środa, 12 grudnia 2012

Wspomnienie lata - Omulew i Omulwia cz.1

Pod koniec sierpnia udało nam się z kumplem dokonać minibwp nad urokliwym jeziorem Omulew i rzeką Omulwią. Niestety, jak to zwykle bywa przygotowania do wyprawy nie były łatwe. Największym problemem okazało się wypożyczenie kanu. Kajaki już nam się trochę przejadły, do jednodniowego popływania są niezłe, ale dłuższe bwp z pomocą kajaka jest dość niepraktyczne. Przy naszym słusznym wzroście, masie i zamiłowaniu do biwakowania kajak staje się „przyciasnym” środkiem lokomocji, dochodzi do tego niewygodna pozycja, mała ładowność, o zabraniu psa trzeba raczej zapomnieć, chyba, że ktoś gustuje w Chihuahua :)
Uparliśmy się zatem na kanu. Pełen entuzjazmu dla nowego środka lokomocji, który poniesie nas „dzikie ostępy” obdzwoniłem okoliczne wypożyczalnie sprzętu wodnego i…wielkie rozczarowanie. Kanu nigdzie nie ma, ktoś kiedyś miał, ale sprzedał, nie mają, bo nikt kanu nie wypożycza, bo ludzie nie umieją na nim pływać, wywracają się itp. bujdy serwowano mi co i rusz po drugiej stronie słuchawki. Załamanie :(
Co tu robić, kumpel z trudem załatwił wolne w pracy, jutro przyjeżdża, a kanu nie ma? Chwyciłem znów za telefon, tym razem już prawie żebrać płaczliwym głosem wśród świeżo poznanych za pośrednictwem Internetu kanuistów. Głupio mi było strasznie, wyobrażałem sobie co o mnie myślą – jakiś namolny, prawie obcy gość, cholera wie kto, i jeszcze chce kanu. W końcu się udało, wspaniały człowiek z mojego miasta zgodził się pożyczyć łódkę i to jak się później okazało gratis.
Dzięki ci Bolo, jesteś wielki!
 Uzgodniliśmy miejsce i termin, przykręcam belki do relingów w samochodzie w nadziei, że wytrzymają i jadę. Bolo w realu okazał się jeszcze milszym człowiekiem niż przez telefon. Za to mocowanie belek okazało się paskudne, od przykręcania porobiłem sobie na palcach pęcherze, a luzy nadal są. Kanu to ciężka łódka, mocowanie musi być dobre, żeby nie zrobić sobie lub komuś krzywdy po drodze. Remedium okazało się wywalenie plastikowych gałek do przykręcania i bezczelne, na siłę, skręcenie kluczem oczkowym gołych śrub. Czas leci, ja wciąż kilkanaście kilometrów od domu, a kumpel już dojeżdża PKS-em. Miałem go odebrać z dworca, a tu dopiero z pomocą nieocenionego Bola ledwo przymocowałem kanu, na zaplanowane spakowanie gratów i kurs na dworzec czasu nie było już wcale. Tłumaczę kumplowi przez telefon jak ma sam dotrzeć do mnie, na szczęście kumaty i dojedzie autobusem, na osiedlu go przechwycę. Przy tym okazało się, że przyjedzie jednak bez psa. Mamy XXI w., ale przewiezienie niewielkiego psa w autobusie PKS graniczy z cudem, cud oczywiście się nie zdarzył. Żyjemy w Polsce – nie w niebie. Wszelkie dyskusje z tzw. przewoźnikiem psu na budę. Na szczęście na te kilka dni pieskiem zaopiekuje się znajomy, będzie miał u niego na wsi dobrze. Co by człowiek zrobił bez przyjaciół?
W pośpiechu docieram do domu z kanu na dachu, jakoś udało się zdążyć przed popołudniowym korkiem, ale i tak mamy spory niedoczas. Wcinamy szybki obiad, pakuję się jako tako, żegnam z Rodziną i wyruszamy. Tyle planów, przygotowań, kombinacji i nareszcie wymarzona wyprawa się ziszcza. Po drodze jeszcze krótki postój na uzupełnienie prowiantu w Lidlu. Najważniejsza jest woda, poprzednie bwp na Wiśle w iście tropikalnym upale (opiszę je przy okazji) uświadomiło nam to aż nadto. Czysta woda ze sobą, na większości naszych rzek, to podstawa.
Po kilkudziesięciu minutach jazdy docieramy nad Jezioro Omulew. W miejscowości Wikno znajdujemy coś w rodzaju plaży wiejskiej, całkiem dogodne miejsce do rozpoczęcia wyprawy. Późnym popołudniem wypływamy na rekonesans aby w końcu się odprężyć, oswoić się z łódką, kumpel pierwszy raz w życiu na kanu, od razu mu się spodobało. Dzień zbliża się ku końcowi, jeszcze jest ciepło, zdejmuję koszulkę aby poczuć ostanie promienie słońca, niebawem zacznie zachodzić. Pływamy powoli między wyspami, woda nabiera odcienia płynnego złota, wiatru prawie nie ma, jest naprawdę cudownie.
 Kumpel napawa się przyjemnością pływania kanu i pięknem krajobrazu. Powoli wracamy, jeszcze wieczorna kąpiel w malowniczo zamglonym jeziorze i rozbijamy obozowisko.
 Sprawa jest prosta, kanu ładujemy na dach, a nad samochodem rozpinam wielką płachtę biwakową (tarp).
Szybko pojawia się rosa, pod płachtą rozkładamy plażowy namiocik dla osłony od wiatru, na trawie plastikową płachtę (taką za kilka złotych z marketu), na niej karimaty i śpiwory. Jeszcze gorąca herbatka, kolację jemy już po ciemku przyświecając sobie czołówkami. Noc jest gwiaździsta, zapowiada się, że będzie chłodna. Kładziemy się wreszcie spać. Jesteśmy mocno zmęczeni tym całodziennym pośpiechem i zamieszaniem. Jutro czeka nas pierwszy dzień wyprawy.
Przed piątą rano budzi mnie jakiś samochód, pewnie wędkarze. Wstaję, wiem, że już nie zasnę. Idę na poranny spacer nad jezioro, w nocy ktoś dojechał terenowym samochodem z żaglówką na przyczepce. Pewnie rano będzie się wodował. Oglądam żaglówkę, nad jeziorem mgła, wschód słońca tuż, tuż. Lecę budzić kumpla, znam jego zamiłowanie do fotografowania, jak się pospieszy będzie miał pocztówkowy widoczek. Przy budzeniu trochę zaspany marudzi, ale wstaje, zdążył w ostatniej chwili, słońce już wschodzi nad jeziorem. To magiczna chwila każdego dnia.
Rozespanie mija od razu, zabieramy się powoli do zwijania obozu i śniadania. Mnie czeka jeszcze jazda samochodem do Wielbarka i powrót rowerem, co najmniej 40 km. Muszę się spieszyć żebyśmy wypłynęli przed południem. Podjeżdżam pod brzeg jeziora, zdejmujemy z dachu i wodujemy kanu, wypakowujemy graty na trawę, rozkładamy płachtę do suszenia. Dzień już wstaje na dobre, robi się cieplej, a ja w drogę, niestety, znów się muszę spieszyć. Im mniej czasu stracę, tym szybciej wypłyniemy. Od połowy drogi niezłe dziury, typowe, wystarczy zjechać z głównych tras i już mamy drogi jak na Ukrainie. Na szczęście mam leciwy pojazd w klimatach „gniotsa nie łamiotsa”, na piórowych resorach, więc się nie przejmuję, daję ile się da – prawie zgodnie z przepisami. W Wielbarku szukam mostu niedaleko ujścia Sawicy do Omulwi, jest tam „Piwiarnia Nad Sawicą” i wypożyczalnia kajaków. Planuję tam zostawić pojazd, a rowerem wrócić do Wikna – właśnie po to go zabrałem. Tam zaś zostawię rower u jakiegoś gospodarza, wracając go odbiorę. Szukam właściciela piwiarni i wypożyczalni zarazem, żeby uzgodnić zostawienie samochodu. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że za drobną opłatą nie tylko przechowa samochód u siebie, ale nawet odwiezie mnie do Wikna. Bardzo mi to pasuje, oszczędzę sobie 40 km jazdy rowerem, a przede wszystkim czas. W drodze gawędzimy sobie o wodniackich sprawach, sezon niestety nie najlepszy, ludzie wybierają mniej męczące formy wypoczynku od kajaka.
Po powrocie kumpel zdziwiony, że tak to szybko poszło, nawet płachta nie zdążyła wyschnąć. Słoneczko już ładnie grzeje, przekładamy ją na drugą stronę i zabieramy się do pakowania łódki.
Jeszcze nigdy nie pakowałem się z całym biwakowym sprzętem do kanu, trzeba to dobrze przemyśleć, równomiernie rozłożyć ciężar, tak aby nie zaburzyć równowagi i pływalności łodzi i jeszcze wszystko przymocować, powiązać sensownie, żeby nie pogubić przy ewentualnej wywrotce. Na łodzi mam debiutanta, a wywrotki zdarzają się nawet najlepszym, z opisów wiem, że rzeka jest łatwa, ale lepiej dmuchać na zimne. Zajmuje to wszystko trochę czasu. Obserwują nas z zainteresowaniem dzieciaki, które przyszły z rodzicami nad jezioro. Jakiś chłopiec mówi – ale fajne kanu, takie indiańskie, kupisz mi Tato? Przypomniały mi się dziecięce lata i fascynacje Indianami, moje marzenie się właśnie realizuje, może temu chłopczykowi też się uda.
W ostatniej chwili przed wypłynięciem uświadamiam sobie, że zapomnieliśmy zabrać gąbki, tak, tak – zwykła gąbka, im większa tym lepsza, niezbędny i niezastąpiony element wyposażenia każdej łódki. Waham się, pogoda piękna, może nie będzie aż tak potrzebna, jednak nie daję za wygraną i, ganiąc się w myślach za swoje gapiostwo, udaję się po prośbie do właściciela żaglówki, która przyjechała w nocy, teraz stoi już na wodzie. Doświadczony wodniak od razu zrozumiał wagę prośby, pogrzebał w bakiście i dał mi niewielką, mocno wysłużoną gąbkę. Dziękuję wylewnie i zadowolony wracam do kumpla, ostatni element wyposażenia uzupełniony – uff, wreszcie możemy wypływać.
Płyniemy spokojnie szlakiem znanym nam z poprzedniego dnia, jest już prawie południe. Jeszcze ciepło i słonecznie, ale coś wisi w powietrzu. Przed wyjazdem sprawdzałem prognozy, miało trochę padać, ale dopiero jutro. Nie przejmując się płyniemy dalej podziwiając brzegi jeziora, po jakiejś godzinie zaczyna się chmurzyć i kropić, potem padać coraz mocniej, zakładamy peleryny i płyniemy dalej. Jednak pada coraz mocniej, zapada decyzja, płyniemy do brzegu, trzeba jakoś zabezpieczyć rzeczy przed deszczem, nie wszystko jest w wodoszczelnych workach. Dorobiliśmy się na razie tylko dwóch po 30 litrów pojemności każdy, są w nich ubrania i najcenniejsze rzeczy, dokumenty, komórki, aparat fotograficzny. Chronimy się pod drzewami na prawym brzegu przesmyku między odnogami jeziora. Przyda się płachta na której spaliśmy, składamy ją odpowiednio, przykrywamy rzeczy, mocujemy gumami. Jeszcze korzystając z okazji spożywamy drobny posiłek, nie wiadomo kiedy będzie następny, i w drogę. Pada i pada, z zapowiadanej, raczej bezdeszczowej, pogody nici. Docieramy do części jeziora z której wypływa rzeka Omulwia, po lewej świetne miejsce na biwak, w ogóle okolica wygląda jak jakaś Kanada, a nie Polska. Tym bardziej, że na jeziorze choć oko wykol, nie ma żywej duszy oprócz nas, pewnie przez tą pogodę – nawet deszcze ma swoje dobre strony :)
Jeszcze trochę wiosłowania, niestety deszcz już leje nie tylko pada, i wypływamy na rzekę. Sądziłem, że wśród trzcin trudniej będzie znaleźć ujście, ale okazało się to łatwe, tabliczka szlaku kajakowego potwierdza, że jesteśmy na dobrej drodze. W oddali na łódce widać rozmytą deszczem sylwetkę wędkarza-desperata, owiniętego szczelnie w zieloną pelerynę. Przypomina razem z łodzią, z którą tworzy jedną bryłę, jakąś abstrakcyjną rzeźbę. Rzeka płynie leniwie, sporo wodnej roślinności, po bokach ciemny las, splątane korzenie wchodzą w wodę tworząc niesamowite kompozycje, płyniemy niespiesznie z prądem kuląc się pod pelerynami w deszczu.
