piątek, 26 lipca 2013

Jeziora mojego dzieciństwa cz. 3

Głęboczek – najmniejsze, ale najładniejsze z żalskich jezior. Jest malutkie, zaledwie 12 ha i wbrew nazwie niespecjalnie głębokie – do 14 m, średnio 6,5 m.
Miejscowi uważają, że jest inaczej i rzadko się w nim kąpią, boją się, twierdzą, że ma zdradliwe głębie i wciągające wiry z podwodnych źródlisk. I wielu ludzi się w nim utopiło. Wiąże się z nim pradawna legenda – w dzieciństwie opowiadała mi ją Ciocia.
Podobno w płd.-wsch. zakątku jeziora, ciemnym, zarośniętym i otoczonym mokradłami jest zatopiona przed wiekami wieś. Zatopienie było karą za grzechy jej mieszkańców, którzy za nic mieli prawa boskie i ludzkie. W określone dni w roku (niestety nie pamiętam, jakie to święta) można usłyszeć wydobywający się z toni wodnej dźwięk kościelnego dzwonu, a nawet ujrzeć w głębinie dach dzwonnicy. Powiadają też, że Głęboczek łączy się z J. Dużym jakimś podziemnym kanałem, podobnież sięgającym piekieł. Dowodem na to miały być utopione niegdyś krowy i byki, które po paru dniach wypłynęły w J. Dużym jakoby ugotowane czy popalone. Ogólnie jezioro uchodzi za niebezpieczne i tajemnicze.
Mnie tam zawsze się podobało, bo było odludne, pełne żab i raków, a woda bardzo czysta. W wakacje bywałem tam nawet kilka razy dziennie, bo nad jeziorem są pastwiska i chodziłem tam przepalowywać jałówki, krowy, a wieczorem zaganiać je do obory. Często też zwierzaki zrywały się z łańcuchów, zwłaszcza gdy przychodziła plaga bąków i tzw. końskich much. Ich ukąszenia są bardzo bolesne i dlatego bydło panicznie ucieka, nierzadko do wody. Krowy świetnie potrafią pływać, zdarzało się, że przepływały na drugi brzeg jeziora. Co rusz zerwane sztuki trzeba było ganiać po okolicy, czasem na rowerze, a nawet na motorze. Pomagał wprawiony w zaganianiu wielki pies Ciotki. Rozrywek z krowami nigdy nie brakowało, do dziś uwielbiam te zwierzęta, ich wielkie, mądre oczy, mokre nosy i basowe muczenie.
Nad Głęboczkiem prawie nie ma paskudnych letniskowych działek, a jak są, to nie dochodzą do samej wody, dzięki temu zrzut chemikaliów i nawozów ze śmiesznych „angielskich trawników” jest być może mniejszy i dlatego wody czystsze. Oby jak najdłużej.
Za to pojawia się sporo wędkarzy, bo jezioro ponoć rybne, którzy niestety ohydnie śmiecą :(
Z moich obserwacji wynika, że wędkarze nad polskimi jeziorami są największym źródłem śmieci, nawet przed pijanymi „dresikami”. Ciekawe, dlaczego ludzie, których pasją jest relaks na świeżym powietrzu, nawet chyba bardziej niż samo łowienie ryb, których coraz mniej, są takimi syfiarzami? To tak jakby wyrzucać śmieci czy „załatwiać się” w kącie własnego domu – dla mnie to niepojęte!

Poniżej lipcowe uroki Głęboczka, to chyba będzie mój rekord w ilości fotek dodanych do wpisu, ale co tam, jezioro jest tego warte :)



















































6 komentarzy:

  1. Fotek wcale nie za dużo. Nie każdy może mieć urlop latem. Bardzo było mi miło pooglądać zbliżenia wodnych kwiatków.
    Ena

    OdpowiedzUsuń
  2. Tej legendy o zatopionej wiosce nie znałam, albo po prostu jej nie pamiętam. Jezioro za to pamiętam właśnie tak, jak się ukazuje na tych fotkach. Przyznaję, że jest ciągle czarujące. Dzięki za tyle fotek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślałem że takie pagórki są tylko u nas a tu proszę.
    AG

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do wirów i źródlisk, to nad każdym jeziorem miejscowi mają swoje opinie wyrobione od dziecka, gdy rodzice nie pozwalali im pływać z przyczyn oczywistych. Potem, choć sami nie wierzyli, powtarzali dzieciom z pokolenia na pokolenie...

    Co do wioski, to całkiem możliwe, że była tam jakaś osada. Może nie uległa nagłej zagładzie w potopie, ale mogło być, jak w Biskupinie. Sprawę mogą wyjaśnić tylko archeolodzy.

    Z opinią o wędkarzach-śmieciażach mam podobne zdanie. W niektórych miejscach jest większość z pewnością wędkarskich śmieci. Czy to z frustracji, że ryby nie brały?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że po prostu za wędkowanie bierze się teraz inny typ ludzi. Kiedyś ojciec jeździł z synem, potem ten jeździł ze swoim synem... Teraz zaczyna to trącić sportem dla bogatych lub cwaniaków (kto nałapie nielegalnie więcej ryb). Nie siedzi się dla wędki i złowionej ryby, to tylko pretekst, by spotkać się z kumplami przy piwku (nie mam nic do pijących kulturalnie i czysto ;)).

      Usuń
  5. Ojciec mojej byłej dziewczyny praktycznie co 2 tygodnie wynajmował z kumplami niewielki kuter, kupowali kilka zgrzewek piwa i płynęli na jakieś łowisko na Bałtyku. Wracali po kilku dniach. Idylliczne przekazywanie pasji z ojca na syna świetnie wygląda w reklamach i amerykańskich filmach o prowincjonalnym sielskim życiu z początku XX w. Prawda jest bliżej ziemi. Idąc na pomost węglowy na molo w Giżycku możemy mieć trudności z postawieniem stopy na kawałku betonu gdzie nie ma pobitych butelek po tanim winie.
    AG

    OdpowiedzUsuń