poniedziałek, 20 maja 2013

Niespodziewane otwarcie sezonu kąpielowego

Obowiązki towarzyskie, zaproszenie na wernisaż, zaprowadziły mnie do Gostynina. Trafiłem na wyjątkowo upalną pogodę jak na połowę maja. Otwarcie wystawy wieczorem, a tu od rana iście lipcowe słońce i temperatury, nie usiedzę w mieście, co tu robić. Spytałem o radę mazowieckiego autochtona i jak zwykle niezawodny Sławko z Gaju dobrze doradził:
[…] zajedź do miejscowości Lucień k. Gostynina ok. 5 km. Tam śliczny rezerwat przyrody pod nazwą KOMORY.... DĘBY, JEZIORO, SPOKÓJ. Byś se połaził na małe bwp :) Warto, nieśpiesznie niczym piechur smakować uroczysko”.
Racja, sprawdziłem na mapie, faktycznie blisko i Jezioro Lucieńskie wygląda zachęcająco. Tym bardziej kusi, że już kiedyś się tam wybierałem, zachwycony kąpielą w czystych wodach bliźniaczego jeziora (J. Białe) leżącego po wschodniej stronie drogi Gostynin-Nowy Duninów. Wtedy się nie udało, teraz mam szansę. Z braku plecaczka spakowałem szybko do płóciennego odpowiednika reklamówki (staram się unikać tej foliowej zmory dla środowiska), coś do picia, dwa jabłka, lichy kocyk i oczywiście aparacik fotograficzny – pożyczony od koleżanki. Mój został w domu przez przypadek, a na sfotkowanie czekał dąb „Jan”, nie mogłem go zawieść.
Pod rezerwat podjechałem samochodem, jest przy samej szosie, widać tablice, zaparkowałem przy jakimś przydrożnym barze, jest przy nim wygodny parking, i zagłębiłem się w las zielonym szlakiem turystycznym (akurat biegnie tam blisko).
Piękny, letni las pełen słońca i brzęczących owadów. Niektóre z nich, pewnie je znacie – komary się nazywają ;) – dadzą mi się nieźle we znaki, ale nie uprzedzajmy wypadków. Po drodze zaliczyłem wywrotkę i upaćkałem spodnie żywicą, a to dlatego, że chciałem pomóc młodemu klonowi, który miał pecha, bo przygniótł go wielki, ułamany konar sosny leżący w poprzek ścieżki. Próbowałem go podnieść/przesunąć, chwytając za gałąź, ta się nagle ułamała, a ja siłą ciągnięcia i masy własnej poleciałem gwałtownie do tyłu i zaliczyłem glebę usłaną żywicznymi gałęziami :)
Klon uratowałem (chyba) innym sposobem, jako młode drzewko jest bardzo elastyczny i po prostu wywlokłem go spod konara, stracił wprawdzie kilka liści, ale mam nadzieję, że sobie bez nich poradzi. Alternatywą była tylko śmierć z przygięcia do ziemi przez konar...
Po tej „przygodzie” trzymając się szlaku, doszedłem do wydeptanej ścieżki biegnącej wzdłuż Jeziora Lucień, poszedłem w lewo, czyli na zachód, wzdłuż brzegu. Jak się za chwilę okazało była to ścieżka przyrodniczo-leśna, opisana stosownymi tablicami. Długość ścieżki – około 3 km, a tablice-przystanki to:
1. Park w Lucieniu (przypałacowy)
2. Rezerwat „Komory”
3. Dąb „Jan” – pomnik przyrody
4. Uprawa leśna
5. Zbiorowiska roślinne
6. Jezioro Lucień
7. Przyroda i człowiek
Z przyjemnością, podziwiając widoki, wędrowałem sobie wzdłuż jeziora, a gdy tylko wypatrzyłem pomost, jak się za chwilę okazało spory i pływający, zaraz popędziłem ku wodzie.

Widok na przeciwległy brzeg, niebo, toń jeziora, trzciny, łabędzie – po prostu cudny. Nie omieszkałem pobełtać w wodzie ręką, zdała się nadspodziewanie ciepła.



Nic to, idziemy dalej, po drodze cieszą oko różne ciekawostki i kwiatki, widać, że mazowiecka wegetacja co najmniej o dwa tygodnie wyprzedza warmińską.


Tym sposobem doszedłem do kąpieliska (tablica nr 6), duży pomost, jakieś hangary na łodzie, graffiti, ogólnie betonowa brzydota, ale niezrażony schodzę schodkami na dół, do jeziora. Kręci się trzech rowerzystów, dopijają piwko, wkrótce się ulotnią. Zostaję sam, dokoła żywej duszy, cisza, spokój, tylko łabędź i gdzieś w oddali kolebie się na wodzie łódeczka z wędkarzami. Słońce praży, z ulgą zdejmuję trampki, podwijam nogawki spodni i brodzę z przyjemnością przy brzegu. Woda bardzo przejrzysta, lekko faluje i mieni się w słońcu, podpływają ciekawskie małe rybki – istna sielanka.





Zachęcony zdejmuję spodnie, wchodzę głębiej w wodę, nadal nie razi chłodem. Za chwilę pozbywam się koszulki, zastanawiam się nad bokserkami, może lepiej nie moczyć? Ale nie znam obyczajów okolicy, rowerzyści mogą zaraz wrócić z kolejnym piwkiem, a znając polską mentalność, za chwilę mogę zostać uznany za jakiegoś ekshibicjonistę. Zatem zanurzam się w toń jeziora w majtach, a co tam, w taki dzień szybko wyschną. Powyżej pępka woda nie wydaje się już taka ciepła, ale nieprzyjemne wrażenie chłodu nie odbiega od tego, co się zazwyczaj czuje, nawet w lipcu, w Bałtyku. Jeszcze chwila, kolejne zanurzenie i już da się pływać bez odruchowego wzdrygnięcia.
Tym samym otwarcie tegorocznego sezonu kąpielowego mam za sobą. Nie spodziewałem się, że tak szybko. Po tej srogiej zimie i niemrawej wiośnie wydawało się, że dopiero w czerwcu (i to zaawansowanym) się na to skuszę. Po kąpieli rozkładam na betonowym brzegu kocyk i zapadam w słoneczny błogostan, urozmaicony spacerkami po wodzie i plażowej łączce.

Napięcia związane z pracą zawodową, podróżą, kłopotami życia codziennego odpływają gdzieś – nie wiedzieć kiedy. Przyroda pochłania mnie całkowicie swoim pięknem i ciepłem, czas się zatrzymuje. Nie przeszkadza nawet stłuczona butelka po piwie, szczerząca brązowe, ostre kły w wodzie przy samym brzegu, reszta rozbitego szkła zapewne kryje się zdradziecko gdzieś w piasku. Chciałbym się oburzyć na tego idiotę, który ją tam stłukł, ale w tym stanie nie potrafię. Można mu tylko współczuć, że tak żałośnie głupi i pozbawiony wyobraźni oraz temu, kto za kilka dni, tygodni skaleczy swoje bose stopy, wchodząc ufnie w jezioro.
Majtasy już prawie suche, butelka z piciem opróżniona, czas ruszać w drogę do dębów. Mijam kolejne tablice, upewniają, że jestem na dobrej drodze.



Jedną ręką robię fotki, druga ręka zajęta torbą, komary mają używanie, bo opędzać się prawie nie sposób. Nauczka na zaś – zawsze bierz plecaczek, przynajmniej jedna ręka będzie wolna.
Teren przy jeziorze uroczo bagnisty i oczywiście komarogenny, na szczęście do dębu „Jan” już niedaleko.




Komary wspomagają artystyczną ekspresję ;)
 

Pokłuty niemiłosiernie, ze swędzącym „prawie wszystkim”, wreszcie go odnajduję. Dąb „Jan” – staruszek i pomnik przyrody dożywa swych dni, wypróchniałe wnętrze ktoś wypalił, pewnie w ramach kretyńskiej zabawy, osłabiony pień przed wywrotką powstrzymuje stalowa lina umocowana do sąsiedniego, młodszego dębu.








Po zrobieniu pamiątkowych fotek wracam zielonym szlakiem do szosy i do samochodu.
Minęło zaledwie kilka godzin majowego południa, a dostarczyły tyle pozytywnej energii. Kojąca toń wody, błękitne niebo, słońce i dęby zostaną ze mną przez cały rok, co najmniej. I nie musiałem lecieć za tym np. do Tunezji jak niektórzy rodacy. Kolejny raz potwierdziła się mądrość z przygód Koziołka Matołka:
„Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”.

5 komentarzy:

  1. "Próbowałem go podnieść/przesunąć, chwytając za gałąź, ta się nagle ułamała,...:

    "...stracił wprawdzie kilka liści,..."

    Wiesz co? Może lepiej nie pomagaj biednym roślinkom :) To dla ciebie będzie bezpieczniej a i rośliny odetchną ze spokojem widząc jak tylko przechodzisz obok nich :)

    A nie przyglądałeś się tej linie stalowej? To powinien być specjalny amortyzator:
    http://www.cobranet.pl/obszary.html
    Ale pewnie poszli po kosztach i dali zwykłą linę która przy wietrze tylko może naruszyć korzenie i osłabić drzewo.
    AG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto pomóc, ale nie martw się, nie biegam po lesie z franciszkańskim obłędem w oczach, wypatrując wszędzie - komu tu jeszcze pomóc, niczym jakaś Janina Ochojska :)
      Lina na moje oko była zwykła, stalowa, kto by tam bawił się w jakieś "cobry".

      Usuń
  2. Wyobraź sobie że dwa dni temu pływałem pontonem po Kisajnie. Pierwszy raz od 8 lat jestem na wodzie kiedy to z dawnym przyjacielem Geoffreyem z Francji udaliśmy się na spływ Krutynią aż do Jeziora Śniardwy i dalej aż na Szeroki Ostrów. Ciekawe doświadczenie zwłaszcza dla człowieka z puszczy za jakiego się uważam. Brzegi jezior porośnięte łęgami, albo zalane przez bobrze tamy- niedostępne z lądu, od strony jeziora pokazują to co mają najlepsze. Czuję się trochę tak jakbym widział las z innej strony, powiedzmy z lotu ptaka. Coś co było niedostępne teraz jest możliwe. To jest tak jakby oglądać las od podszewki. Uczucie silniejsze gdy się płynie rzeką gdzie widzisz obnażoną ścianę lasu tuż nad wodą z uszkodzonymi brzegami, korzeniami, przechylonymi lub obumarłymi drzewami.
    AG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz już wiesz dlaczego mnie tak na wodę ciągnie :)

      Usuń
  3. Tak dawno tam nie byłem, że aż ściska mnie w gardle. Niewielka ostoja rezerwatu Komory co prawda jest jedynie żałosną pamiątką po tej nieprzebytej świętej katedrze przyrody, którą zrąbaliśmy w pień, ale i tak warto choćby poczuć jej oddech borealnej pamięci...
    Cieszę się, że miałeś taką możliwość.

    OdpowiedzUsuń