poniedziałek, 8 lipca 2013

Jeziora mojego dzieciństwa cz. 1

J. Kopieckie wzięło swoją nazwę od spłaszczonego wzgórza, które miejscowi „od zawsze” nazywali „Kopiec”. Gdy byłem mały, kojarzyłem sobie nazwę „Kopiec” z „pogrzebową” nazwą miejscowości – Żałe i pogłoskami o wykopaliskach na tym wzgórzu i byłem przekonany, że w kopcu został pochowany jakiś pradawny, pogański władca, może kujawski książę, niczym Krak w Krakowie. Nie jest to wykluczone – łudzę się od lat, ale przekazy historyczne są rozczarowująco banalne.
Na wzgórzu istniało niegdyś wczesnośredniowieczne grodzisko, rozbudowane później w ceglany zameczek, który zniszczyli najprawdopodobniej Krzyżacy. Potem zbudowano tam dwór – siedzibę miejscowego rodu Żelskich, którą z kolei zniszczyli Szwedzi. Archeolodzy pod przewodem prof. Jadwigi Chudziakowej z Torunia znaleźli, prowadząc w roku 1969 prace wykopaliskowe na wzgórzu, szczątki ceramiki i gotyckich cegieł.
Dziś dawny majdan grodu-dworu jest po prostu polem uprawnym, na którym co rusz wyoruje się różne historyczne artefakty – wiem to od mojej krewnej, która ma to pole. Nie są to cenne znaleziska, jakieś skorupy naczyń itp. drobiazgi, zatem potencjalni „łowcy skarbów” wyluzujcie i nie niszczcie rolnikom upraw.
Samo jezioro leży w środku wsi, niedaleko krzyżówki, wszyscy do niego mają blisko. Kiedyś pojono w nim bydło, czerpano wodę, dziś służy rekreacji. Starsi ludzie pamiętają, że dawniej wody jeziora obmywały „Kopiec”, z czasem wody ubyło, u stóp wzniesienia pojawiło się żwirowe, kamieniste miejsce do kąpieli, które z czasem zarosło trawą i szuwarami, które dziś zakryły nawet słynny kopiecki kamień, z którego niegdyś dzieciaki (dziś dziadki, o ile jeszcze żyją) skakały do wody. Obecnie właściwa plaża zaczyna się ze 30 m od Kopca na prawo. Jest malutka i wąska, bo właścicielka pobliskiej łąki postawiła w końcu ogrodzenie. Znam ją, bardzo sympatyczna, starsza autochtonka, ale nie miała już siły walczyć z chamstwem plażowiczów, którzy nie tylko bez pozwolenia włazili na jej teren i opalali się na kocyku (na to zawsze pozwalała), ale parkowali na łące samochody cieknące olejem silnikowym, rozbijali namioty, palili ogniska, niszcząc jej trawę, a nawet rozbierając stogi ze słomy, płoszyli pasące się krowy i oczywiście pili alkohol, hałasowali i śmiecili niemożebnie. I pomyśleć, że kiedyś to było takie ciche i spokojne miejsce, ale odkąd każdy chłystek ma lada jaki samochód, to dotrze wszędzie i zasyfi sobą, co się da i nie da.
Tę mini plażę całkiem niedawno – pewnie w ramach gminnego dążenia do „nowoczesności” – wysypano żółtym, gruboziarnistym, nieprzyjemnym piaskiem, który lepi się do stóp i wpada do sandałów. Komuś marzyła się morska plaża – wyszła nieciekawa podróba. Prawdziwy jeziorowy piasek jest kilkadziesiąt metrów dalej na prawo, szaro-beżowy, miałki, miły w dotyku i nie brudzi stóp. Jezioro nie jest duże (16 ha) ani specjalnie głębokie (max 17, średnio 7,5 m), dzięki temu szybko się nagrzewa w lecie. Kąpiele są bardzo przyjemne, a i do wiejskiego sklepiku niedaleko, zawsze można wyskoczyć – nawet w mokrych kąpielówkach – po loda lub zimne piwo, co kto lubi.
Od północy wody jeziora zasila struga, która jest początkowym odcinkiem (ale nie źródłem) rzeczki Ruziec, uchodzi zaś na południu, u podnóża „Kopca”, dawniej był tam młyn wodny. Na prawym brzegu ujścia Ruźca jest źródełko, dziś praktycznie niedostępne, zarośnięte niemożebnie krzaczorami, ale kiedyś można się tam było napić świeżej, zimnej wody.
Krajobraz wokół żalskich jezior był kiedyś piękny, dookoła, na stokach morenowych wzniesień łagodnie opadające złote łany zbóż i kwieciste łąki. Dziś został oszpecony domkami letniskowymi – pomnikami „sukcesu” współczesnych parweniuszy. Dawne pola podzielono na wąskie działki budowlane dochodzące do jezior, a na nich „kwitnie” radosna „tfurczość” architektoniczna od sasa do lasa, a wszystko to majaczy na horyzoncie, niszcząc bezpowrotnie urok krajobrazu morenowych wzgórz. Oczywiście, starym chamskim zwyczajem, który rozplenił się w całej Polsce, każdy, kto dorobi się byle działki przy wodzie, grodzi swą posesję na wyścigi z sąsiadem, z reguły szpetnym płotem, nierzadko z drutem kolczastym, do samej wody, a nawet wchodzi z ogrodzeniem w nią. Co oczywiście jest niezgodne z prawem wodnym, ale kogo to obchodzi, ważne, że moje i „nikt mi tu tera nie wlezie”. Ciekawym, jakim prawem pola uprawne stały się nagle działkami budowlanymi? Pewnie, jak zawsze, prawem kaduka, łapówki gdzie trzeba i chciwości miejscowych, którym reforma rolna nadała za darmo tę ziemię, którą teraz sprzedają za setki tysięcy nie bacząc, co z nią dalej będzie.
A co będzie, a raczej jest? Targowisko próżności i egoizmu miastowych dorobkiewiczów, a skutkiem zniszczenie naturalnego krajobrazu i ekologiczna dewastacja. Do tematu pleniącego się brzydactwa wrócę przy opisach kolejnych jezior.
J. Kopieckie resztkami sił jeszcze się broni, wspiera je sama natura, która na wschodnich brzegach litościwie zasłania pnącą się zielenią „miastowe dacze”, a po zachodniej odstrasza „inwestorów” bagniskami i zarośniętymi wąwozami. Oby jak najdłużej...
















cdn.

3 komentarze:

  1. "Tę mini plażę całkiem niedawno – pewnie w ramach gminnego dążenia do „nowoczesności” – wysypano żółtym, gruboziarnistym, nieprzyjemnym piaskiem"

    Taka to już polska przypadłość do zakompleksienia. Chciałoby się Łebę lub Ustkę więc czemu nie piasek z plaży, zawsze to namiastka. Ustka i Łeba też zakompleksiona że nie jest jak Gwadelupa czy Santo Domingo więc niech chociaż turysta wyjedzie z plecakiem pirackich pamiątek ze straganów. Podobnie jest z asfaltowaniem dróg w puszczańskich wsiach. Było o tym na blogu o puszczy
    AG

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten piękny wpis jest balsamem dla ducha. :-)))
    Jeden zgrzyt w tej sielance to te dacze i wyimaginowane prawo własności, pazerna chęc posiadania bez granic, a raczej z granicami... wytyczonymi przez - co za horror, brak wrażliwości i smaku - drut kolczasty otaczający posesje i wbijający się aż w wodę w jeziorze. Pamiętam te pola, otwarte przestrzenie z granicami wyznaczonymi wyłącznie przez miedze, a nie druty kolczaste. Pamiętam nieograniczone dojścia do każdego jeziora, kiedy przywilej korzystania z piękna natury był dosępny dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten drut kolczasty to skrajne przypadki, ale jednak bywają, zaś płoty, druciane ogrodzenia prawie do samej wody to norma. Widziałem nawet zabawny przypadek dwóch ogrodzeń (sąsiednich działek) biegnących równolegle w odległości kilkudziesięciu cm, czyli szerokość miedzy. Paranoja!

      Usuń