piątek, 15 marca 2013

Wspomnienie lata – Omulew i Omulwia cz. 2

Pierwsza część relacji.
Z miłego „zatracenia się” się w przyrodzie wyrywa nas industrialny widok mostu na drodze nr 545 (Nidzica – Jedwabno), z opisu szlaku wynika, że trzeba tu uważać na drewniane pale, zwaliska pni. Jakoś nie przysporzyły kłopotów, bez problemu płyniemy dalej popychani nadzieją, że skoro był ten most, to wioska Kot, tuż, tuż, a za nią upragniony biwak.
I rzeczywiście krajobraz się zmienia, po prawej las się kończy, coraz wyraźniej pojawiają się oznaki ludzkiego osadnictwa. W pamięci mam, że pod mostem w Kocie trzeba uważać, a najlepiej przeprowadzić łódkę, żeby nie uszkodzić jej na ostrych kamieniach w bystrym nurcie. W pamięci, bo na skutek nieustannego deszczu opis szlaku (wydrukowany na atramentowej drukarce), akurat w tym miejscu się rozmył, mimo że kartka była w foliowej koszulce, zaklejonej srebrną taśmą „MacGyver”. Wystarczyła jedna wsączona kropla z dołu – cenna nauczka na przyszłość. Jest już ok. 18-tej, robi się chłodno, zmęczeni i głodni dopływamy do mostu w Kocie. Kanu spławiam na linie pod mostem, kolega je przechwytuje z drugiej strony, tym sposobem nie narażamy dna na konfrontację z ostrymi kamieniami. Korzystając z okazji, dostępu do dobrodziejstw ostatniej placówki cywilizacji przed zagłębieniem się w głuszę, idę szukać wiejskiego sklepiku. Przede wszystkim w nadziei na większą gąbkę (jak jest cenna opisałem wcześniej) i coś na ząb np. wafelki ;)
Niespodzianka, sklepik zamknięty, co tu robić? Na szczęście mieszkamy w Polsce, tu wszystko da się załatwić, wypytując sąsiadów, szybko namierzam ekspedientkę, mieszka kilka domów dalej. Po opisaniu naszej sytuacji i krótkich negocjacjach zgadza się otworzyć sklepik, pod warunkiem, że zrobię nieco większe zakupy niż tacy, co wcześniej jej tak obiecali, na potem kupili papierosy i zapałki. Udało się, kupuję gąbkę oczywiście, wafelki i dwa słoiki fasolki po bretońsku do podgrzania na kolację. Coś czuję, że to jedyna szansa na ciepły posiłek tego dnia. Wracam do kanu, płyniemy dalej. Niestety w samej wsi woda niezbyt czysta, typowe zjawisko polskich osad – kanalizacja na lewo. Za to rzeka ładna, piaseczek, żwirek, malownicze głazy w nurcie – łatwe do wypatrzenia i ominięcia. Czasem płycizny, trzeba brodzić. W pewnej chwili, po lewej zauważam znajomy kształt w ogromnych pokrzywach, tak, to szarozielone kanu dnem do góry. Wygląda jak grzbiet jakiegoś prehistorycznego zwierzęcia. Leży tu od miesięcy, może lat. Skąd tu się wzięło takie egzotyczne jak na Polskę pływadło – kajak, łódź, to rozumiem, ale kanu?
Im dalej od wsi, tym czystsza woda, mimo dość późnej pory nastrój nam się poprawia, do planowanego miejsca odpoczynku i noclegu już niedaleko. Jeszcze kilka łagodnych zakrętów rzeki. Niestety, pojawia się po drodze kilka uciążliwych do pokonania zwałek, grząskie, bagniste brzegi nie ułatwiają zadania. Nogi zapadają się, buty grzęzną w mule. Ucieka ceny czas, zbliża się wieczór, nadzieja na spokojne rozbicie biwaku i zrobienie kolacji bez latarek rozpływa się w mule. W końcu, już naprawdę zmachani, docieramy do betonowego jazu w Dębowcu. Podobno był tam kiedyś młyn. Jeszcze tylko pokonujemy śliski, paskudny, czarny