sobota, 8 marca 2014

Lutówka na Łynie

Jedni płyną na majówkę inni wolą lutówkę :)
A tak w ogóle, to w tamten weekend mieliśmy testować zimowe biwakowanie, a przede wszystkim śpiwór zimowy. Ale co ja poradzę, że zima była taka kiepska, a luty niczym marzec lub kwiecień. Biwakowe babranie się w mokrym śniegu i błocie jakoś słabo mi się uśmiechało, wobec tego szybka decyzja – robimy spływ.
A że w gościach na wsi byliśmy niedaleko Łyny, to na Łynę. Wprawdzie już ten odcinek płynąłem, ale jak już pisałem i napiszę po raz kolejny – powtarzalność tras nie jest wrogiem minibwp, wręcz przeciwnie. Minibewupowcy nie zaliczają (odfajkowują) szlaków, miejsc, krajobrazów, oni się nimi delektują, raz po raz, o każdej porze roku, przecież jak zauważył tysiąclecia temu Heraklit (podobno?), nawet do jednej i tej samej rzeki nie podobna wejść dwa razy, a co dopiero ją przepłynąć dwa razy. To już będzie inna rzeka i my też już nie ci sami co wcześniej i później. Oczywiście 90% turystów nazwałoby to potworną nudą, brakiem ambicji, nowości, odgrzewaniem kotletów itp., ale mnie to w ogóle nie wzrusza. Co więcej, już dawno zauważyłem, a ktoś mądry nawet to napisał (nie pamiętam kto), że jak w jakichś nietypowych, trudnych do oceny sprawach postąpimy odwrotnie niż typowe 90% populacji, to mamy 90% szans, że postąpimy słusznie. Wykorzystywali to już jaskiniowcy, urządzając pułapki na mamuty, bizony i inne zwierzęta na skraju urwiska. Cóż, podążanie za stadem zawsze bywało niebezpieczne :)
Czy dzisiaj wiele się zmieniło? Czytając arcyciekawego bloga Exignoranta, obawiam się, że nie, urwisko naszej cywilizacyjnej chciwości i próżności coraz bliżej :(
Wracając do Łyny, dzięki uprzejmości kolegi udało nam się w piękny słoneczny lutowy dzionek spłynąć sporo kilometrów, podziwiając po drodze lodowe krajobrazy, mnóstwo ptactwa i wspaniały zachód słońca
Przygotowania, a z chwilę kanu zmieni się w sanki
Początek był mocny, wypływając, zahaczyliśmy z lewej o podwodny jęzor lodu, co mocno chybnęło łódką, ledwo ją udało się wyprowadzić z przechyłu, kosztowało mnie to pół litra wody w kaloszu i emocjonującą wizję - oczami wyobraźni - prawdziwie zimnej kąpieli :)
Chwile grozy ;)




Równowaga odzyskana :)
Nauczki z tej przygody na zaś: zawsze patrz gdzie płyniesz (uwaga głównie do szlakowego, sternik z tyłu nie ma szans zobaczyć tak niskich, podwodnych przeszkód) oraz: zawsze w łodzi miej nogawki spodni na kaloszu/bucie, a nie w środku, bo potem będzie mokro i zimno ;)







Mniej więcej w 1/3 trasy zrobiliśmy przystanek, aby się pokrzepić gorącym posiłkiem (a ja wreszcie zmieniłem skarpetkę na suchą i buty). Przypominam - zawsze zabieramy zapasową odzież i buty.
W upalny letni dzień można odpuścić, ale lepiej i wtedy coś suchego mieć.




W plenerze wszystko lepiej smakuje, a gorąca zupka podgrzewana (dosłownie) na lodzie rozgrzewa jak żadna inna. Na taką okoliczność warto zabrać płachtę lub karimatę, bo siedzenie na żywym lodzie nie jest już takie przyjemne.
Atmosferę naszego spływu dobrze oddaje filmik znaleziony w necie, my niestety jeszcze się kamerki nie dorobiliśmy.


Za to fotki są jak najbardziej oryginalne – zapraszam na ciąg dalszy zimowej wycieczki po Łynie.








Światła Dobrego Miasta
A tu szczegółowa relacja kolegi – szlakowego.

2 komentarze:

  1. Nawet zupka była, no to wyprawa pełną gębą. ;)
    Greenway

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne zdjęcia, a wyprawy w tak przepięknym miejscu zazdroszczę :)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń