czwartek, 24 października 2013

Ziemska „Grawitacja”

Kiedy wybierałem się do kina na „Grawitację” zupełnie nie spodziewałem się, że stanie się dla mnie swoistym pendant do niedawnego wpisu o naszym skazaniu na minibwp. Spodziewałem się, że to będzie dobry film, ale nie spodziewałem się, że aż tak dobry.
Napastliwa i zakłamana reklama mająca napędzić widzów wszechobecnej filmowej szmirze nauczyła mnie, że częściej niż raz na kwartał nie warto się do kina wybierać. A nawet przy takim ograniczeniu nadal nie wiadomo czy nie trafimy na spektakularnego gniota, zwłaszcza w przereklamowanym 3D. Często mam wrażenie, że skrót 3D oznacza 3 x dno, bo na pewno nie trójwymiar. O technicznej jakości projekcji 3D nie chcę mi się nawet pisać, bo w większości kin to porażka lub wręcz oszustwo, biorąc pod uwagę zawyżone ceny biletów, podstępną dopłatę za okulary 3D i brak alternatywy 2D.
Biorąc to wszystko pod uwagę „Grawitacja” okazała się miłą niespodzianką, oczywiście nie jest to film na miarę „2001: Odysei kosmicznej”, do której często jest porównywana, lecz w swojej klasie – kameralnych thrillerów – jest znakomita. Najbliżej jej chyba do „Apollo 13”.
W internecie mnóstwo recenzji, dla przykładu, ale mimo że przeczytałem ich kilkanaście, przejrzałem drugie tyle, to chyba nikt nie poruszył wymowy i znaczenia końcowych sekwencji filmu. Być może dlatego, żeby nie spoilerować. Ja nie czuję się tym zobligowany, ponieważ nie piszę recenzji, dlatego pozwolę sobie opisać końcówkę. [Uwaga spoiler!]
Po dramatycznych przeżyciach w skrajnie nieprzyjaznym życiu środowisku, jakim jest kosmiczna próżnia, nawet tak bliska, jak ziemska orbita, Ryan Stone – główna bohaterka grana przez Sandrę Bullock ląduje (a dokładniej woduje) na Ziemi, cudem ratując życie. Po krótkiej walce o życie w płonącym i tonącym lądowniku, wypływa na powierzchnię, zabawnie towarzyszy jej żaba, łapie pierwszy zbawczy oddech i z trudem wypełza na  piaszczysty brzeg (wyraźna symbolika narodzin, wcześniej, w śluzie stacji ISS były sekwencje „płodowe”). Niczym pierwsze kręgowce, a może w ogóle życie na Ziemi, wychodzi na ląd.
Tak chwalone przez krytyków i widzów świetne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego tu podkreślają piękno i swojskość naszej planety, nie gorzej niż wcześniej pieściły zimne piękno kosmosu.
Nasza planeta w tej perspektywie staje się zielonym rajem, do którego powraca się niczym na łono matki. Orbitalny podskok może i jest atrakcyjny, ale tylko przez chwilę, ale nawet tam, prawie w każdym ujęciu, stale towarzyszy kosmonautom „błękitna planeta”, jako tło, obiekt podziwu lub odbija się dyskretnie w szklanych przyłbicach hełmów skafandrów kosmicznych – ciekawym czy to był zamierzony efekt, jakaś sugestia twórców, czy jedynie dbałość o graficzny realizm?

Ziemia widziana z orbity poraża majestatem i pięknem, ale kosmiczna próżnia tylko czyha na nasz błąd, żeby nas ukarać śmiercią za zuchwalstwo naruszenia jej spokoju i czystości (to w końcu nasze śmieci są początkiem katastrofy). A błędy są nieuniknione, bo jesteśmy tylko ludźmi.
W tym złowrogim środowisku – inaczej niż na dobrotliwej Gai – nie ma wybaczenia, drugiej szansy. Jednak nie w filmie Cuarona, gdyby reżyser (a zarazem współautor scenariusza) nie był litościwy i nie przymknął oka na kilka fizycznych niedorzeczności, film musiałby się zakończyć po 15 minutach, ale nie czepiajmy się drobiazgów.
Dla mnie „Grawitacja” jest filmem o tym, że wszystko co najdroższe jest tu na Ziemi, a w Kosmosie nie mamy czego poza „bohaterską” śmiercią szukać. Oczywiście jest to też film o odwadze, poświęceniu i harcie ducha w obliczu beznadziejnej zdawałoby się sytuacji i o tym, że dopóki oddychamy, nigdy nie jest za późno, lecz bez naszej cudownej planety to wszystko nie byłoby możliwe. Dbajmy o nią, póki nie jest jeszcze za późno (dla nas, ona sobie poradzi, jak zawsze).

3 komentarze:

  1. Absolutnie ten film to moje kinowe klimaty. Dziękuje za recenzję i wideo. :))
    Greenway

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie dlatego jakoś nigdy nie pociągał mnie kosmos i inne planety naszego czy innego układu... Na naszej błękitnej planecie mamy wszystko. Wystarczyło jedynie współżyć a nie poprawiać na siłę, to, co od początku swego praistnienia jest doskonałe. Tak myślę.
    Dzięki recenzji filmu chyba jednak odwiedzę kino:) Dobra robota!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie tam pociągał, ale dziś wiem, że pociągała mnie raczej czystość i dzikość tamtych światów, których chciwi ludzie nie zdążyli jeszcze oszpecić czy zniszczyć.
      Na szczęście nie mogą...

      Usuń