śmierdzący muł przy brzegu (każde spiętrzenie na brudnej rzece, działa jak odstojnik oczyszczalni ścieków). Wyciągamy kanu na trawę i z czarnym stopami idziemy szukać pola biwakowego. Wiemy z opisu, że jest gdzieś blisko pod lasem. W domu przy jazie kierują nas do leśniczego, mieszka po sąsiedzku, bez problemu daje nam pozwolenie. Jest już praktycznie ciemno, pogoda nie najlepsza, siąpi, kropi, przenosimy graty, a potem też kanu na polankę pod lasem, ze 300 metrów. Tam są proste ławeczki z desek, kilka dużych i małych pniaków i miejsce na ognisko, z drewnem na opał – pewnie zostało po poprzednikach. Po przenosce, myjemy się z grubsza w czystej wodzie po drugiej stronie jazu i przebieramy w suche rzeczy. Deszcz praktycznie przestaje padać. Sławek zajmuje się ogniskiem, ja kolacją. Po podsuszeniu rzeczy przy ognisku rozbijamy obozowisko. Atramentowa noc dookoła, odgłosy przyrody i znów zaczyna padać. Nie przejmujemy się tym, już może, wszystko bezpiecznie schowane pod płachtą. Odprężamy się chłonąc uroki nocy w lesie. Obozujemy jak poprzednio, płachta, namiocik plażowy, na trawie plandeka, karimaty, śpiwory. Całkiem wygodnie i dużo miejsca. Komary nieaktywne, na szczęście. Śpimy jak zabici, rano budzą nas odgłosy traktora i prac zrębowych w pobliskim lesie. Polanka leży na rozstajach dróg, od czasu do czasu przejeżdża pojazd samochodopodobny marki Golf I, może II, tu przepisy drogowe nie sięgają. Światła, szyby, a nawet elementy karoserii nie są niezbędne do przemieszczania się między leśnymi osadami, nie wspominając o tłumiku. Znowu pada, ale robi się jakby cieplej, jest nadzieja na słońce. Gdy tylko przestaje, Sławek wybiera się po świeże pieczywo do Kota, drogą jest o połowę krótsza niż wczoraj rzeką, dalej nie będzie szans na jakiekolwiek zakupy. A ja w międzyczasie zwijam obozowisko. Szybkie śniadanko ze świeżymi bułami i w drogę. No może nie od razu, trzeba jeszcze to wszystko zataszczyć na brzeg rzeki i zapakować do kanu. Idzie jednak gładko, mamy już doświadczenie.
Początkowo Omulwia przypomina samą siebie ze schyłku poprzedniego dnia, nie spodziewamy się jeszcze, jak miło nas niebawem zaskoczy, na razie cieszymy się pogodą, która poprawia się z chwili na chwilę i ładnymi krajobrazami. Przy pozostałościach drewnianego mostku, na brodzie, niedaleko rezerwatu  Dęby Napiwodzkie robimy sobie drugie śniadanko w postaci arbuza.
O rezerwacie dowiadujemy się od pary turystów, którzy schodzą ku rzece. Jak się okazuje, trochę pobłądzili w poszukiwaniu dębów. Dzięki mojej mapie topograficznej wyjaśniamy im sytuację i ucinamy sobie miłą pogawędkę, Sławek jest zachwycony, że znalazł „braci w wierze” w pradawne dęby. Nagadawszy się do syta, nasyceni arbuzem odpływamy. Po drodze rzeka rozszerza się i zwęża na przemian, las oddala i przybliża. Po drodze poręby, groble. Pokonujemy jakąś kładkę i mostek, położenie się na dnie kanu pozwala uniknąć przenoski. W końcu Omulwia rozlewa się szeroko, olśniewając urodą i przestrzenią, czujemy się zupełnie niczym Mickiewicz na stepach Akermanu:

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;

Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi;
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.

Stójmy! - jak cicho! - słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,

Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiej ciszy - tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. - Jedźmy, nikt nie woła.

Nasz „step” jest mokry, a zieloność wodna, pełne słońce zamiast gwiazd, ale wrażenia i zachwyt takie same. Tylko talent do opisania tych cudowności nie ten. Niebo błękitne, białe cumulusy, słońce mocno przygrzewa, z przyjemnością zdejmuję koszulkę, woda głęboka, czyściutka, chciałoby się wskoczyć. Jak okiem sięgnąć żadnych śladów bytności człowieka, najmniejszych. Dokoła bagna, trzęsawiska, nie ma szans, żeby ktoś tu dotarł i np. naśmiecił. Podziwiamy dziewiczy krajobraz, płynąc powoli z prądem, który czasem obraca łódkę dokoła, wcale nam to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – napawamy się chwilą, która trwa i trwa.


Z czasem ściany zieleni się przybliżają, dopływamy do jakiegoś mostka, po prawej przebiega z hałasem stadko zwierząt – łosie, jelenie?
Po przeprawie przez kolejny mostek, chyba jakoś bokiem, bez przenoski, płyniemy dalej, już w leśnej dolince. Z mapy i opisu wiem, że zbliżamy się do rezerwatu Małga, królestwa wodnego ptactwa. Wypatrujemy miejscowej atrakcji, słodkowodnych gąbek. Są przy brzegach, na korzeniach, na kamieniach. Mała rzecz, a cieszy, gdzie im się równać do tych morskich, ale są i cieszą swoją skromną swojskością, taka mała ciekawostka przyrodnicza i chyba wskaźnik, że woda jest czysta.
 Rzeka powoli traci swój naturalny charakter, widać już wyraźnie ślady regulacji. Jest już późne popołudnie, wypatrujemy miejsca na nocleg.

