poniedziałek, 23 września 2013

„Skazani” na minibwp

Za młodu, chyba w czasach późnej podstawówki lub wczesnego ogólniaka, wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka pewnego polskiego fizyka udowadniająca, że loty w daleki kosmos są mrzonką, a lądowanie na Księżycu to bardziej taki podskok pchły na grzbiecie psa niż jakieś epokowe osiągnięcie. Do niczego więcej jako ludzkość nie jesteśmy i nie będziemy technicznie zdolni – a nawet gdyby, to i tak nie ma sensu wysyłać ludzi poza nasz układ planetarny (w zasadzie nawet trochę dalej poza orbitę Ziemi), twarde promieniowanie kosmiczne wybije nas niczym „Azotox” te pchły.
Jako niepoprawny fan literatury SF długo nie mogłem tego przeboleć. Jak to nie można polecieć w kosmos, odkrywać i kolonizować nowych światów, ratować innych cywilizacji przed zagładą, nieść tym zacofanym dobrodziejstw ludzkiego postępu i kaganka galaktycznej oświaty? Przecież tyle o tym książek napisano, filmów nakręcono, trwał wyścig mocarstw o palmę pierwszeństwa w kosmosie, a tu nie można, bo znane prawa fizyki zabraniają i nie zanosi się, że kiedykolwiek będzie inaczej? Straszne rozczarowanie.
Książek SF oczywiście nie przestałem czytać, ale z biegiem czasu nauczyłem się czytać je inaczej, raczej jako alegorię, kostium tego, co nurtuje Ziemian, a już niekoniecznie dosłownie. Jeszcze później zrozumiałem, że to może nawet dobrze, że nie dano nam polecieć w kosmos, bo sami ze sobą nie potrafimy dojść do ładu tu na Ziemi, a przy okazji zamieniamy ją w wielkie szambo. To by dopiero było, gdyby fizyka dała nam poszaleć w całym kosmosie. Kontakty z ziemskimi „obcymi” już ćwiczyliśmy, na większą skalę przynajmniej od XVI w. i jak to się skończyło dla „obcych”? Wymarli albo ledwo żyją gdzieś na peryferiach wyzuci ze swojej ziemi, resztek kultury i godności własnej. A co z prawdziwymi „obcymi” formami życia – mam tu na myśli zwierzęta, rośliny? Jak je traktujemy, w tym nawet te inteligentne jak delfiny, słonie, duże małpy? Są na skraju wymarcia, w tym wieku przetrwają tylko w ZOO, a w kolejnym nie będzie już ich wcale.
Zachłanny i bezwzględny „trzeci szympans”, jak nazywa nas Jared Diamond, zostanie sam na tej planecie otoczony garstką „nieludzkich” niewolników i to na dodatek zmodyfikowanych genetycznie dla zaspokojenia naszej żądzy absolutnego panowania i absurdalnego wygodnictwa. Oczywiście o ile wcześniej sami się nie pozabijamy albo jakoś inaczej nie przetrzebimy, realizując swoje krótkowzroczne zachcianki, o czym Diamond (oraz wielu innych) też pisze w swoich ostatnich książkach. Czym mam się zatem martwić, że nie polecimy na inne planety? Przeciwnie, bardzo się z tego cieszę, że nie dane nam będzie podzielić się swoimi „zdobyczami cywilizacyjnymi” z innymi mieszkańcami wszechświata. Podejrzewam, że nawet jeżeli gdzieś są i nas obserwują, to przezornie trzymają się z daleka, a na krańcach naszej galaktyki rozstawili znaki ostrzegawcze przed ludzkością, podobnie jak my na granicy terenów skażonych promieniowaniem, zatrutych itp.
Z czasem, jak już przebolałem, że kosmos na zawsze będzie dla nas niedostępny żywiłem się nadzieją, że może chociaż tu na ziemskim padole jakoś się poukłada, zapanuje postęp, ludzie się czegoś nauczą na błędach przeszłości, ułożą sensownie swoją przyszłość. Ale gdzie tam, nic nie wskazuje, że czegokolwiek się nauczyliśmy. Owszem żyjemy w okresie chwilowego materialnego dobrobytu, który nieco przytłumił nasze zgubne żądze i skłonność do agresji, ale za ogromną cenę spustoszenia surowcowego i ekologicznego naszej planety. To konsumpcyjne szaleństwo już się niestety kończy niczym bal na „Tytanicu”. Przy odrobinie szczęścia i dużym wkładzie rozsądku „Tytanic” nie musi zatonąć pociągając od razu wszystkich na dno, ale na pewno będzie trzeba się przesiąść do wielu znacznie skromniejszych łódek z napędem wiosłowym, może nawet uda się do kilku żaglówek. O napędzie węglowym, ropą naftową, atomowym można zapomnieć. To, co napędzało ostatnie 150 lat względnego dobrobytu, ową wystawną ucztę na „Tytanicu”, odejdzie nieodwołalnie w cień historii. Wtedy już nie tylko loty w kosmos nie będą możliwe, ale nawet banalna jazda samochodem stanie się luksusem dostępnym jedynie nielicznym. Wiem, wiem, 90% czytających te słowa uważa mnie teraz za wariata, chciałbym się mylić, ale znów fizyka nie pozostawia wątpliwości. Nie wierzycie, obejrzycie, nie ja to wymyśliłem i obliczyłem.
 (można włączyć polskie napisy)
A co z postępem naukowo-technicznym ktoś zakrzyknie, on znajdzie rozwiązanie, jak to niemożliwe – dla ludzkości nie istnieje niemożliwe! Jak znajdzie się remedium to pierwszy się ucieszę, ale na razie się nie zanosi. Od 100 lat używamy prymitywnego, hałaśliwego i trującego silnika spalinowego i postęp jakoś nic poza „pudrowaniem” go elektroniką nie zmienił. Energetycznie jest tak samo kiepski, jak w chwili jego wynalezienia.
Co nie przeszkadza większości „zaczadzonego” motoryzacją społeczeństwa się nim zachwycać na żenujących imprezach takich jak ta: Niesamowity Top Gear Live na VERVA Street Racing w Warszawie.
Ale prawda energetyczna jest mało widowiskowa i brutalna – kres powszechnej motoryzacji i rozpasanego stylu życia, jaki zapewnia tania i dostępna ropa jest bliski.
Co nam zatem pozostaje? Ano nic, czekanie na powolny zgon cywilizacyjnego molocha nadkonsumpcji, zupełnie nieadekwatnego do możliwości tej planety i powrót do tego jak żyli nasi przodkowie – czyli nieustające minibwp oparte na odnawialnych (dzięki słońcu) zasobach przyrody.
Oczywiście to postmodernistyczne minibwp będzie inne niż np. Aborygenów czy Eskimosów, trochę bardziej techniczne, zapewne podobne do życia naszych praprababć i prapradziadków w XIX w.
Prądu będzie niewiele, transport tylko publiczny albo rowerowy. Dużo pracy rąk ludzkich i zwierząt. Wszystko będzie działo się dużo wolniej, produkty do sklepu spożywczego przybędą tylko z bliskiej okolicy, powróci szacunek dla trwałych i ładnych rzeczy zamiast nieustannej, konsumpcyjnej wymiany tandety. Wrócą książki zamiast tabletów i wiele, wiele więcej zmian, których nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Taka delikatna dystopia, o ile oczywiście zmiany przebiegną pokojowo i pod kontrolą, w co osobiście wątpię, ale nie bądźmy zupełnymi pesymistami ;)
Ale czy to źle, że świat tak się zmieni? Dla mnie raczej nie, mimo wszelkich spodziewanych niedogodności, np. może w końcu zniknie zdecydowana większość źródeł hałasu, który tak mi dziś doskwiera. A w skali planetarnej uspokoimy się trochę, dobrze nam to zrobi, może w końcu da czas, którego dzisiaj najwyraźniej nam brakuje, na myślenie i cieszenie się tym, co dobrego i pięknego mamy tu i teraz. Czasem na wyciągnięcie ręki, a na pewno nóg na spacerze lub rowerze.
Czy podcinam takim pesymistycznym tekstem ludzkości skrzydła, być może, ale jakie to ma znaczenie w czasie gdy tzw. ludzkość właśnie kończy podcinać sobie stopy? Nawet gdy sobie trochę na tych niepodciętych skrzydłach polata, to i tak nie będzie miała na czym wylądować. To dopiero będzie przykre, znacznie bardziej niż brak urojonych skrzydełek.

6 komentarzy:

  1. To wszystko o czym piszesz wydaje się całkiem możliwe. I być może prekursorom ruchu bwp będą stawiane pomniki z kamienia lub rzeźby z drewna. ;)
    Greenway

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie trzeba pomników, bo i nie ma żadnych prekursorów, minibwp było od zawsze i będzie, a natura sama jest najpiękniejszym pomnikiem dla nas wszystkich :)

      Usuń
  2. http://www.filmweb.pl/film/Contact+-+australijska+odyseja+kosmiczna-2009-568541/descs

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tam się cieszę, że wrócimy do normalnego życia i bliższego kontaktu z naturą...jeśli tylko będzie nam to dane. Niestety Pacyfik jest już systematycznie skażany radioaktywnymi wyciekami, jak długo to potrwa?
    http://www.fukuleaks.org/web/

    OdpowiedzUsuń
  4. Wystarczy jeden wynalazek. Jesli ktoś znajdzie sposób na akumulatory o 1000 krotnie lepszych parametrach. np. 100 razy wiecej energii i 10 razy lżejsze. Cały problem mamy z głowy. prad mozna mieć z czegokolwiek. od kominka (poczytaj kominek w australii o wysokosci 1 km, wystarczy 6 sztuk na pustyni i caly prad jaki potrzebny jest w australii da sie zrobic). albo wykopac dziure w ziemi i mamy duzo energii. Jest jeszcze tokamak ;-)
    problem jest ciagle z akumulatorami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że mało uważnie oglądałeś filmik "There's No Tomorrow".

      Usuń