sobota, 23 marca 2013

Życie w harmonii ze złudzeniami

Przed wyjściem na dzisiejsze minibwp znalazłem w sieci, szukając zupełnie czegoś innego, jak to zwykle bywa, blog pod bardzo zachęcającym tytułem Życie w harmonii z naturą. Przejrzałem pobieżnie i w pośpiechu, myśląc, że będzie co dodać do linków na moim blogu gdy wrócę. Zbliżała się godzina 12.00, słońce w zenicie, szkoda przegapić taką ładną pogodę – jeszcze solidny mrozik, olśniewająca biel śniegu i już wiosenne, ciepłe słońce. Rzadko zdarzały się takie koniunkcje tej zimy, żal zmarnować siedzeniem w domu przed monitorem. Ubrałem się żwawo i poleciałem z psem „na dwór” (jak to się mówiło w dziecięctwie). I rzeczywiście, pogoda wspaniała, widoki zachwycające, a jedyny zgrzyt „wyprawy” to brak zdjęć. Okazało się, że chowając i wyciągając aparat (był mróz, trzeba było chronić baterię) z kieszeni, przestawiłem pokrętło i w rezultacie robiąc kolejne fotki, poprzednie kasowałem. Nie powiem, żebym był zadowolony, gdy to odkryłem :)
Fotek nacykałem sporo, niektóre potencjalnie interesujące, ale cóż, zostaną tylko w mojej pamięci, bo pamięć aparatu ich nie zapisała. Szkoda, bo jak zwykle miałem się nimi podzielić na blogu. Zostało ledwo kilka, testowych, zanim nie schowałem aparatu do kieszeni. Przydadzą się od biedy na ilustracje.
Zatem w zastępstwie, zamiast foto-relacji, będzie o niedoszłym linku, bez ładnych obrazków, ale chyba też ciekawie. Otóż po powrocie do domu i regeneracji sił pizzą w wykonaniu mojej córki – w jej pieczeniu osiągnęła prawdziwe mistrzostwo – zabrałem się za czytanie wspomnianego już bloga. W miarę czytania, a nie za dużo tego było, bo jak się okazało większość linków, tematów jeszcze nieaktywna, nadzieja ustępowała rozczarowaniu. Zachęcający tytuł okazał się kompletnym nieporozumieniem. I pozostawiłbym to bez komentarza, cóż nie pierwsze i nie ostatnie internetowe rozczarowanie, gdyby nie szansa, żeby na tym konkretnym przykładzie wyjaśnić raz jeszcze różnicę między minibwp a survivalem oraz pokazać jak złudne lub anachroniczne są wyobrażenia wielu osób o tzw. harmonii z przyrodą. Zakładam, że intencje autora owego bloga są jak najbardziej zacne i rzeczywiście natura jest mu droga, ale jak to nie bez kozery mówią: „dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane”. W czym problem?
Wystarczy spojrzeć na spis działów jego witryny, żeby zauważyć, że to bardziej spis sprawności harcersko-militarnych niż zainteresowania miłośnika lasu, przyrody. Np. broń, pułapki, maskowanie. Potem magia słów: survival cywilny, militarny, awaryjny, SERE, bushcraft, woodcraft, dobrze, że choć jedno polskie słowo – puszczaństwo się znalazło, jednak potraktowane po macoszemu, choć autor deklaruje się jako miłośnik słowiaństwa. Do tego zdjęcia, te już musicie sami zobaczyć (autor nie określił praw autorskich, nie wiem czy mogę kopiować), stalowy trójnóg nad ogniskiem, który waży pewnie kilka kg, 4 króliki wiszące na żerdzi i solidny szałas w tle. Krótko mówiąc, typowy obraz fascynacji militarno-myśliwskim survivalem rabunkowo podchodzącym do zasobów przyrody. Widziałem to tysiące razy w sieci, niestety, bardzo modna ostatnio ta zabawa. Ale dlaczego tak mnie tu to razi, powinienem już zobojętnieć? Raz, bo tytuł bloga sugeruje zupełnie coś innego, a dwa, że autor zamieścił ciekawy wywiad z niejakim Hermesem, przeczytajcie, a zrozumiecie skąd ten dysonans poznawczy u mnie.
 Załóżmy, że młodemu autorowi się powiedzie i namówi za pośrednictwem swojego bloga większą ilość osób do naśladownictwa swoich poczynań w lesie (bynajmniej nie owego Hermesa :). A na pewno ma takie ambicje, świadczą o tym takie działy jak: obozy, szkolenia, ludzie, wyprawy. Jak wpłynie to na przyrodę, wprawdzie już o tym na moim blogu pisałem, ale powtórzę czym zazwyczaj skutkuje typowy survival.
  1. Najczęściej rycie i kopanie dołów, wycinanie płatów mchu – niszczenie ściółki;
  2. wyrywanie, zbieranie roślin, owoców (średnio) jadalnych – lepiej zostawić je mieszkańcom lasu, i tak dość już zawłaszczyliśmy przyrody na potrzeby rolnictwa, które nas żywi;
  3. łamanie żywych drzewek, gałęzi, zrywanie kory np. na jednorazowy szałas – po co, skoro są tanie namioty, płachty, niech sobie dalej rosną;
  4. długotrwałe palenie sporego ogniska, żeby przygotować trochę jedzenia (podpłomyk) lub filtrować wodę ze śniegu węglem drzewnym, co jest kompletnym nonsensem (dla każdego, kto rozumie fizykę i chemię na elementarnym poziomie), a na koniec:
  5. drobne kłusownictwo, wnyki, sidła, pułapki, czasem nawet potrzaski i broń (ta rzadko, jeśli już to łuk lub kusza) – nawet prawo tego zabrania.
Ja nie widzę w tym wszystkim przesłanek, aby nazwać takie praktyki życiem w harmonii z przyrodą, to po prostu zabawa w nieudolne naśladownictwo zbieracko-łowieckich praktyk z zamierzchłej przeszłości. Owszem, to może być nawet atrakcyjne, rozrywkowe (któż z nas nie otarł się chociaż o harcerstwo), ale nie do przyjęcia na większą skalę w Polsce Anno Domini 2013. Nasza współczesna przyroda jest licha, przerzedzona, osłabiona, dlatego watahy żądnych „przygód”, niefrasobliwych survivalistów raczej ją dobiją, niż przywrócą ku harmonii.
Moda na survival to z jednej strony przejaw rozczarowania miastem i wyraz tęsknoty za naturą (przynajmniej u niektórych, u innych zwykła chęć wyżycia się), a z drugiej patologia w obcowaniu z nią, wynikająca z przeniesienia w świat przyrody jedynego znanego współczesnym ludziom wzorca obcowania z innymi bytami – mianowicie konsumpcji. Ludzie konsumują nie tylko jedzenie, napoje, konsumują wrażenia, przeżycia serwowane im w mass mediach, obiekty turystyczne na wycieczkach i tubylców atrakcyjnie opakowanych w ludowe (egzotyczne) stroje, a w końcu wzajemnie konsumują samych siebie w najróżniejszych relacjach, także rodzinnych.
Do tego „spisu dań” ostatnio dołączyli przyrodę, wcześniej się jej bali, stronili od niej, a teraz „uzbrojeni” po zęby w gadżety „przetrwania” wyruszyli na konsumpcyjny „podbój” przyrody. Szkoda tylko, że zapomnieli, że już ją wcześniej podbili (trwało to ostatnie kilkaset lat) w ramach ekspansji na cały świat tzw. cywilizacji opartej na masowej produkcji i konsumpcji właśnie. Europejska – w tym Polska – przyroda ledwo to przeżyła. Dzięki różnym dziwakom takim jak „ekolodzy”, „ekozofowie”, „nawiedzeni naukowcy”, których wysiłki nieco w ostatnich latach przyhamowały ten proces destrukcji natury, ostały się gdzieniegdzie jakieś jej skrawki, trochę jeszcze podobne do samej siebie sprzed wieków. Dziś je szumnie nazywamy rezerwatami lub parkami narodowymi, czasem puszczami – chyba przez uprzejmość, bo puste to one za bardzo nie są, a już na pewno pełne śmieci :)
Obawiam, się, że te nędzne resztki przyrody mogą nie przeżyć entuzjastycznego zainteresowania nimi na fali mody na survival, która podobno wyrasta z dążenia do harmonii z naturą. Domyślam się, jaka idea za tym wszystkim się kryje – żyjmy prosto, pracą rąk własnych zdobywajmy środki do życia bezpośrednio z natury, jako nasi przodkowie czynili. Szerzą się paleodiety i inne retro eko-dziwactwa. Fajnie, tylko zwolennicy takich mód zapominają o najważniejszym, taki styl życia był możliwy i względnie nieszkodliwy dla przyrody, gdy Ziemię zamieszkiwało kilka milionów ludzi o znacznie mniejszych apetytach konsumpcyjnych niż obecnie. Którzy na dodatek w sferze materialnej, w porównaniu z nami, byli wręcz nędzarzami.
Dlatego dzisiaj, jeśli chcecie żyć rzeczywiście w harmonii z przyrodą, a nie w harmonii ze swoimi złudzeniami uprawiajcie raczej minibwp niż survival. Jeśli macie apetyt na leśne smaki, kupcie raczej borówki amerykańskie w sklepie lub u plantatora (będzie taniej) niż zadeptujcie resztki jagodowych krzewinek w lesie. Macie ochotę na grzyby, kupcie pieczarki, a grzyby leśne zbierajcie z głową i umiarem nie dewastując i nie zaśmiecając przy okazji połowy lasu. Wybieracie się w plener, będziecie głodni, zróbcie zawczasu zakupy w markecie, żeby potem nie przeorywać ściółki w poszukiwaniu jakichś jadalnych kłączy, bo o tym napisano w podręczniku do survivalu. I tak ze wszystkim, co dotyczy naszej bytności w przyrodzie – umiar, rozwaga, minimalizm oddziaływania na środowisko. Jak najwięcej zabrać ze sobą w przyrodę, aby jak najmniej czerpać z niej na miejscu (tylko nie zapomnijcie zabrać z powrotem śmieci).