Na lewym brzegu zauważamy kawałek sklejki na drewnianym słupku z czerwonym, ręcznie malowanym napisem – Małga. Płyniemy jeszcze kawałek dla pewności czy to tu i wracamy pod prąd, z opisu szlaku wiemy, że lepszego miejsca na biwak niż bród w tej okolicy nie ma. Po chwili rozważań wybieramy jednak lewy brzeg, rozbijamy się za wałem, na skraju lasu, ukryci przed wścibskimi oczami od strony rzeki. Mamy dużo czasu do zmroku, można się spokojnie wykąpać, ugotować ulubiony krupnik z ziemniaczkami na kuchence gazowej. Pospacerować po okolicy, podziwiać zachód słońca. Pod wieczór dopływają kajakarze, rozbijają się jednak na drugim brzegu, może to i dobrze, będzie przynajmniej spokój. Nigdy nie wiadomo, jakie towarzystwo się trafi, nie każdy potrafi uszanować cudzą prywatność i umiłowanie ciszy. Ci są nawet spokojni, chyba mocno zmęczeni, po ognisku idą grzecznie spać. Ze względu na zapowiadającą się pogodną noc rezygnujemy z rozbijania płachty namiotowej (tarpa), namiocik plażowy przykryty moskitierą powinien wystarczyć. Zawsze to milej zasypiać pod gwiazdami.
Pogoda potrafi jednak zaskoczyć, nad ranem budzą mnie krople deszczu, łudzę się, że to tylko coś przelotnego, przecież wczorajszy wieczór był taki ładny, przykrywam nasz namiocik i bagaże luźno płachtą i idę spać dalej. Zasypiam, budzi mnie burza, grzmi, leje jak z cebra. W zgłębieniach płachty potworzyły się pękate pęcherze wody, coś trzeba robić, zaraz nas zaleje. Aby nie moczyć więcej ubrań, wyczołguję się spod płachty na golasa i w popłochu ratuję przed potopem co się da. Za chwilę, także w stroju Adama, dołącza się do mnie Sławek. Gdyby nas ktoś wtedy zobaczył, miałby niezły ubaw. Rozpinamy pośpiesznie płachtę, chowamy rzeczy, śpiwory jakoś udało się uratować przed potopem. Reszta mokra. Cóż, mamy kolejną nauczkę, nie patrz na pogodę i zawsze rozpinaj na noc płachtę. Jakoś się ogarniamy, parzymy gorącą herbatę, robimy śniadanie i czekamy aż przestanie lać. Jakoś nie ma zamiaru, zapada męska decyzja, szkoda czasu, płyniemy. Zwijamy obozowisko, oczywiście wszystko mokre, na szczęście nie jest tak zimno jak przedwczoraj. Kajakarze – sąsiedzi nawet nie wyściubiają nosa z namiotów, ale my nie możemy pozwolić sobie na ten luksus – Sławek nie zdążyłby na powrotny autobus. Nazajutrz musi być w pracy. Pakujemy kanu, wybieramy gąbką wodę i wypływamy.
Rzeka niestety z każdym kilometrem traci swój urok, regulacja i cywilizacja robią swoje. Mijamy kolejne miejscowości, pokonujemy mostki „zbrojone” drutem kolczastym na brzegach. Wkrótce przestaje padać, ale słońce nie wychodzi. Od Wesołowa, wzdłuż drogi nr 598 jest już zwyczajnie brzydko.
Miejscami krajobraz i natura usiłują się bronić ostatkiem sił przed industrializacją i chaosem architektonicznym, ale im bliżej Wielbarka przegrywają z kretesem. W rzece coraz więcej śmieci, podobnie na brzegach. Woda też brudna, zwłaszcza na odcinkach w miejscowościach. Po drodze mijamy pomosty gospodarstw agroturystycznych, wszędzie tabliczki "teren prywatny", "zakaz przybijania", widać kajaki, rowerki wodne. Nachodzi mnie myśl – dlaczego nawet ci ludzie, którzy żyją z turystów, nie dbają o rzekę i otoczenie? Ich turystyczne „atrakcje” na posesjach wyglądają kiczowato i odpychająco. Brzegi okropne, jak nie płoty, to jakieś brzydactwa. Z każdym mijającym kilometrem czuje się, że miejscowi odwracają się plecami do rzeki, traktują ją jak kloakę, a nie cenny dar, ona zaś odpowiada im tym samym. Na iluż Polskich rzekach widziałem podobnie smętne widoki, jaka szkoda, marnować coś tak cennego – przecież woda to nasze życie, bogactwo, także duchowe.
Przygnębiający nastrój miejsca udziela się i nam, wiosłujemy już bez entuzjazmu, mechanicznie, tylko aby dotrzeć do Wielbarka na czas. Nic już nas nie zachwyci. Za mostem drogowym w miejscowości Głuch krótki postój na zastępczy obiad w postaci pure z „szybkiego kubka”. Przed Wielbarkiem miły akcent, pasący się na lewym brzegu koń wyraźnie nami zainteresowany towarzyszy nam brzegiem. Patrzy tęsknie jak znikamy za zakrętem. Bratnia dusza, cóż, jemu też się nudzi w tym jałowym krajobrazie, jak i nam. Za chwilę most w Wielbarku, ujście Sawicy po lewej i koniec podróży. Kończy się urok mini bwp, a zaczyna zwyczajny pośpiech, czas nagli, muszę zdążyć dowieźć Sławka na autobus do Nidzicy. Udaje się, to był naprawdę udany wypad, choć nie dopisała pogoda i smętne zakończenie :)

Na deser krótki filmik ze spływu Omulwią (lipcowego, my płynęliśmy w sierpniu), nie nasz, nie mamy kamerki, ale atmosferę rzeki oddaje nie najgorzej:

2 komentarze:

  1. Mimo smutnego zakończenia przygoda i tak wspaniała. Pełna dzikiej przyrody i coraz to nowych wyzwań wyprawa - zew nieznanego, tak bliski wszystkim, w których drzemie dusza odkrywcy. :)
    Greenway

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, mimo wszystko się udało, miłe wspomnienia, inaczej bym o tym nie pisał :)

    OdpowiedzUsuń