piątek, 23 sierpnia 2013

Drwęca raz jeszcze

Ten odcinek Drwęcy przepłynąłem na początku maja, ale co szkodzi przepłynąć go raz jeszcze, jak już pisałem – powtarzalność nie wadzi minibwp, wręcz przeciwnie. Tym bardziej warto, że to chyba najładniejszy fragment Drwęcy za Brodnicą, meandrujący i prawie cały przebiegający przez tereny leśne. A sierpniowa rzeka będzie inna niż majowa, ciekawe jak się zmieniła?
Na zielono oznaczone mosty, niebieska linia to nie nasza trasa, lecz te zakrętasy poniżej, czyli Drwęca.

Tak też się stało, kiedy w upalny sierpniowy dzień nadarzyła się wreszcie okazja wypróbowania nowego kanu na rzece. Plan był prosty – popłynąć w górę rzeki, pod prąd, do mostu na drodze z Pustej Dąbrówki do Radzików Dużych i na luziku spłynąć z powrotem. Nie wiedziałem czy damy radę wiosłować tak dużą łajbą pod prąd 13 km, w razie „opadu z sił” mieliśmy skrócić dystans.
Wyruszyliśmy dość wcześnie, aby znaleźć się na rzece jeszcze przed południowym upałem. Trasę dojazdu do drewnianego mostu na Drwęcy niedaleko Smólnik mniej więcej znałem, ale samochodowy GPS jak zwykle się przydał.
Po wyładowaniu łódki i gratów (picie, jedzenie, wyposażenie łódki), jak zwykle pojawił się problem gdzie zostawić samochód. Na biwakowej łączce przy moście trochę ryzyko, wrócimy późnym popołudniem, może wieczorem, nie wiadomo co wpadnie do głowy wędkarzom czy komuś innemu, który się tu przypadkowo pojawi. A nuż ich zainteresuje, co jest w środku opuszczonego auta i zbiją szybkę, aby zaspokoić ciekawość, a może zechcą zrobić jakiegoś psikusa w stylu – przebicie opony, ale uciecha. Nie tak dawno czytałem o „przygodzie” pewnej pani, która pozostawiwszy samochód nad rzeką na kilka godzin po powrocie zastała go bez siedzeń i wielu innych elementów. Rodacy mają czasem fantazję, zwłaszcza po pijaku :(
Spora ilość potłuczonych butelek i puszek po piwie przy miejscach ogniskowych na nadbrzeżnej łączce nie zachęcała do ryzykowania. Aby zminimalizować prawdopodobieństwo pechowego scenariusza, odjechałem spory kawałek od mostu i zaparkowałem pojazd w pobliżu bramy do niedalekiej posesji letników. Ktoś postronny pomyśli, że to ich samochód i że mogą być w pobliżu, wobec tego może odpuści demolkę?
Upał się wzmagał, komary atakowały, spieszyłem się z powrotem. Nareszcie, spuszczamy łódkę na wodę w mini zatoczce obok pomostu i tu porażka, czarny, paskudny muł głębokości ponad pół metra studzi nasze zapały. Kumpel wpada w niego po kolana. Chyba ostatnio woda opadła i odsłoniła muliste dno, przedzieranie się tędy do nurtu zakończy się upaćkaniem siebie i łódki. Przenosimy łajbę bliżej mostu, tam jest dogodne miejsce i ruszamy pod prąd. Pierwsze chwile to porażka, prawie nas znosi mimo energicznego wiosłowania. Dopiero po chwili sytuacja się stabilizuje i zaczynamy sobie radzić z nurtem. Najważniejsze to czytać wodę i przemykać blisko brzegu tam gdzie prąd jest słabszy. Wymaga to częstej zmiany strony, którą się płynie. Po kilkunastu minutach zaczynamy kumać, o co chodzi i płynie się lżej, co nie znaczy, że bez wysiłku.
Jednak piękne widoki wynagradzają trud wiosłowania pod prąd.


