piątek, 30 maja 2014

Majowa Omulwia cz. 1

Dwa lata temu zauroczyła mnie Omulwia, może dlatego, że spokojny sierpniowy spływ, u schyłku lata, sprzyjał miłym, nostalgicznym nastrojom. Kilka dni temu udało się zorganizować minibwp na Omulwi jeszcze raz. Upalny majowy weekend rzadko się zdarza, a jeszcze rzadziej w taki weekend udaje się wyrwać z nawału codziennych obowiązków na łono natury. Przy okazji dobra rada: nie czekajcie na lepszą okazję, łudząc się, że obowiązków ubędzie, a pogoda innym razem dopisze. Z doświadczenia wiem, że kierat codzienności nigdy nie przestaje się kręcić, a pogoda w Polsce z reguły bywa gorsza niż lepsza. Gdy piszę te słowa, siąpi deszcz, a za oknem ledwo naście stopni, w nocy ma być kilka, a tydzień temu były prawie 30-stopniowe upały, ciepłe noce i żadnego deszczu.
O przygotowaniach do spływu nie będę się specjalnie rozpisywał, bo zrobiłem to poprzednio. Na pewno było łatwiej, bo mamy własne kanu, ale żeby nie było za łatwo, napatoczyły się kłopoty z transportem, jednak po ciężkim dniu jeżdżenia, załatwiania, pakowania, pożyczania w końcu, późnym popołudniem, udało się wypłynąć na jezioro Omulew. Cóż za ulga po tej bieganinie, świeża bryza, błękitne niebo, różowiejące już o zachodzie, miarowe, uspokajające pociągnięcia wioseł i majowa zieleń wszędzie jak okiem sięgnąć. Nie popełniliśmy błędu sprzed dwóch lat i nie nocowaliśmy blisko plaży „wiejskiej”, tylko od razu wypłynęliśmy szukać noclegu na jeziorze, z dala od ludzi. Nie trzeba było daleko szukać, Omulew oferuje sporo ustronnych biwakowych miejscówek.
Po drodze wyspa kormoranów
 


Zanim się na dobre ściemniło, obóz był już rozbity, a gorąca kolacyjka przygotowana. Ku naszemu zdziwieniu woda w jeziorze okazała się bardzo ciepła jak na tę porę roku. Nocna kąpiel po męczącym dniu z widokiem na ostanie skrawki zachodzącego słońca to przyjemność sama w sobie i uczta dla oka. Do tego komary w śladowych ilościach (na razie), czyż może być lepiej? Nocą i nad ranem słychać pluskające bobry i głośne nawoływania żurawi. Klangor żurawi zawsze wprowadza mnie w dobry nastrój, jest taki optymistyczny, niesie nadzieję, że nie wszystko jeszcze z przyrodą stracone.

Sen nie przychodzi łatwo, nocne odgłosy, jakże inne od domowych, aktywują atawistyczną czujność, ale w końcu zmęczenie po całodziennej bieganinie i senność zwyciężają rozedrgany umysł.
Kwadrans przed piątą rano ciszę rozrywa jazgot piły motorowej na przeciwnym, ale niezbyt dalekim brzegu. Głośny i męczący, ale nie mam nastroju i ochoty się tym denerwować, jakoś udaje się zapaść w letarg i przetrwać hałasy do przyzwoitszej pory na wstawanie. Po pogodnej nocy przywitał nas lekkim wiaterkiem słoneczny ranek, woda w jeziorze wydawała się wprawdzie zimniejsza, ale nie można się było oprzeć pokusie porannej kąpieli. Śniadanie, zwinięcie biwaku poszło szybko i sprawnie, starannie pakujemy graty do łódki – kierunek Omulwia.








Po kilkudziesięciu minutach wiosłowania wypływamy na rzekę. Wrażenia inne niż przed laty, wtedy ciągle padał deszcze, dziś wspaniała słoneczna pogoda, ale rzeka nie zmieniła się wiele. Nie będzie niespodzianek, szybko rozpoznaję znajome miejsca, to dobrze, nie tracąc energii na śledzenie szlaku, mogę się całkowicie poświęcić podziwianiu uroków wiosennej zieleni. Wszystko rośnie, kwitnie, pachnie – istne wiosenne szaleństwo. Rzeka nie sprawia większych problemów, od czasu do czasu trafiają się przenoski i zwałki, ale pokonujemy je bez większego trudu – dwa lata temu było trudniej.
Wiem już, że na pierwszy nocleg dopłyniemy znacznie dalej niż poprzednio, co cieszy, bo okolica będzie ładniejsza. Za Dębowcem rzeka pięknieje, a jeszcze dalej zamieni się w zachwycające rozlewiska.
Dopływamy do znajomego brodu, czas na zasłużony odpoczynek i obiadek, który robimy na ładnej łączce przy resztkach dawnego mostku. Po obiadku sjesta z widokiem na kwiaty, świerki i niebo.




Najbardziej męczący odcinek na nami, teraz pozostaje tylko miarowe wiosłowanie i podziwianie polskiej wersji namorzynowego lasu. Niebawem wypływamy na rozlewiska, mam świadomość, że w promieniu 2-3 km nie ma żadnego człowieka, nikt tu nie dotrze przez bagna i mokradła – co najwyżej łódką tak jak my, ale dziś poza nami nie dotarł tu jeszcze nikt. Cisza, spokój, zieloność i błękit nieba. Powoli rozglądamy się za miejscem na nocleg...





 cdn.

1 komentarz:

  1. już sobie wyobraziłem że tam jestem... piękna sprawa pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń