sobota, 12 stycznia 2013

Nauka nie uratuje przyrody...

Ten gatunek nigdy nie wyginie?
Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że nauka nie jest najlepszą instytucją do orzekania o tym, co należy robić, a czego nie, co jest dla nas dobre, a co złe w sensie moralnym? Jak mamy żyć i dlaczego tak, a nie inaczej? Co jest wartościowe, a co wręcz przeciwnie?
Nauka co najwyżej może dostarczyć pewnych danych o świecie, opisu, przybliżonej mapy rzeczywistości, ale decyzję co robić z tą wiedzą, dokąd się udać na podstawie tej mapy musimy podjąć sami. Żyjemy w dziwnych czasach, odpowiedzialność za nasze życie, wizję szczęścia i nawet sam świat scedowaliśmy na garstkę tzw. ekspertów. Bez przerwy mówią nam, co mamy robić, i to tak często i głośno, że boimy się samodzielnie myśleć i podejmować decyzje z obawy, że zostaną uznane za nieprofesjonalne.
Jeżeli chodzi o nasze relacje z przyrodą, także daliśmy się od niej oddzielić naukowym chińskim murem.
Większość miłośników przyrody, których znam, a nawet zwykłych znajomych, którzy w lesie bywają jedynie jesienią na grzybach, czuje, że dzieje się z nią coś niedobrego. Brzydnie, ubożeje w oczach, a śmieci ją zasypują. Ale mało kto zabiera w tych sprawach głos publicznie, mało kto decyduje się na jakąś reakcję. Wszyscy potulnie wierzą, że są w tym kraju odpowiednie instytucje, służby, organizacje, grupy ekspertów od tych spraw, które „wiedzą lepiej”, bo mają naukowe dane, ekspertyzy, plany, normy, procedury, wytyczne. A jaki jest koń, każdy widzi, nasze środowisko to ledwie dychająca chabeta, która smagana batem ludzkiej zachłanności, niewrażliwości, często okrucieństwa z coraz większym trudem ciągnie wózek istnienia. Na którym wszyscy jedziemy – naukowcy, eksperci, profesjonaliści też.
Nauka nie uratuje przyrody, tak samo, jak mapa, a nawet GPS nie doprowadzi nas do celu, jeżeli sami nie wiemy gdzie i czym jest ten cel. A jeśli już go sobie uświadomimy, nadal nic się nie zmieni, jeśli nie będziemy się domagać zmiany dotychczasowego kierunku i nie wskażemy tego nowego. W niesprzyjających okolicznościach praktyka naukowa tylko naturę dobije, zamiast ratować. Im mniej mamy zielonych miejsc tego świata jeszcze nie splądrowanych, nie wyeksploatowanych, nie zdewastowanych, im więcej żywych istot udręczonym naszym sąsiedztwem lub pazernością, z tym większym zapałem badamy i opisujemy naukowo te nędzne resztki, które jeszcze zostały przy życiu i kryją się po zapadłych kątach naszej planety.
Mnożą się publikacje, opracowania, wskaźniki, statystyki…, a znośnej dla oka przyrody jak ubywa, tak ubywa. Im gatunek bardziej zagrożony, tym intensywniej się go męczy i dręczy naukowo. Tropi, śledzi, obrączkuje, usypia, zakłada radionadajniki, liczy, mierzy, waży itp. Doszło już do takiego absurdu, że jeżeli jakiś pan czy pani z dużą ilością literek przed nazwiskiem z kropką lub bez, nie napisze lub nie powie, że coś tym stworzeniom szkodzi lub zagraża. To choćby na naszych oczach ginęły ostatnie osobniki, słaniając się, kolejno odchodziły w niebyt, nie mamy prawa przeciwko temu zaprotestować.
Ba, nawet zauważać tego nie wypada, bo to niepolitycznie. Dlaczego? Ponieważ nie mamy odpowiednich literek przed nazwiskiem. Co tam fakty, co tam zdrowy rozsądek, mądrość nawet, co tam współczucie? Nieważne, bez literek i ton papierzysk się nie liczą. Nieopisane naukowo fragmenty rzeczywistości dla decydentów nie istnieją, bo a nuż ktoś się pomyli na korzyść przyrody? Takie rozpasanie jest niedopuszczalne – jeszcze coś nie wymiera, a już chronić!
Wiem, że to bzdura, ale przy podejmowaniu decyzji o kształcie i zakresie ochrony przyrody w Polsce (i nie tylko tu) tak się właśnie dzieje. Na moje i przyrody nieszczęście bzdura to pojęcie nienaukowe – nie da się go zważyć, zmierzyć i policzyć, więc się nie liczy.
Gdy jakieś żywe istoty znikają, na pożegnanie wymiętolone do imentu badaniami naukowymi, to dopiero wtedy mają szansę, na jaką taką ochronę, często już tylko na papierze. Adieu kolejny gatunek, biocenoza, biotop! Profilaktyka życia nie istnieje, wolimy śmierć, za to, z jakim ładnym naukowym nagrobkiem.

PS
To dalszy ciąg reminiscencji po wczorajszym spotkaniu kampanii Żywe ptaki!

6 komentarzy:

  1. Niektórzy naukowcy już się zajmują przechowywaniem DNA wymierających gatunków zwięrząt, żeby je w przyszłości ewentualnie odtworzyc, jak zajdzie taka potrzeba.
    To się nazywa "myślenie przyszłościowe". ;-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Generalnie się zgadzam Darku, ale: ilekroć brałem udział w jakichś gremiach decyzyjnych (komisje ochrony środowiska, rady społeczne, samorządy itp.) to zawsze słyszałem tam ataki na naukowców przyrodników i używanie argumentu o "zdrowym rozsądku", mądrości ludowej czy miejscowej i innych takich dyrdymałach. Jeden polityk w regionie to zwykł mówić, że on rolnik z dziada pradziada, to on wie najlepiej co dobre dla przyrody i że on wie, że przyroda chodzi za człowiekiem. Przewodniczący senackiej komisji, też rolnik, i też coś podobnego.. Pewien rolnik myśliwy ("my, jak tutaj jesteśmy, dla przyrody się zebraliśmy, to myślę, że wszyscy polujemy") to proponował, żeby naukowcom odebrać tytuły profesorskie, bo oni ludziom wbili do głowy, że jak coś w lesie leży to ma leżeć (brawa na sali zdrowo myślących ludzi od pokoleń związanych z przyrodą :). Simona Kossak, broniąc zwierząt przed nauką, bardzo zwalczała środowiska naukowe posługujące się np. telemetrią, nie mówiąc o odłowach osobników. Sama jednak wyznaczała ilość zwierząt do odstrzału i nie protestowała jak była potężna redukcja jeleniowatych. Protestowali raczej ci źli, obrożujący rysie naukowcy. Moje obserwacje w Puszczy nie wskazują na to, że ze strony nauki zwierzętom coś grozi, chociaż oczywiście wstrętne było znakowanie przez obcinanie palców gryzoniom i inne traktowanie zwierząt przedmiotowo. Jednak czymś się trzeba kierować w wyborach strategii ochrony. Wolę dane naukowe od "zdrowego rozsądku" takich panów jak ci wymienieni wyżej. Stosunek do przyrody jest chyba bardziej wynikiem osobistych cech ludzi niż tego, czy są naukowcami czy prostymi ludźmi. I tu i tu zdarzają się współczujący i aroganci, ostatecznie jednak o sukcesach w ochronie, przynajmniej u nas, decydowały wyłącznie argumenty eksperckie. Mnie one nie są potrzebne, ale chcę je mieć w rozmowie z kimś, kto używa "zdroworozsądkowych" argumentów, że jak starych drzew się nie wytnie to młode nie wyrosną i las umrze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie się z Tobą zgadzam :)
    Też wolę dane naukowe od „gdybania pana Stasia” i „mądrości ludowych”, tyle że nie zamiast wyborów, w gruncie rzeczy moralnych, ale jako argument na rzecz słuszności tych wyborów lub innych. Dane pozyskane w konkretnym celu i nie za wszelką cenę,”bo publikacja mi potrzebna”. To już inny temat – etyczności nauki jako takiej.
    Jasne, że stosunek do przyrody nie jest kwestią nauki, wykształcenia, ale pewnych przekonań, preferencji co do wartości – nauka tego nie zastąpi, ale pomóc już może. Jak zauważyłeś, często się tak składa, że naukowcy prezentują światopogląd bliższy nam niż „miejscowi”, myśliwi, samorządowcy – akurat mnie to nie dziwi. Powinni nawet, skoro mają większą wiedzę, szersze horyzonty, wyszkolenie w myśleniu, przewidywaniu zdarzeń. Mimo tych przymiotów, które daje wykształcenie, nadal zatrważająco mało naukowców angażuje się w aktywną ochronę przyrody. Niektórzy twierdzą, że obojętność wobec przedmiotu badań jest warunkiem ich obiektywności, ale to ściema, badają zawsze wycinek (tu niech se będą obojętni), ale do całości mogliby mieć już jakiś cieplejszy stosunek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, pozwolę sobie skomentować, chociaż pan Janusz Korbel już wiekszość napisał. Po części rozumiem i podzielam Twoje powody do frustracji i rozczarowanie nauką. Owszem, spotykałam się też z danymi naukowymi wziętymi od czapy i ekspertyzami pisanymi pod zamówienie. Kwestia etyki naukowej i naukowca to odrębny temat. Ale nie do końca rozumiem, jaka jest konkluzja - czy oskarżasz naukę o obojętność i domagasz się, żeby naukowcy przejęli odpowiedzialność za losy przyrody, biorąc się aktywnie za jej ochronę? No proszę Cię. Odpowiedzialność spoczywa na całym społeczeństwie, a każdy członek tego społeczeństwa powinien czuć moralny obowiązek, żeby robić na rzecz przyrody to, co potrafi najlepiej. Zbieranie śmieci w lesie zostawmy młodzieży szkolnej. Naukowcy są od zbierania i analizy danych naukowych. Wnioski, które z tego wyciągają, przekazują organizacjom pozarządowym, które - dostępnymi im metodami - starają się wywrzeć wpływ na decydentów; lub tez bezpośrednio decydentom. A co oni z tym zrobią, to już kolejny etap. Owszem, wielu naukowców idzie dalej, aktywnie lobbując na rzecz przyrody. Ale - kto ma na to czas, siłę i kogo stać na takie poświecenie? Owszem, są tacy ludzie, jak profesor Wesołowski, ale powiedzmy szczerze - on wiele lat pracował wpierw na swoją pozycję naukową. A praca naukowa to praca na pełny etat, oprócz obowiązków dydaktycznych trzeba się wykazać publikacjami i dorobkiem - bo z tego naukowców rozliczają. Doba ma 24 h, a naukowcy też czasem muszą zjeść i pójść spać, nie mówiąc o tym, że większość ma rodziny. Raczej nie da się robić więcej, niż jest się w stanie zrobić, prawda? Znam wielu ludzi, którzy będąc w nauce zajeli się aktywnie lobbingiem na rzecz przyrody - ich decyzja, OK, ale prawie zawsze było to ze szkodą dla ich pracy naukowej, czasem na tyle dużą, że przekreśliła dalszą karierę.
      Pytasz o stosunek do przyrody - tu racja, mój jest w dużym stopniu obiektywny. Owszem, wkurzają mnie śmieci w lesie, ale z drugiej strony fascynuje mnie,jak ptaki wykorzystują te śmieci do "ozdabiania" gniazd i czemu na przykład czerwone strzępki są bardziej atrakcyjne niż niebieskie. Dla naukowca śmietnik tez jest ekosystemem. Nie do końca podzielam też Twój pesymizm co do lasów przyrody. Owszem, zmieniamy ja, jak wszystko, ale nie wszedzie są to zmiany na gorsze. Poza tym nie załamuję rąk nad wymierajacą populacją czy gatunkiem - owszem, często jest to ewidentnie nasza wina, ale wymieranie gatunków jest wpisane w rytm życia Ziemi i nas to też najprawdopodobniej czeka :P Nie przewszkadza mi to szukac kontaktu z przyrodą, kiedy mam na to czas i ochotę

