wtorek, 8 stycznia 2013

Dlaczego rozpęta się piekło?

Podrabiany Indianin
sprzedający dobre rady
Obiecałem sobie, że przynajmniej przez jakiś czas nie będę się tematem tzw. survivalu zajmował, ale chyba nie dotrzymam słowa :)
Zaraz wyjaśnię, dlaczego zmieniłem zdanie.
Zostałem niejako wywołany do tablicy przez kumpla, który podesłał mi recenzję książki Cody'ego Lundina pt. Gdy rozpęta się piekło. Poradnik survivalowy na czas kataklizmu. Cody Lundin jest amerykańską gwiazdą survivalu, może jeszcze nie tak rozpoznawalną jak popularny także w Polsce Brytyjczyk Bear Grylls, ale prawie. Za to Cody bardziej od niego przypomina niedźwiedzia (bear), wygląda jak gwiazda wrestlingu, a przy tym pozuje na Indianina, tak na oko Apacza albo Zuni. Ostatnio za sprawą wspomnianej książki wydanej niedawno w Polsce stał się i u nas popularny. W necie pełno jej recenzji, pojawiły się nawet wzmianki o Codym w czasopismach dla prawdziwych mężczyzn. Jak widać, survival wychodzi z niszy – tylko dla maniaków (tudzież żołnierzy, harcerzy) i powoli staje się elementem popkultury – Bear i Cody to już prawdziwi celebryci.
Czy jest to związane z rzekomą przepowiednią Majów, wieszczącą koniec świata 21.12.2012, która wszystkich tak nastraszyła, że stała się nawet inspiracją dla tandetnych reklam? A może wynika to z ogólnie pesymistycznych nastrojów społecznych na całym świecie? Kryzysu ekonomicznego, braku sensu życia, zawiedzionych nadziei, coraz częstszych katastrof i klęsk żywiołowych, wiązanych ze zmianami klimatu – słynnym efektem cieplarnianym. Czyżby wszyscy na serio oczekiwali z utęsknieniem apokalipsy, która raz na zawsze rozwiąże ich życiowe problemy? Zarówno zblazowani bogacze, jak i zdesperowani biedacy.
Być może coś w tym jest? Od jakiegoś czasu popularne są postapokaliptyczne filmy, książki, gry komputerowe ze słynnym Falloutem na czele. Jak widać, po straszakach i zabawie, przyszedł czas na naukę „umiejętności praktycznych” w stylu: Samouczek – co robić po końcu świata, Apokalipsa dla opornych (for dummies). Podświadome tęsknoty, infantylne wyobrażenia zamieniają się w nich w „rzeczywistość”, obecną oczywiście jedynie w głowach autorów takich poradników i ich czytelników. Jak będzie naprawdę, nikt z nich nie potrafi sobie wyobrazić, bo gdyby potrafił, to nie pisałby takich głupot i nie czytał także. Jedno jest pewne, pisałem już o tym, udany survival w pojedynkę z plecakiem gadżetów jest złudzeniem.
Jedną z nielicznych rzetelnych analiz jak wyglądałyby skutki realnej, a zarazem prawdopodobnej, globalnej katastrofy – wojny nuklearnej przeprowadził, nieodżałowanej pamięci, Hoimar von Ditfurth i zatytułował wymownie: „Ci, co przeżyli zazdrościć będą zmarłym”. Niedowiarkom polecam lekturę „Pozwólcie nam zasadzić jabłonkę”, a przy okazji innych jego niezwykle kształcących książek. Przypuszczam, że inne „końce świata”, czyli tytułowe rozpętujące się „piekła” Cody'ego Lundina (i pozostałych bears'ów) będą równie opłakane w skutkach.
Prawdziwi Indianie walczący o realne przetrwanie
Co z tego wynika? Coś bardzo prostego, podejrzenie przechodzące w pewność, że może lepiej energię zainwestowaną w kupowanie i testowanie „patentów na przetrwanie”, opisywanych w kolejnych książkach i programach telewizyjnych, przeznaczyć na działania zapobiegające nadciągnięciu realnej, a nie wyimaginowanej apokalipsy np. wsparcie dla takich i podobnych inicjatyw. Jeśli pozostaniemy obojętni, piekło zgotujemy sobie sami na tej całkiem przyjaznej życiu planecie.
Dość bierności!
Chyba że ktoś traktuje koniec świata jako fatum, wtedy przepraszam, wycofuję swoje zastrzeżenia, ale proponuję zamiast studiowania poradników survivalowych jakieś dobre, sprawdzone modlitwy. Będą bardziej na miejscu i prawdopodobnie skuteczniejsze ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz