużego zmęczenia postanowiliśmy zawrócić i ją odszukać. Ciężko było wiosłować pod prąd, ale wiatr nam sprzyjał i jakoś ostatkiem sił dotarliśmy w rzeczone miejsce. Okazało się całkiem fajne, gdyby nie agresywne małe meszki, które wraz z nadejściem zmierzchu wspomogły zastępy krwiożerczych komarów. Koszule z długimi rękawami i moskitiery na twarz poszły w ruch, ale niewiele to pomogło. Zakole okazało się ostoją zwierzyny, pewnie stąd tyle owadów, w nagrodę za irytujące swędzenie od niezliczonych ukąszeń ukazała się blisko dorodna łania pokonująca bród, do tego w okolicy wszelakiego ptactwa bez liku.
Rankiem postanowiliśmy szybko wyruszyć bez śniadania, aby jeszcze przed wieczorem dotrzeć do jeziora. Perspektywa kolejnego biwakowania wśród chmur meszek i komarów jakoś nas nie kręciła. Płynięcie pod prąd zajmuje o wiele więcej czasu niż z prądem, lepiej mieć parę godzin w zapasie. Droga w górę rzeki znajomym szlakiem była owszem dość męcząca fizycznie, ale bardzo odprężająca psychicznie. Płynie się wolniej, smakując otoczenie, niekoniecznie obserwując nurt, bo utrudnienia już znamy i nie trzeba tak uważać, wystarczy przestać wiosłować przed przeszkodą i spokojnie podjąć decyzję jak ją pokonać. Po raz kolejny się przekonuję, że wbrew obiegowym przekonaniom pływanie pod prąd ma swoje zalety (np. powrót na miejsce startu, oszczędzający czas i pieniądze na dojazd), ale nie da się ukryć, męczące jednak jest :)



Spokojnie mijają kolejne kilometry, docieramy do miejsca wczorajszego obiadu, które teraz będzie idealne na późne, spokojne śniadanko. Grzeje się woda na herbatkę, a na miękkiej trawie można rozprostować obolałe kości i chwilę odpocząć.

Płyniemy dalej, mijamy kolejne meandry i zwałki. Mam dobre, szczelne (nie wpada żwir i piasek) wodniackie buty, dlatego decyduję się miejscami ciągnąć łódkę w nurcie. Mniej to męczące niż wiosłowanie i odpychanie się od dna na płyciznach, a poza tym dobre dla ciała, które nie lubi siedzenia jednej pozycji. Woda jest chłodna i przyjemna, daje ukojenie pokąsanym poprzedniego wieczora przez owady łydkom, które pokrywają czerwone, swędzące bąble. Wszędobylskie pokrzywy też się do tego przyczyniły.
Wędruję powoli cienistym lasem, dookoła bujna majowa zieleń i żadnych cywilizacyjnych artefaktów – jak nie w Polsce, aż dziw, że są jeszcze takie miejsca. W końcu docieramy do Dębowca – przenoska, a potem do Kota, gdzie kilkadziesiąt metrów od wody jest wiejski sklepik, zimne piwo, lody są jak ambrozja dla zmęczonych ciał. Kilka osób na brzegu szykuje się do spływu, bo to popularne miejsce startu, podobnie jak wspomniany Dębowiec. Spotykam nawet znajomych, pozdrawiamy się i wymieniamy informacje o rzece – taki wodniacki rytuał. Oni z prądem, a my znów pod prąd, na szczęście piwo i lody znieczulają i dodają sił – jeszcze ;)


Po ponad godzinnym i męczącym zamieszaniu ze zgubionym wiosłem (nauczka na zaś – wiosła samopas zawsze wiązać, troczyć, żeby nie wypadło) dość sprawnie pokonujemy chyba najbardziej zwałkowy odcinek, zajmuje to sporo czasu, ale nie jest tak źle, już wiemy, że zdążymy przed zmierzchem na nocleg na jeziorze – żegnajcie paskudne meszki i komary :)
Jeszcze ostatni jaz, mostek i przenoska, za nią dość krótki odcinek wiosłowania, parę irytujących zwałek i upragniony wypływ na jezioro. Od śniadania minęło wiele godzin, na obiad nie było czasu, marzy się gorąca obiado-kolacja, tymczasem głód i wyczerpanie dają o sobie znać, schowana na czarną godzinę (która właśnie nadeszła), wspaniała czekolada z orzechami ratuje nam życie i z trudem ruszamy :)
Wreszcie, w oślepiających rozbłyskach chylącego się ku zachodowi słońca, pojawia się jezioro Omulew, bryza i rozległa, jasna przestrzeń robią wrażenie po dwóch dniach spędzonych przeważnie w cienistym, zielonym tunelu.

Płyniemy do tej samej miejscówki co poprzednio, sprawdzona, przyjemna, szkoda czasu i energii na szukanie innej. Rozbijanie obozu w znanym miejscu trwa chwilę, nie ma co, mamy wprawę, do tego przemnożoną o pragnienie porządnego, gorącego posiłku. Zanim gołąbki się podgrzeją orzeźwiająca kąpiel w ciepłym jeziorze. Trudno o coś przyjemniejszego od takiej wieczornej kąpieli po kilkunastu godzinach wiosłowania, burłaczenia i przedzierania się przez zwałki i zarośla w upalny dzień. A kolacja jak smakuje!? Żadna restauracyjna się nie umywa do prostego dania z turystycznej kuchenki w takich okolicznościach przyrody. Potem chwila zasłużonego odpoczynku i nagroda za wysiłek - „tańczące” o zmierzchu żurawie na drugim brzegu, trochę późno jak na gody, ale cóż to innego mogło być?
Wieczorem zrywa się wiatr, mam wrażenie, że może nawet przynieść burzę, szybko zwijamy i chowamy obozowe graty, ale zawierucha jakoś przechodzi bokiem i na noc się uspokaja. Zasypiamy jak kamień, żadne nocne hałasy nie robią wrażenia, nie dzisiaj.
Ranek wita wspaniałą letnią pogodą, na powitanie dnia oczywiście obowiązkowy skok do wody.


Zanim odpłyniemy, wykąpię się jeszcze ze trzy razy. Wczoraj nadrobiliśmy spory dystans i czas, dlatego dziś nie musimy się spieszyć z powrotem. Spokojnie smakujemy wspaniały ranek i wczesne przedpołudnie, jemy śniadanko, powoli suszymy, składamy i pakujemy rzeczy. Nic na siłę, tak ma być, spokojnie i powoli, na tym polega urok minibwp. Jakże to różne od nerwowej atmosfery zorganizowanych spływów turystycznych, gdzie zawsze trzeba się spieszyć, żeby gdzieś zdążyć.
W końcu pakujemy łódkę i spokojnie dopływamy na miejsce startu, nie jest daleko, po drodze kormorany i miłe niedzielne widoczki wodniaków i plażowiczów cieszących się wspaniałą pogodą.






Tak się kończy majowa Omulwia. Oby wszystkie tegoroczne minibwp były tak udane, czego sobie i czytelnikom (chyba jacyś są?) serdecznie życzę.

1 komentarz:

  1. Ale fajne pływanko aż mi rzeką i jeziorem zapachniało. Pięknie jest realizować swoje marzenia. ;))
    Greenway

    OdpowiedzUsuń