Skoro nasza cywilizacja „przerobiła” już tak wiele przyrody na dobra materialne w tym sprzęt turystyczny i żywność, to korzystajmy z nich, skoro już je wyprodukowano. Niech ta „ofiara” z natury złożona na ołtarzu naszej zachłanności ma przynajmniej jakiś sens. Wiem, że to, co piszę nie pasuje do wizerunku hardcorowego survivalowca, co to własnozębnie przegryza tętnicę wilka i chłepcze z niej krew, a potem kopie na noc ziemiankę nożem. Może i nie pasuje, i tak nie rajcuje, ale na pewno ma większy sens, jeśli chcemy cieszyć się urokami przyrody choćby jeszcze przez dwa pokolenia.
A tzw. umiejętności praktyczne przetrwania, których jakoby przy okazji survivalowania nabywamy, co z nimi? Nie oszukujmy się, to kolejna iluzja lub w najlepszym razie zabawa. Ludzie nawet w czasach neolitu nie utrzymywali się przy życiu sami, tylko współpracując w gromadach. Czy ktoś na serio wierzy, że przeżyje w lesie z pracy rąk własnych, skoro wybiera się do lasu na kilka godzin, czasem dni z nożem komputerowo projektowanym, laserowo ostrzonym, krzesiwem ze stopu magnezu, diodową latarką, poliestrowym plecakiem, tytanową łyżką, w zaawansowanych technologicznie butach i odzieży, o której nie śniło się jego przodkom, których rzekomo naśladuje?
Na świecie "z lasu" żyje garstka ludzi (w skali naszej ponad 7 mld populacji), tylko jedna taka rodzina (przypominam, w naturze nie istnieją samotnicy, człowiek to nie niedźwiedź), aby przeżyć eksploatuje zapewne powierzchnię lasu równą przeciętnemu polskiemu parkowi narodowemu. Takie są fakty, ale oczywiście każdy może iść do lasu trochę się powygłupiać, tylko niech nie opowiada, że to jakieś „przetrwanie” i opanowywanie przy okazji nie wiadomo jakich unikalnych umiejętności. A to wszystko na dodatek dla dobra przyrody.
Na koniec, jeszcze jedna refleksja gwoli uzupełnienia, choć nie wiąże się bezpośrednio z blogiem, który wywołał cały temat. Survivalowcy, paintbalowcy, strzelcy ASG i militaryści wszelkiej maści stanowią w Polsce stosunkową liczną grupę osób korzystających intensywniej niż inni z gościnności i zasobów przyrody, ale zupełnie nie angażują się w jej ochronę. Nie są widzialni w żadnych kampaniach ekologicznych czy akcjach bezpośrednich, które powinny być dla nich atrakcją samą w sobie. Np. blokada budowy estakady w dolinie Rospudy, kiedy to aktywiści ekologiczni obozowali w lesie i mieszkali (dosłownie) na drzewach całymi dniami. Nie dość, że się nie angażują, jedynie eksploatując naturę – nie dając nic w zamian, to zazwyczaj mają tzw. „ekologów” w pogardzie, uważając ich za „mięczaków”, „lewaków” i ogólnie „niemęskich” słabeuszy. Zaryzykowałbym twierdzenie, że jest akurat odwrotnie. „Ekolodzy”, często młodzi ludzie, wykazują w wiele większą odwagę cywilną i odporność na trudne warunki bytowania w lesie niż nie jeden niedzielny survivalowiec. Wiem, sam widziałem na leśnych warsztatach dziewczyny-ekolożki, które miały 3x większe „jaja” niż zdecydowana większość facetów biegająca po lasach ze śmiesznymi plastikowymi karabinami na plastikowe kulki (kolejny wrzut niebezpiecznych śmieci w środowisko), przebranych za „komandosów” made in Allegro.

6 komentarzy:

  1. Fotki da się odratować. Sam ostatnio zorientowałem się że mój telefon LG Bali robi fotki ale ich nie zapisuje. Okazało się że karta jest be.
    Jest do tego świetny program: Digital Image Recovery. Jeśli nie wyciągnie samych fotek to przynajmniej ich ikonki które pojawiają się na ekranie. U mnie udało się powyciągać pliki z uszkodzonej karty- najczęściej ikonki. U Ciebie, jeśli tylko sformatowałeś kartę to powinien odnaleźć oryginalne pliki.

    A wracając do wątku. Survivalowcy moim zdaniem powstają w wyniku pewnej mentalności, przeczucia zagrożenia. Obserwują Oni nieuchronność destrukcji jaką czyni cywilizacja i nie chcąc zrezygnować z jej dobrodziejstw, starają się przygotować na najgorsze. Życie w harmonii z naturą jest tutaj raczej walką o przetrwanie człowieka który z dnia na dzień w wyniku apokalipsy został pozbawiony "parasola cywilizacji". Trudno mi powiedzieć czy survival ma sens. Jakimś dziwnym trafem przychodzą mi na myśl filmy jak klasyczny Mad Max, Terminator czy nietuzinkowa Księga Ocalenia
    ( http://www.filmweb.pl/film/Ksi%C4%99ga+ocalenia-2010-450356 )
    Przyroda jest często okrutna, survivalowiec który z samej idei survivalu wywodzi się z miejskiej dżungli, tak właśnie postrzega rzeczywistość oraz relacje człowieka z przyrodą. Zawsze dla niego życie w harmonii z naturą będzie swoistą walką.
    Dla przykładu, moja pierwsza głębsza relacja z przyrodą zaczęła się od odnalezienia niewielkiej leśnej wyspy otoczonej wodą. Rozpalałem tam późnojesienne nocne ogniska i wsłuchiwałem się w rytm muzyki zimnego wiatru wśród świerków. Czy to jest życie w harmonii z naturą? Ta tworząca się we mnie relacja z przyrodą pokierowała mnie prostą drogą do kultu przyrody i składania ofiar na ołtarzyku w leśnym uroczysku. Powtórzyłem tym samym stary jak świat schemat: człowieka który składa w ofierze swoją uległość, szacunek i uznanie boskości przyrody a oczekuje w zamian grantów.
    Tak więc wydaje mi się że biorąc na trzeźwo ówczesną rzeczywistość jaka nas otacza, "poprawnym społecznie" wzorcem jest rola obserwatora, wędrownika i kontemplującego Dziecka Ziemi, który wyciąga ze swoich intymnych relacji z Ziemią, myśli oraz spostrzeżenia którymi wzbogaca siebie samego (i ewentualnie dzieli się nimi z innymi). Ja przestawiłem się na te tory i czuję się w tym dobrze
    AG

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że się odezwałeś i jeszcze bardziej za wspaniały komentarz.
      Tak, survival to prawdopodobnie odpowiedź na jakieś głębokie lęki, dawno już to zauważyłem, w przyszłości może o tym napiszę. Kiedyś z Januszem rozmawialiśmy o tym jak nasi „miastowi” myśliwi w istocie boją się lasu, to coś podobnego. Jak przyjdzie apokalipsa będziemy reagować jak kto potrafi, wedle swego stanu ducha i stosownie do okoliczności. Tego się nie da zawczasu „wytrenować”. Tzn. da, ale całym swoim życiem, a nie weekendowym wypadem do lasu. Już o tym pisałem, a powtórzę – najlepszym przykładem postawy ludzi, które ujawniły się ostatniej wojny. Niejednokrotnie „chucherka”, „słabeusze” hartem ducha i odpornością zawstydzały zawodowych „herosów”.

      Usuń
  2. Witam serdecznie.
    Dziękuję za skomentowanie mojego blogu. Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem Twój wpis, i wysunięte pochopnie wnioski. Nie propaguje kłusownictwa, niszczenia przyrody, harcersko-militarnych zabaw czy cokolwiek z tym związane, tak też zarzuty jakie skierowałeś w stronę bloga i jego treści nie są do końca właściwe. Dlaczego? Napisałem o tym w tym poście:

    http://zyciewharmoniiznatura.wordpress.com/2013/04/15/o-podejsciu-do-bushcraftu-slow-kilka/

    Wysuwanie pochopnych wniosków jest chyba niezbyt właściwe… prawda?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już odpowiadałem na te zarzuty w komentarzu na rzeczonym blogu, ale nie mogę go teraz odnaleźć, czyżby skasowany?
      Powtórzę zatem z grubsza o co chodziło, Twój blog jest tylko przykładem, inspiracją do refleksji na pewien temat, a nie celem jakiegoś ataku.
      Bardzo mnie cieszy, że ewoluuje we właściwym, z mojego punktu widzenia, kierunku.
      Życzę wielu czytelników i pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Idealnie wplecione wnioski zrobily na mnie duze wrazenie.
    Artykul warty poswiecenia uwagi.

    moja witryna ... Rospuda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzliwe zainteresowanie, na spływ Rospudą się wybieram, rok temu mało brakowało, może w tym roku się uda. Na stronie o Rospudzie przydałaby się mapka i wodniacki opis szlaku, zawsze tego szukam przed spływem.

      Usuń