wtorek, 18 grudnia 2012

Bytowanie a tzw. survival

Prawdziwi mistrzowie survivalu...
Jak już wspominałem aktywność survivalowa byłaby chyba najbliższa mojemu minibwp, czyli temu co lubię porabiać w plenerze. Najbliższa w sensie materialnym i czynnościowym – czyli fenotypowo, że tak powiem. Jednak pod powierzchnią rzeczy, czyli genetycznie, to „chyba” ma jednak większe znaczenie niż sam przed sobą chciałbym przyznać, kiedy z fascynacją (mam nadzieję, że jeszcze zdrową :) przeglądam różne survivalowe portale, porady, opisy przygód i wyposażenia.
...znów w akcji :)
Bliska tym także, że gdyby jakiś autochton zobaczył mnie w lesie, pewnie pomyślałby w pierwszej chwili, no tak, kolejny „maniak” przetrwania. Militarne wdzianko w kamuflażowy deseń, takiż plecak i inne sprzęty. Zaraz wyciągnie saperkę, zacznie się okopywać, choć nikt nie strzela, potem budować szałas w pogodny dzień, a na koniec krzesać ogień za pomocą „wiercenia” patyków, jakby na zapałki nie było go stać.
Pozory czasem mylą, moje podejście do przyrody  różni  od survivalowca ostatecznie coś tyleż istotnego, co nieuchwytnego, mianowicie – filozoficzne zaplecze, ależ to górnolotnie zabrzmiało ;)
I jest to na dodatek filozofia nihilistyczna, ja po prostu w ten cały survival nie wierzę. Nie wierzę, że w przypadku poważnej katastrofy paramilitarne ciuchy, bajerancki nóż* i tzw. zestawy przetrwania (survival kit), opisywane drobiazgowo i dyskutowane z przejęciem na survivalowych stronach zdadzą się na coś więcej niż umarłemu kadzidło. Najfikuśniejsze wyposażenie i największe, najbardziej skondensowane zapasy jakie zdołamy unieść (maksymalnie do 30 kg i to z trudem) w obliczu prawdziwego załamania cywilizacyjnego nie zdadzą się na wiele. Przedłużą naszą żałosną egzystencję o kilka dni względnego komfortu w stosunku do tych, którzy takich zestawów nie przygotowali lub nie zdążyli ze sobą zabrać, choćby dlatego, że klęska zastała ich np. na basenie, a nie w domu. Nie wierzę, że nawet najbardziej zatwardziali survivalowcy noszą cały tzw. szpej (czyli po naszemu sprzęt) na basen, na mecz lub idąc do kina z dziewczyną. Możliwe, że w takie miejsca w ogóle nie chodzą trwając w gotowości w pobliżu przezornie wykopanej, wyposażonej i zaopatrzonej przez siebie ziemianki przetrwania. Na więcej niż kilka dni jedzenia i napoi ze sobą nie weźmiemy, inni „lamerzy przetrwania” bez tego też wytrzymają, co najwyżej będą głodni, a jakąś wodę znajdą, przynajmniej w Polsce. Jeśli jednak wokoło nas powstanie w wyniku jakiejś potwornej katastrofy bezwodna pustynia, to te kilka litrów w plecaku nie zmieni zasadniczo szans na przetrwanie. A nawet jak ta garstka przezornych pożyje 3-4 dni dłużej, to i tak nie da sobie rady bez pozostałej części populacji i jej umiejętności utrzymania cywilizacji w ruchu, zwłaszcza wytwarzania żywności. Na survivalowych forach jakoś nie zauważyłem działów rolniczych, ogrodniczych, a jeśli naprawdę zależy im na przetrwaniu, to tym w pierwszej kolejności powinni się zająć. Te nędzne (ilościowo) i słabo jadalne zasoby naszych lasów i łąk, w postaci takich „przysmaków” opisywanych na survivalowych forach, jak kłącza perzu, tataraku, igły sosnowe nie wystarczały przecież do utrzymania nawet nikłej populacji wychudzonych i drobnych chłopów pańszczyźnianych 200 lat temu, a co dopiero dzisiejszej gromady przerośniętych na współczesnej, nadmiarowej diecie i napompowanych mięśniami na siłowniach byczków po circa 180 cm wzrostu każdy. To po prostu niemożliwe.