Pełnia lata, z każdej strony otacza nas bujna zieleń i bzyczące stworzenia. Ważki są przepiękne, w ogóle się nie boją, siadają na burtach, wiosłach, ramionach, nawet grzbietach dłoni. Bezlitosnych komarów w nurcie nie ma, inaczej niż na brzegu, ale za to atakują nas od czasu do czasu zgraje szarych gryzących boleśnie much tzw. końskich. Przeważnie pojawiają się, gdy przepływamy obok gospodarstw lub krów pasących się nad rzeką. Nie ma zmiłuj, trzeba się energicznie opędzać, co przeszkadza w skutecznym wiosłowaniu. Pa jakichś dwóch godzinach mordęgi robimy przerwę na odpoczynek i posiłek. Z niejakim trudem, przez pokrzywy, wspinamy się na stromy brzeg przy jakiejś ławeczce wędkarskiej, akurat lepszego miejsca do desantu nie ma, wszędzie strome, niedostępne brzegi. Za ławeczką cudowna łąka między rzeką a ścianą lasu. Robimy sobie piknik, ależ przyjemnie...
Po miłym wypoczynku spuszczamy się na cumce do łódki i płyniemy dalej. Pojawiają się pierwsze większe zwałki, ale do przepłynięcia bez trudu. Spotykamy też pierwszych wodniaków, o dziwo, też na kanu, tylko jeden kajakiem. Czyżby jakiś renesans kanu? Powoli ogrania nas zmęczenie, ale dzielnie postanawiamy nie wymiękać i płynąć aż do zaplanowanego mostu. Krajobraz nieco traci na atrakcyjności, rzeka chyba była tu regulowana, przynajmniej częściowo, ale i tak jest całkiem przyjemna dla oka.
Z szacunkowych obliczeń wynika, że most tuż, tuż, ale wciąż się nie pojawia. Nie poddamy się łatwo, wiosłujemy dalej, mijamy kolejnych „spływaczy”, tym razem to napruci kajakarze z petami w zębach i butelką przy ustach, którzy w chaotyczny sposób machają wiosłami (trudno ich ruchy nazwać wiosłowaniem). Za chwilę dopływamy do ich kolegów pod mostem, równie, a może bardziej nawalonych. To Pusta Dąbrówka – półmetek naszej wyprawy. Kumpel zostaje pod mostem, a ja idę do wiejskiego sklepiku po coś do zimnego do picia. Okazało się, że musiałem drałować dalej niż sądziłem, ale już nie warto było zawracać. W wiejskim sklepiku, małym baraczku żywcem wyjętym z lat 70-tych, w lodówce z napojów było jedynie piwo i to takie sobie. Duszkiem, łapczywie wypiłem flaszkę Kasztelana, czym zyskałem szacun miejscowych traktorzystów opracowujących z namaszczeniem swoje flaszki w ciemnym kącie. W takim upale nawet kiepskie piwo i tak smakowało jak boski nektar. Zakupiłem ów „nektar” dla kumpla i wracam.
Pod mostem impreza rozwija się w najlepsze, alkohol leje się obficie, kajakarze drą się, przeklinają, wywracają i zatapiają kajaki, wpadając do wody. Popisują się tymi wygłupami przed miejscowymi małolatami, które przyszły pod most popluskać się w rzece – dziewczynom wyraźnie się podobają te pokazy „intelektualno-sprawnościowe” :) Za chwilę zaczną się końskie zaloty, ale nie chcemy już na to patrzeć i wolimy się ewakuować rezygnując z kąpieli, za dużo hałasu i żenady jak na nasz gust.
Droga powrotna to istna sielanka, rzeka nas sama niesie. Leniwie poruszamy wiosłami, na tyle, żeby utrzymać kierunek. Mijamy po drodze wcześniej spotkanych kanuersów, już rozbili namioty pod lasem.
Dzień powoli chyli się ku wieczorowi, zmienia się światło, coraz więcej złota i czerwieni.







Paskudztwa też się trafiają, ale to już "osiągnięcia" człowieka.



W końcu docieramy do mostu skąd wypłynęliśmy. Idę po samochód – przetrwał bez szwanku, kumpel klaruje łódkę. Na biwakowej łączce kończą rozbijać namiot inni, mijani wcześniej kanuersi, chyba Niemcy. Zmęczeni i głodni, ale z satysfakcją z udanego spływu ostatni raz zerkamy na rzekę i odjeżdżamy polną, piaszczystą drogą zostawiając za sobą chmurę kurzu. W domu czekają na nas placki ziemniaczane Jadzi, trzeba się spieszyć, żeby potem palce lizać :)

PS
Fotki autorstwa Sławka z Gaju, ja robiłem za galernika, a on sobie pstrykał ;)

4 komentarze:

  1. Chyba ostatni spływ tego lata. Świetna sprawa z tymi pluskającymi się dziewczętami. Zwykle chodzę po lasach, tam nie ma co liczyć na takie zjawiska przyrodnicze. A te drzewa w ciepłych promieniach słońca- prawie jak jesień. Paskudztwa nad rzeką przypominają mi "domki letniskowe" łowców aligatorów na Florydzie z dźwiękiem banjo w tle :)
    Nie wiem czy spływ był dla was udany ale z opisu wygląda jak fajna przygoda z ciekawymi atrakcjami.
    AG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do końca lata jeszcze trochę czasu, mam nadzieję, że jeszcze popłynę tu i tam :)
      Udany, tylko króciutki, ale takie też mają swój urok.

      Usuń
  2. A mnie się spodobały nowe, dla mnie przynajmniej, słowa: pływadło, spływacze i kanuersi. Czy to są słowa Twojej, Darku, kreacji?
    Fajny wpis, trzyma w napięciu, jak dobre opowiadanie lub ciekawa anegdotka. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie, nie pamiętam, używam i już :)
      Zobacz tu

      Usuń