Kapelusz zaczyna mi powoli przemakać, ale zaczynam się też przyzwyczajać do ciągle padającego deszczu. Początkową irytację nagłą zmianą pogody wypiera spokój, który pojawia się nie wiadomo skąd. Pada, nie pada, woda leje się za kołnierz, nieważne, płyniemy, jest pięknie, jest dobrze. Tak mijają kilometry do pierwszej poważniejszej przeszkody. Widać, że bobry pracują, kłody w nurcie zdarzają się co i rusz, ale jeszcze nie zmuszają do przenosek, za to betonowy jaz już tak. Będzie okazja rozprostować nogi, zrobić siku. Deszcz trochę słabnie. Przenoska dość łatwa, nie trzeba rozładowywać kanu, przeciągamy je po mokrej trawie. Za jazem z powrotem na wodę, płyniemy dalej i dalej, z czasem coraz więcej ludzkich śladów, zardzewiały mostek, kładki, ścieżki. Deszcz zaczyna padać znów coraz mocniej. Stara gąbka staje się nieocenionym sprzętem, na każdym przystanku za jej pomocą wylewam wodę, z czasem nauczę się to robić w trakcie płynięcia, sięgając ręką daleko za siebie, rufa jest trochę niżej, spływają tam teraz całe litry deszczówki. Rzeka mimo kiepskiej pogody nie traci uroku, przepływamy odcinki całkowicie zarośnięte trzcinami, istny labirynt.
Na szczęście zawsze są jakieś wskazówki, które nie pozwalają nam zboczyć z przetartego szlaku. A to jakiś przesmyk w gąszczu zieloności, jakaś gałąź, beleczka, deseczka. Jesteśmy już trochę zmęczeni, leje ciągle, ubrania pod pelerynami właściwie już mokre, ale jeszcze trzymają ciepło. Dokoła wysoki las, znów pojawiają się skojarzenia z Kanadą. Nie wiem czemu ciągle chodzi mi po głowie. Tak w ogóle to oczywiście, że wiem skąd, Kanada to symbol dzikiej przyrody, Mekka miłośników kanu i amatorów bezludzia, ale dlaczego przychodzi mi na myśl na Omulwi?
Nic to, do miejsca biwaku jeszcze sporo kilometrów, trzeba wiosłować żwawiej, także dla rozgrzewki. Zapatrzeni w przyrodę, nie mając punktów odniesienia, straciliśmy orientację gdzie dokładnie jesteśmy. Nie ma czym się martwić, to nie wyścig, jesteśmy po prostu gdzieś na rzece. Płynie się nieźle, nieliczne przeszkody pokonujemy bez większego wysiłku, tyle, że zajmuje to trochę więcej czasu niż pierwotnie planowaliśmy. Wypatrujemy miejscowości o wdzięcznej nazwie Kot, powinna być tuż, tuż, a ciągle jej nie ma. Wyrobione na lądzie wyczucie przebytej drogi na rzece zawodzi, mapa nie na wiele się przydaje. Liczne zakręty, meandry znacznie zwiększają rzeczywiście przebyty dystans w stosunku do długości niebieskiej linii na mapie. Następuje swoista dylatacja przestrzeni…i czasu, zaczyna się właściwe mini bwp :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz