czwartek, 25 lipca 2013

Jeziora mojego dzieciństwa cz. 2

Z J.Kopieckiego prowadzi struga do Jeziora Dużego (niekiedy zwanego – Wielgie). Dlatego nazywają je „duże”, bo jest 10 razy większe od Kopieckiego, choć nie głębsze, linia brzegowa ma ok. 9 km długości. Piechotą, dookoła znacznie więcej, kiedyś obszedłem je całe, zajęło mi to cały dzień i kosztowało integralność pary trampek :)
Z tym jeziorem wiążą się chyba moje najmilsze „jeziorowe” wspomnienia z dzieciństwa. Nad nim miał pole mój dziadek, dojście do wody było bardzo łatwe, inaczej niż teraz. Przy dziadkowym brzegu rozciągała się piaszczysta płycizna, idealna do beztroskich kąpieli i zabaw w wodzie oraz jako miejsce wodowania wujkowego, drewnianego kajaka, którym pływała moja siostra z kuzynką.
Latem przychodziło się tam pławić konie, pamiętam te chwile, czysta woda, słońce, piękne zwierzęta, lśniące krople wody na ich spracowanych grzbietach i... czarne pijawki na końskich, a czasem własnych nogach. Nie baliśmy się ich, były czymś naturalnym, jak żaby czy zielone trzciny. Chyba dzięki temu do dziś nie boję się pijawek, choć obecnie bardzo rzadko można je spotkać, czyżby pogarszający się stan wód im zaszkodził? Ten sam los spotkał raki, kiedyś tak liczne.
Wieczorami do jeziora przychodziło się na kąpiel po znojnym dniu sianokosów czy żniw. Wtedy na wsiach nie było łazienek, większe kąpiele odbywały się w sobotę wieczorem w wielkiej misce, w roboczy dzień nikt nie miał czasu na noszenie wiadrami i grzanie wody, pozostawało jezioro. Te wieczorne kąpiele były bardzo przyjemne, pachnąca tatarakiem woda zmywała nie tylko pot i pył, ale i całodzienne zmęczenie. Po powrocie jeszcze łyk mleka z wieczornego udoju i spałem jak zabity (często w stodole na aromatycznym sianie) do nadejścia kolejnego słonecznego poranka, który obwieszczało głośne, pełne energii pianie kogutów.
Nieco dalej od łagodnego dojścia do jeziora z dziadkowego pola była wiejska plaża, idąc do niej drogą, mijało się po lewej malutkie źródełko, woda w nim była zawsze bardzo zimna i smaczna, a obok rosły dorodne jeżyny, objadałem się nimi, barwiąc ich sokiem palce, zęby i nierzadko ubrania. Ta plaża też była piaszczystą płycizną wchodzącą daleko w jezioro, otoczoną wysokimi trzcinami. Bezpiecznie mogły się tam kąpać nawet małe dzieci, bo nie było zdradliwych głębi, tak charakterystycznych dla polodowcowych jezior.
Niestety z czasem Jezioro Duże stało się prawie niedostępne, ponieważ dawne pola podzielono na działki i sprzedano „miastowym” pod „dacze”. Oni zaś nastawiali płotów i ogrodzeń tak, aby maksymalnie utrudnić „obcym” dostęp do wody. Pozostałe, nieużywane brzegi bardzo zarosły i teraz w miarę wygodny dostęp do wody jest jedynie w nielicznych miejscach, dość daleko od wsi. Dla zdesperowanych pozostaje przedzieranie się przez zarośnięte, wąskie miedze pod „złym okiem” właścicieli działek.
Kiedyś do jeziora był swobodny dostęp i służyło wszystkim mieszkańcom i przyjezdnym, było dumą wsi. Teraz stało się „zakładnikiem” garstki nowobogackich owładniętych manią budowlanej wersji „obsikiwania terenu”. Oj przydałby się rozsądny podatek katastralny, który okiełznałby ten architektoniczny pęd i chaos służący li tylko próżności i spaczonej formie „inwestowania” kapitału. Budowano by umiarem, którego teraz brakuje, tylko budynki służące do mieszkania lub działalności gospodarczej, zamiast paskudnych manifestów egoizmu. Samym „inwestorom” też dobrze by to zrobiło, bo zamiast zarzynać się w wyścigu szczurów o kolejne tysiące złotych do dokończenia szpecącej krajobraz „inwestycji” lub spłacenie kredytów, mieliby znacznie więcej czasu na przebywanie w przyrodzie, dla której uroków rzekomo te „letniska” budują. Pożyliby minimum z 10 lat dłużej, a i natura by odetchnęła z ulgą. Jednak najzabawniejszym dla mnie przejawem „nowobogackiej propagandy sukcesu” jest niedawne pojawienie się na tym jeziorze żaglówek. Bynajmniej nie tych lekkich w stylu „maczka” lub „mewy”, ale ciężkich, kabinowych jachtów znanych z Mazur. Oczywiście jezioro jest dla nich za małe, zapewne dlatego nie widziałem ich ani razu pod żaglami, cumują za to całymi dniami w szuwarach lub przy pomostach służąc za pływające przyczepy campingowe.
Jako optymistyczną alternatywę wyobraźmy sobie kilka ogólnie dostępnych i czystych plaż na tymi pięknymi jeziorami, a do tego jakieś fajne miejsca biwakowe zamiast tych smętnych grodzeń, bram, kamer, pomostów i innych architektonicznych koszmarków. Szczytem marzeń byłoby pogłębienie strugi między jeziorami tak, aby powstał szlak kajakowy rzeki Ruziec od J. Kleszczyńskiego (a może nawet dalej) aż do Drwęcy. Wtedy praktycznie wszyscy rolnicy we wsi mogliby sobie dorobić na agroturystyce, pozostali cieszyć się sielskim krajobrazem, a przybysze zwabieni urodą jezior i okolicy przysparzać dochodu tubylcom.
A teraz co mamy? Absurd –  spore, prawie 160 ha, i najatrakcyjniejsze rekreacyjnie jezioro, praktycznie pozbawione dostępu od strony wsi, tylko z jednym czy dwoma ogólnie dostępnymi dojściami do wody gdzieś daleko, chyba wyłącznie dla wytrwałych wędrowców i zmotoryzowanych. Cena postępu czy koszt głupoty i pazerności?
Dobrze, że jeszcze pamiętam sielskie uroki tego jeziora z dzieciństwa, kiedy świat był chyba jednak lepszy, a na pewno piękniejszy.

































 W zachodnim krańcu jeziora kwitnący lipowy lasek, aż pachnie nad wodą.





Koniec wycieczki :)
cdn.

2 komentarze:

  1. Byłem, widziałem i mam podobne odczucia... Zazdroszczę Ci tych dziecięcych lat z tamtych nadjeziornych czasów. Mam podobne związane z rzeką Wisłą i moim dziadkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widzę co się w Polsce z jeziorami porobiło to sam sobie zazdroszczę, a co mają zrobić nasze dzieci? A wnuki chyba bilety będą kupować żeby się wykąpać? :(

      Usuń