niedziela, 2 grudnia 2012

Bytowanie czyli właściwie co?

Właściwie nic, po prostu być sobie. Chodzić, pływać, stać, kucać, klęczeć, siedzieć, leżeć, jeść, wydalać, patrzeć, słuchać. Wszystko to co robimy zwykle, tyle, że na łonie przyrody. Dlaczego tam? Już pisałem, bez specjalnego powodu, mi akurat się tam podoba i jest dobrze. W każdym razie lepiej niż gdzie indziej.
Nie tylko mi z resztą, wielu innym też. Zauważyłem, że okoliczni, dzielnicowi menele na miejsce "spożycia" też wybierają pobliski lasek, krzaczorki czy nawet trawnik. Szkoda tylko, że nieliczni z nich zabierają ze sobą flaszki i śmieci po libacji. Są wyjątki, niektórzy czują się w obowiązku i nakłaniają do tego innych, osobiście poznałem kogoś takiego - kryminalistę na przepustce. Bytowaliśmy pewnego upalnego dnia nad jeziorem, ja z psem on z kumplami i dziuńkami a la Doda. Nie powiem, zaimponował mi. Co go mogło motywować poza swoistym poczuciem przyzwoitości wobec miejsca które go gościło, nie mam pojęcia?
Coś w tej przyrodzie musi być skoro ludzie do niej lgną, a niektórzy nawet ją szanują. Atawizm jakiś, czyli jednak ciągnie swój do swego?
Długo, wieki całe wierzyliśmy, że my ludzie, "człowieki" jak gada mój kumpel, z innej jesteśmy ulepieni gliny niż reszta stworzenia. Dlatego ta reszta ma nam służyć i dostarczać dóbr wszelakich w promocji i za free.
Dziś powoli wraca nam trzeźwiejsze spojrzenie na nasze miejsce na świecie i niejakie opamiętanie po tym jak się do tej pory zachowywaliśmy. Wraca nam poczucie więzi z tym co tak długo uważaliśmy za najstarszy, pierwszy, darmowy, "niewyczerpywalny" supermarket, zamieszkany przez służbę gotową oddać życie na nasze skinienie. No, przesadziłem może - obsługa po prawdzie czasem się buntowała, piszczała, gryzła, uciekała między regały i palety, ale nauczyliśmy się nadzwyczaj skutecznie ją stamtąd wyganiać lub wywabiać. W efekcie niewiele jej zostało, a wśród tej garstki tylko najposłuszniejsze jej odmiany. Pech chciał, że chętnych do gratisowych zakupów lawinowo przybywało, a z czasem supermarket okazał się jednak "wyczerpywalny", co gorsza coraz większe jego połacie zaczęły świecić pustkami, inne zaś służyły nam za śmietnik lub wychodek i wejść się tam już za bardzo nie da. Tym bardziej teraz cenimy sobie (jeszcze nie wszyscy) to co zostało, a niektórzy już tylko przychodzą do supermarketu pooglądać, powspominać czasy jego świetności, posiedzieć między regałami, wypatrując, a na nawet robiąc fotki spłoszonej obsłudze przemykającej chyłkiem między półkami i kartonami. Mało kto już rwie z półek jak dawniej, a nawet jak to robi wszyscy się patrzą na niego jak na głupiego. Po co ci tyle tego? Nie wystarczy ci gratów z innych, nowocześniejszych supermarketów? Tam i załoga milsza, nie kryje się, nie ucieka, towary wygodnie popakowane, obrobione, od razu gotowe do użycia/spożycia.
Mój sklepik osiedlowy ;)
Zmieniło się, ponieważ z czasem zauważyliśmy, że ten pierwotny supermarket okazał się mniejszy niż sądziliśmy, a na dodatek całkiem ładny. Samo przebywanie w nim okazało się chyba przyjemniejsze niż niż rabunkowa eksploatacja jego magazynów połączona z dewastacją wyposażenia.
A jeszcze później uświadomiliśmy sobie, że to nie jest tylko supermarket, ale raczej ogromna łódź na której wszyscy płyniemy przez wzburzone morze, a towary na półkach to często jej poszycie. Zabierając je łapczywie z półek robimy w nim dziury, woda cieknie i wszyscy możemy się znaleźć w wodzie, a nawet potopić. I to w sytuacji gdzie żadnego innego lądu poza naszym supermarketem w zasadzie nie ma. Są wprawdzie  na łodzi szaleńcy, którzy głoszą, że jest inaczej, że za horyzontem jest na pewno jeszcze nie jeden równie bogaty supermarket, wystarczy do niego dopłynąć. W tym celu najlepiej przerobić burty łodzi na dodatkowe i większe wiosła, aby jak najszybciej płynąć. To nic, że osłabione i obniżone w ten sposób burty zaleje byle fala i wszyscy pójdziemy na dno, ale kto by na to zważał, skoro ten wyśniony nowy supermarket musi być tuż, tuż. Czyż nie głoszą tego krzykliwe komunikaty przez 24 godziny na dobę w TV?
Nie wiem jak inni, ja już przestałem się nad tym zastanawiać. Wolę cieszyć się tym co jeszcze z tego mojego "supersamu"* zostało, brać z półek tylko to co niezbędne i żyć nadzieją, że jeszcze będą jakieś dostawy towaru, którego dla wszystkich wystarczy, pod warunkiem, że klienci się trochę opamiętają. A może nawet zdarzy się jakaś renowacja sklepu, a zamiast kup śmieci i pokątnych wychodków pojawią się kosze i normalne toalety. Ależ będzie dobrze :)

* supersam (wyjaśnienie dla młodszych czytelników) - mniejszy, skromniejszy od supermarketu, względnie tani,  zaopatrzony raczej tylko w podstawowe towary sklep samoobsługowy z epoki PRL-u.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz