poniedziałek, 3 grudnia 2012

Reglamentacja przyrody

Dla miłośników przyrody jej reglamentacja, obok niszczenia, zanieczyszczania i zaśmiecania, jest jednym z dotkliwszych problemów, czasami mocno utrudniającym swobodne uprawianie plenerowych peregrynacji. Irytuje nie tyle reglamentacja jako taka, co jej niedoskonałości, często postrzegane jako niesprawiedliwość czy wręcz nadużycia. Nierzadko nie bez racji.
Konieczność regulowania dostępu ludzi do przyrody, chronienia przed ludzką zachłannością i nieodpowiedzialnością, zwłaszcza najcenniejszych jej fragmentów, raczej rozumieją i akceptują wszyscy. Wątpliwości budzą szczegółowe rozwiązania prawne i niejasna praktyka, nie zawsze w zgodzie z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa, a jeszcze częściej niezgodne z potocznym poczuciem sprawiedliwości, a nawet zdrowym rozsądkiem. Typowym przykładem takich kontrowersji jest niedawny wpis z zaprzyjaźnionego bloga.
Przyroda jest typowym dobrem wspólnym, jako taka powinna być powszechnie dostępna dla wszystkich. Jeśli uznaliśmy (w demokratycznych procedurach), że jest to nie do końca możliwe ze względu na dobro samej przyrody, to dostęp do niej powinien być regulowany w oparciu o jasne, przejrzyste i sprawiedliwe zasady. Zasady równe dla wszystkich, bez względu na to co pewnym grupom użytkowników przyrody się wydaje lub jakie preferencje im się tradycyjnie (w ich mniemaniu) przynależą. Żyjemy w XXI wieku, szlacheckie przywileje (jednymi z najważniejszych było wyłączne prawo do posiadania ziemi i polowania) zostały ostatecznie w Polsce zniesione artykułem 96 Konstytucji z marca 1921 roku. Czasami mam jednak nieodparte wrażenie, że chyba jeszcze nie do wszystkich to dotarło w sensie mentalnym. I nie mam tu na myśli groteskowych, genealogicznych tropicieli swoich „szlacheckich” korzeni, zwolenników ustroju monarchicznego lub czytelniczek pism typu „Party”, śledzących z wypiekami na twarzy sercowe perypetie księżniczek lub celebrytów „hrabiowskiej” proweniencji.
To, że ktoś obcuje z przyrodą z racji swojej pracy lub kosztownego hobby nie uprawnia go jeszcze do tego, żeby traktować ją jako swoją własność, domenę wyłącznych wpływów, nie podlegającą zewnętrznej ocenie. Te środowiska irytuje nawet inicjacja społecznej dyskusji na temat zasadności preferencji tych grup w dostępie do przyrody, legitymizowanych ich rzekomo nadzwyczajnymi merytorycznymi kompetencjami bądź szczególnym znaczeniem (gospodarczym, społecznym, kulturowym). Mam tu na myśli przede wszystkich leśników i myśliwych, w mniejszym stopniu wędkarzy. Grupy te wzajemnie się przenikają. Leśników mamy w kraju ok. 25 tys. (licząc jako ogół zatrudnionych w LP), myśliwych zrzeszonych w PZŁ ok. 100 tys., wędkarzy zrzeszonych w PZW ok. 600 tys. Razem nieco ponad 725 tys. obywateli Polski, z których niektórzy tak się zachowują jakby mieli qasimonopol na polską przyrodę. Dlaczego tak sądzę? Dlatego, że ze strony akurat tych środowisk (a nie np. rolników, którzy też „w przyrodzie” pracują) spotkały mnie i moich znajomych różne nieprzyjemności i to niekoniecznie z powodu naruszenia przez nas prawa związanego z ochroną przyrody lub lokalnych przepisów porządkowych. Chodziło o samą naszą obecność w lesie czy na wodzie, która tym ludziom „przeszkadzała”, naruszała dobre samopoczucie (czasem przechodzące w poczucie bezkarności), najogólniej rzecz biorąc tak czy owak – wadziła. Nie są to wcale aż tak rzadkie przypadki, o kilku z nich, najbardziej irytujących, na tyle nawet, że sprawa skończyła się w sądzie, można poczytać na blogu nagłaśniającym takie sprawy w Puszczy Białowieskiej.
Nie podoba mi się taki stan rzeczy. Nie rozumiem dlaczego ok. 3% obywateli dyktuje jak mają wyglądać relacje wszystkich pozostałych z przyrodą. Liczbę bezinteresownych (w sensie braku bezpośrednich korzyści materialnych) miłośników, amatorów kontaktu z przyrodą w Polsce szacuję na kilka milionów. Mimo swej liczebności, to środowisko właściwie o niczym nie decyduje. Ci ludzie, nawet zrzeszeni w różnego rodzaju organizacjach pozarządowych, hobbystycznych związanych z przyrodą nie mają prawie wcale wpływu na kształt stanowionego prawa dotyczącego środowiska, ich przedstawiciele nie mogą sprawować żadnych funkcji kontrolnych wobec uprzywilejowanych środowisk, które wyżej opisałem.* Miliony obywateli właściwie nie mają nic do powiedzenia na temat naszego wspólnego dobra ogromnej wartości jaką jest nasza ojczysta przyroda, bo realnie zarządza nią prawie na wyłączność kilkaset tysięcy i już!
Np. 100 tys. myśliwych może sobie praktycznie (teoretycznie są) bez ograniczeń wjechać swoim prywatnym samochodem do lasu, a pozostali obywatele wcale. W rezerwacie (fotografia powyżej) właściwie nic zwykłemu śmiertelnikowi nie wolno, ale polowania dozwolone już są (niby w drodze wyjątku, ale jednak). Podobnie jak wycinanie drzew – nawet w rezerwacie – zwane eufemistycznie planową gospodarką leśną. Wtedy już wolno wszystko, palić ogniska, śmiecić (nie uwierzycie jaki syf zostawiają po sobie drwale), niszczyć rośliny, poruszać się pojazdami, wprowadzać psy, zakłócać ciszę (czymże są strzały z broni palnej, szmerem strumyka?). Nasuwa się pytanie: po co tworzy się rozmaite przepisy, ograniczenia, rezerwaty i parki narodowe skoro „wybrańcy” i tak tam robią co chcą? Dla kogo one są? Jaki jest ich cel? Ochrona przyrody przez reglamentację dostępu do niej czy pretekst dla wydzielenia pewnych obszarów na wyłączność grupki uprzywilejowanych? Często się nad tym zastanawiam widząc różne ostrzegawcze tablice i konfrontując z tym co się za nimi rzeczywiście dzieje.
Podsumowując, uważam, że system reglamentacji dostępu do przyrody w Polsce jest anachroniczny, niesprawiedliwy społecznie i słabo spełniający swoją podstawową rolę tzn. ochronę przyrody przed zakusami nieodpowiedzialnych i nie umiejących jej uszanować ludzi. Np. amatorów szaleństw na quadzie lub crossowym motocyklu – jakoś nigdy nie zauważyłem, żeby się kogokolwiek obawiali w lesie, praktycznie są całkowicie bezkarni. Notabene wśród nich jest sporo myśliwych, podobnie jak wędkarzy wśród amatorów ryczących motorówek. To samo z amatorami hurtowej wywózki śmieci do lasu. Sankcje, mandaty są dla nich (o ile komuś zechce się ich łapać) symboliczne, o ile nie całkiem śmieszne.
W swej najgłębszej istocie jest to system chroniący nie tyle przyrodę jako wspólne, uniwersalne dobro, co branżowe i partykularne interesy w sumie stosunkowo niewielkiego środowiska, które czerpie z przyrody spore profity niewiele w istocie dając jej i społeczeństwu w zamian. Nawet trudno mówić tu jakimś światłym, perspektywicznym zarządzaniu przyrodą, ochronie i pomnażaniu jej zasobów, chodzi raczej o nadzór (bardziej pozorowany niż rzeczywisty) w policyjnym stylu i podtrzymywanie zmurszałego, ale jakże wygodnego dla mniejszości status quo.
* - pisze o tym problemie nieco Ewa Symonides.

2 komentarze:

  1. Absolutnie się zgadzam w całej rozciągłości z tym, co opisałeś.
    Prywatne folwarki, to nie utopia..., na terenach, które ponoć przynależą do każdego z nas.
    W Gostynińsko-Włocławskim Parku Krajobrazowym kilka lat temu za aprobatą miejscowego leśnika i starostwa powiatowego we Włocławku na chronionych wydmach eolicznych - w okolicach wsi Goreń[ ewenement krajobrazowy tego parku ]zezwolono miejscowemu pseudo biznesmenowi na ich zniszczenie. Zorał je a następnie spychaczem zniwelował teren- bo ... budował domek letniskowy. A te wydmy mu w jakiś sposób przeszkadzały.

    Minęło kilka lat- a jak sprawa dziś wygląda ? Leśnik wciąż tam pracuje, nikt w starostwie włocławskim głowy nie stracił, a domek sobie stoi. Tylko wydm eolicznych nie ma ...

    Zwykły '' szaraczek '' już by siedział w pace, rąbał tysiące grzywny i miał papiery spaprane włącznie z prywatnym życiem.

    Cóż, myślę, że zarządy parków krajobrazowych to nieroby za nic mające dobro przyrody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykład, który przedstawiłeś jest fragmentem większego problemu, mianowicie postępującej w zastraszającym tempie degradacji krajobrazu w Polsce. Cierpi na tym przyroda i ludzie. Jest po prostu brzydko, a bioróżnorodność ubożeje, nikt nad tym nie panuje.
      Polecam lekturę Apelu Tykocińskiego.
      Tam więcej o tym problemie, a także artykuł na portalu samorządowym.

      Usuń