      Piszę świeżo pod wrażeniem wizyty w Natural History Museum w Londynie i wystawy pt. "Extinction - not the end of the world", która naprawde otwiera oczy" :) Napisałabym jeszcze dużo więcej, ale już chyba starczy. Może się spotkamy kiedyś w terenie na dłuższa dyskusję ;) Pozdrawiam

      Usuń
    2. Tak, choć nie tyle oskarżam, co uważam, że przyrodnicy są wręcz głupcami, nie angażując się w ochronę tego, co jest przedmiotem ich badań. To tak jakby piłowali gałąź, na której siedzą, w tym przypadku także jako „cywile” (nienaukowcy). O tym, że odpowiedzialność leży w naszych rękach i nie należy cedować jej na naukowców, napisałem chyba dość wyraźnie? A śmieci nie każę im zbierać i tak wiem, że to poniżej ich „powołania”, więc próżno apelować :)
      Wolałbym za to, żeby użyli danego im przez ogół autorytetu i zaangażowali się w cokolwiek poza wspinaniem po szczeblach kariery i moszczeniem wygodnych gniazdek na katedrach tego i owego. Takie zaangażowanie to żadne poświęcenie to nakaz chwili i odruch zdrowego rozsądku. O ile oczywiście naukowcy też są ludźmi, umiejącymi cieszyć się światem, mającymi dzieci, jakieś plany na przyszłość. Ich kariera też odbywa się w jakimś środowisku (społeczno-przyrodniczym) – jak będzie syfiaste, to co komu po karierze? W ramki ją sobie oprawi i na ścianie gabinetu powiesi?
      Wszystko zależy od perspektywy, w kosmologicznej ani ludzie, ani śmieci, ani wymieranie gatunków nie ma znaczenia. Z perspektywy mojego życia i moich dzieci, być może wnuków ma ogromne. Mnie nie cieszą śmieci w lesie, bo wiem, że więcej zwierząt przez nie cierpi lub ginie niż cieszy się kolorowym gniazdem. Na poziomie mikro i biochemicznym są jeszcze gorszym syfem – polecam film „Plastic Planet”. A w końcu są estetycznie nie do przyjęcia, przynajmniej dla mnie.
      Komuś mogą się nawet podobać, ale to nie upoważnia go do zasyfiania innym świata, tak samo, jak palacz nie ma moralnego prawa (dziś nawet stanowionego), żeby syfić komuś dymem pod nosem i petami pod nogami. Do niedawna było inaczej, po zwróceniu uwagi palacze byli wręcz oburzeni atakiem na ich „wolność”. A na koniec, oczywiście, że wymieranie nie jest końcem świata, ale obecna jego skala ten świat zubaża i odziera z piękna. Naukowców to nie obchodzi, bo nie mieści się w ich metodologii „szkiełka i oka”, ale dla mnie jest ważne, bo mam jeszcze duszę i serce, które się kroi na widok tego, co się dzieje z przyrodą.

      Usuń
  4. Dodam jeszcze, że przewalanie ton papieru nie jest bynajmniej domeną naukowców. Często naukowcy sprawnie przetwarzają dane i dostarczają decydentom kolejne raporty, z których jasno wynika, że coś sie dzieje - i nikt nic z tym nie robi. Po prostu.

    OdpowiedzUsuń