Nie chcąc zanudzać czytelnika kolejnymi przykładami survivalowych absurdów przejdę do podsumowania swojej oceny tej rekreacyjnej mody, bo inaczej tego nie można traktować. Większego wpływu na realne szanse przeżycia w warunkach wojny czy innego istotnego zagrożenia dla życia te survivalowe zabawy nie mają. Ludzie nie giną dlatego, że nie znają zasad survivalu, nie mają przy sobie noża lub krzesiwa made in US Army. Polacy czy Żydzi nie ginęli we wrześniu 1939 roku dlatego, że nie mieli folii NRC i „wszystkomającego” multitoola. Ginęli dlatego, że bomby i pociski artyleryjskie siały odłamkami, zawalały domy na głowę, powodowały pożary, a w końcu, bo do nich strzelano. Przypadkowo w czasie walk i z premedytacją podczas masowych egzekucji. Ginęli ponieważ polska armia nie potrafiła odeprzeć ataku, a „sojusznicy” nas zwyczajnie zawiedli. W obliczu dobrze zmotywowanej, uzbrojonej i wyszkolonej armii, żadne krzesiwa, noże, a nawet panterki, kałasze i partyzantka nie pomogą. Udowodniły to przykłady niezliczonych wojen na przestrzeni dziejów, wystarczy sięgnąć do historii ze zrozumieniem. Jeśli państwo pozbawione wiarygodnych sojuszników przegra wojnę, to koniec. Jeśli dojdzie do katastrofy żywiołowej lub ekologicznej, to też jest raczej pozamiatane, jeśli nie ma gdzieś nietkniętego obszaru skąd nadejdzie pomoc, wsparcie, dostawy itp. Tak samo jak w życiu osobistym, jeśli dotknie nas prawdziwe nieszczęście, wypadek, choroba, utrata pracy bez prawdziwych przyjaciół, którzy dobrze prosperują nie damy sobie rady.
Jedyny prawdziwy, sensowny i skuteczny survival to dbałość o dobrą kondycję naszego bliższego i dalszego otoczenia, na każdym poziomie – ekologicznym, rodzinnym, społecznym, gospodarczym, politycznym. To zdrowe, bezpieczne, biologicznie produktywne środowisko, rodzina, sprawdzone grono przyjaciół, na których możemy polegać w potrzebie, mądrze zorganizowane i rządzone państwo, z silną gospodarką, z dużym kapitałem społecznym i poczuciem grupowej solidarności. Wzorem są dla mnie kraje skandynawskie i Szwajcaria. Gdy dojdzie do czegoś złego tamtejsi ludzie wyjdą z tego obronną ręką, najlepszym przykładem ostatnia wojna i nie tylko.
Człowiek jest istotą społeczną, człowiek współczesny, żyjący w cywilizacji skrajnej specjalizacji pracy (czego wcale nie pochwalam, po prostu stwierdzam fakt) jest bardziej niż kiedykolwiek w dziejach zdany na łaskę i niełaskę swoich ziomków, żadne „zestawy przetrwania” i najwymyślniejsze szkolenia z jeżdżeniem na linach tam i z powrotem tego nie zmienią.
Podstawą przetrwania jest jednak dla mnie zdrowe środowisko naturalne, produktywne i wydajne samo z siebie. Takim je „stworzyła” ewolucja, człowiek nic lepszego nie „wymyślił” i pewnie jeszcze długo tak będzie. Najważniejsze, żeby temu nie zaszkodzić, nie psuć tej cudownej maszynerii, najlepiej się temu w miarę „bezinwazyjnie” przyglądać i uczyć od przyrody – najlepszego ze znanych mi nauczyciela – jak najefektywniej działać w trudnych, niedoborowych warunkach.
I piszę to nie tylko dlatego, że mam „ekologiczne odchylenia”, to prawda mam, nie da się ukryć. Takie hobby, nieszkodliwe dziwactwo od dziecka. Nie dlatego, że „uratujemy Ziemię” – mówiąc pompatycznie niczym Greenpeace jakiś. Spokojnie, jej nic nie grozi! Ludzie nie są w stanie zagrozić procesowi życia na tej planecie, nie takie katastrofy jak „człowiek” w swej długiej historii przeżywała. Zupełnie jak w starym dowcipie.
Spotykają się dwie planety w przychodni, jedna mówi ze wstydem:
- wiesz co, mam Homo Sapiens...
Odpowiada druga:
- nie przejmuj się, też to miałam, to mija.
Po prostu dlatego, że takie są fakty. Innymi słowy cała ludzka działalność, dążenia, cele, ambicje, marzenia i dokonania muszą dopasować się do biologicznych warunków brzegowych trwania ziemskich ekosystemów podtrzymywanych przez niezliczone pozaludzkie istoty żywe, od których jesteśmy egzystencjalnie uzależnieni. Jakbyśmy nie uzasadniali i nie uprawiali survivalu należy pamiętać, że materialnie i energetycznie nasza zbiorowa ludzka egzystencja jest jedynie podzbiorem biosfery i to wcale nie najważniejszym dla sprawności systemów podtrzymywania życia na naszej planecie. To prawda, że nasza cywilizacja jawi się nam dziś – dzięki przemożnemu wpływowi mass mediów – nadzwyczaj spektakularnie, jako wyjątkowa w historii. A poprzez swoją hiperdynamikę i terytorialną wszechobecność, wydaje się trwała, wręcz niezniszczalna. Jednak gdy zapomnimy o tym co najważniejsze – czyli ostatecznym uzależnieniu człowieka i jego wytworów od zasobów i procesów przyrodniczych, jakikolwiek survival straci wszelki sens, ponieważ po upadku cywilizacji zamieni się w rozpaczliwą walkę o życie, bez szans powodzenia w starciu z podobnymi, mamiącymi się złudzeniami desperatami.
Lecz jeśli survivalowcom chodzi o coś zupełnie innego niż to, co tu przedstawiłem, głównie na podstawie tego co oni sami zamieszczają na swoich stronach, i zwyczajnie chcą sobie pobyć na łonie przyrody, bo to lubią, bo im się tam podoba, to niech powiedzą otwarcie i bez ściemy, że całe to przygotowanie do „przetrwania”, to tylko takie wygłupy, zabawa, pretekst, by wyjść z domu i posiedzieć w lesie, bo tam cicho i ładnie. Jeśli tak, to niech to po prostu robią i odpuszczą sobie ten cały paramilitarny, kasandryczny i komiczny zarazem sztafaż. Niech przestaną się bać „wielkiej katastrofy” i wezmą do lasu porządne smaczne jedzonko, zamiast wcinania lebiody na miejscu, niech sobie rośnie, może jakie zwierzątko się pożywi, jemu to bardziej potrzebne niż nam, ono nie ma supermarketu. I zapałki wezmą zamiast krzesiwa, i porządny namiot, i plecak zamiast klecić coś na miejscu z taśmy klejącej i folii. Jeśli naprawdę będzie potrzeba, to wtedy sklecą co trzeba i to akurat z tego co rzeczywiście będzie pod ręką, a nie zabrane zawczasu z domu. Niech po prostu wyluzują i zaczną cieszyć się życiem, a nie ciągle o nie obawiać!
Największymi mistrzami przetrwania i tak zawsze okazują się nie ci, którzy o tym marzą i przygotowują się do tego całe życie „na kursach niektórych”, ale zwykli, najczęściej biedni ludzie, którzy nigdy nie mogli pozwolić sobie na takie „luksusy”, bo musieli ciężko pracować i naprawdę kombinować jak przeżyć. Np. wszyscy podziwiają świetnie wyposażonych „do przetrwania” alpinistów, którzy pokonują „najwyższą górę świata”, a o szerpach, którzy byle jak przyodziani targają im wszystkie ciężkie graty bez których „herosi” z Europy nie mieliby co marzyć o Mount Evereście, nikt nie wspomina. Inny pouczający przykład: zapoznana Ada Blackjack, młoda eskimoska (Innuitka), lekceważona krawcowa i kucharka, która przetrwała w warunkach, w których „wymiękli” najlepiej przygotowani męscy twardziele. Albo Igor Abramow-Newerly, humanista, gryzipiórek, łysy okularnik z amputowaną powyżej kolana nogą, który przetrwał nie tylko obozy koncentracyjne, ale nawet potworny „marsz śmierci”, w którym padali z wyczerpania ludzie ze zdrowymi nogami. Newerly nigdy nie uprawiał „survivalu”, ale zwyczajnie, był zaradny, kochał przyrodę i wędrówki po niej – piesze i kajakowe.

* – Ci co mnie bliżej znają wiedzą, że lubię noże. I faktycznie lubię noże, ale nie dlatego, że uratują mi życie „w chwili próby”, do tego zda się tak samo najpodlejszy majcher, a nawet oszlifowany kawałek płaskownika owinięty szmatą czy taśmą klejącą. Lubię, bo lubię – ładne kształty, dokładny szlif, wygodna rękojeść. Podziwiam estetycznie, jak ktoś inny rzeźby, może obrazy, kryształowe kieliszki w kredensie. Użytkowo właściwie do niczego poza przygotowywaniem jedzenia mi się nie przydają, czasem coś podłubać w drewnie można, kijek na kiełbaski zaostrzyć. Droższych, ciekawszych noży i tak się do czegoś innego nie używa, bo szkoda przecież. Choć jak przeglądam survivalowe fora, to odnoszę wrażenie, że sam Rambo ze swoim wielgachnym nożem nie miałby tam czym się chwalić. Nawet pewnie nie potrafił batonować – i nie chodzi tu o robienie batonów :)

2 komentarze:

  1. W zasadzie to masz rację, to kompletna bzdura z tą nauką przetrwania. To można porównać tylko do np. stojącego na brzegu tłumu patrzącego jak ktoś się topi, albo do wypadku gdzie tłum stoi i nikt nie umie udzielić pierwszej pomocy. Parafrazując są markety , są i specjalistyczne służby od udzielenia pomocy. Człowiekowi zwykłemu jest to niepotrzebne. Poi co ratować np. tonącego ile dłużej przeżyje ? Po c o ratować umierającego z upływu krwi w wypadku, powróci wtedy do prozy życia na którego końcu i tak jest śmierć . Ciekawe jest w jaki sposób potrafili przeżyć zwykli ludzie choćby głód w czasie wojny? Czy to przypadkiem nie wiedza o dzikich roślinach jadalnych pomogła im przetrwać? Nie ma co się jednak uczyć, ani ćwiczyć niczego , przecież markety i odpowiednie służby będą zawsze kiedy tylko będziemy ich potrzebować, nieprawdaż ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała historia ludzkości to jedna wielka nauka przetrwania, dlatego tak mnie śmieszą te "wygibasy" dzisiejszych "mężczyzn", którzy bawią się w tzw. survival, ponieważ byle wieśniak z XVIII, a nawet XIX w. jest lepszy od nich w te klocki stokroć. Dlatego, że tym żył na co dzień, a nie bawił się np. krzesiwem w weekendy.
      A co do wypadków i ratownictwa, to zupełnie inna bajka, survival nic tu nie pomoże, bez sali operacyjnej, laserowego skalpela, sztucznego płuco-serca, nowoczesnej diagnostyki np. rentgena, tomografu. Dziko rosnące rośliny nie wyżywiły nawet Europy w czasie wojny - ludzie umierali, a co dopiero mówić o dzisiejszej blisko 8 mld populacji planety. Radzę powrót z gadżeciarskiej "planety survival" na planetę Ziemia - w jej przetrwaniu, zwłaszcza na poziomie ekologicznym, nasza jedyna nadzieja.

      Usuń